Tomasz Kapica

Wojna polsko-rumuńska na trybunach i na boisku

Gdyby nie ogromne tłumy ochroniarzy i policji, na stadionie doszłoby do potężnej awantury. Kilka razy i tak chuliganom udało się przerwać kordon. Fot. Tomasz Kapica Gdyby nie ogromne tłumy ochroniarzy i policji, na stadionie doszłoby do potężnej awantury. Kilka razy i tak chuliganom udało się przerwać kordon.
Tomasz Kapica

Na boisku wygrali Polacy, na trybunach to Rumuni zdecydowanie częściej atakowali. Na ostatnim meczu naszej kadry w Bukareszcie działy się rzeczy, które nigdy nie powinny się zdarzyć na meczach takiej rangi. Ale były i będą się powtarzać. Bo w Europie trwa moda na totalne „wojny futbolowe”.

W 54. minucie meczu Rumunia– Polska na polu karnym Polaków wybucha potężna petarda. Robert Lewandowski, który stał tuż obok, pada jak rażony piorunem. Wybuch ogłusza naszego napastnika na kilka minut. Robert leży na boisku, trzymając się za oczy i uszy. Część polskich piłkarzy domaga się przerwania spotkania.

Na trybunach, na których co rusz dochodzi do awantur, atmosfera wrzenia. Polscy kibice skandują „jazda z ku...!!!”. Rumuni rzucają w nich racami. Polacy nie pozostają bierni i odrzucają płonące flary. Chuligani Dinama Bukareszt formują szyk i próbują dostać się do Polaków górą sektora. Dochodzi do bójki między nimi a polskimi fanami. Policja próbuje ratować sytuację, wpuszczając na polski i sąsiadujący z nim rumuński sektor potężne ilości gazu łzawiącego. Gorąco robi się też na dole sektora.

Tam do Polaków próbują się przedostać chuligani Rapidu Bukareszt. Trwają bójki z ochroną i policją. Telewizje starają się tego nie pokazywać, bo taką mają strategię. To właśnie widowiskowe relacje telewizyjne ze stadionowych zadym nakręcały przez lata chuliganów do roz­rabiania na widowni. Wszystko i tak będzie można zobaczyć później w internecie.

Dzieją się rzeczy, które teoretycznie nigdy nie powinny się dziać na meczu tej rangi, na dodatek na jednym z najnowocześniejszych i w teorii najbezpieczniejszych stadionów w Europie. A jednak. Gdyby nie potężne siły policyjne (łącznie do zabezpieczenia całego meczu zaangażowano 10 tys. funkcjonariuszy) na trybunach doszłoby do zamieszek na niewyobrażalną skalę.

W 83. minucie Lewandowski mknie wzdłuż pola karnego, rywali ściąga mu jeszcze Kamil Grosicki. „Lewy” strzela jak z armaty, piłka po rękach bramkarza wpada do siatki. Jest 2-0 dla naszych! Lewandowski podbiega pod sam sektor polskich kibiców i szaleje z radości. Pół godziny wcześniej fani gospodarzy chcieli mu zrobić krzywdę, a on teraz tak się rewanżuje całej Rumunii. Piłkarze przez cały mecz widzą też, że polscy kibice byli atakowani przez Rumunów. Dlatego cieszą się teraz razem z nimi, Błaszczykowski chwilę potem da jednemu z fanów swoją koszulkę. Euforia co najmniej jakby Polska zdobywała już mistrzostwo świata.

Mecze na gorącym terenie

Taka jest specyfika meczów wyjazdowych na tzw. gorącym terenie. „Lewy” w Europie ma status gwiazdy nie mniejszej niż Ronaldo czy Messi. Dlatego jest niemiłosiernie faulowany, kopany, a podczas meczu w Rumunii nawet obrzucany materiałami pirotechnicznymi. Trochę podobnie jest z polskimi kibicami. Przez lata pracowali sobie na niechlubne miano największych stadionowych chuliganów w Europie.

Ostatnie wybryki kiboli Legii Warszawa w Madrycie były tego potwierdzeniem. Dlatego teraz wszyscy chcą ich „upolować”. A służby krajów, które grają z Polską, szykują się na te zawody jak na wielką wojnę.

Przygotowania do meczu w Rumunii rozpoczęły się już na wiele tygodni przed samym spotkaniem i nie chodzi tu oczywiście o formę piłkarzy. Polskim fanom zgodnie z przepisami przysługiwało 3 tysiące biletów. Te rozeszły się bardzo szybko. PZPN dysponuje systemem, który pozwala odmówić sprzedaży biletu osobie karanej np. zakazem stadionowym za wywoływanie burd. Wejściówki są bowiem imienne, ale istnieje możliwość kupna biletu na podstawione osoby. Polski Związek Piłki Nożnej alarmował, że prawdopodobnie nie będzie możliwości weryfikacji takich kibiców przy wejściu na stadion. Na specjalnej odprawie PZPN poinformował, że wg jego szacunków wśród trzech tysięcy kibiców może być aż tysiąc stadionowych chuliganów.

O sprawie powiadomiono rumuńską federację piłki nożnej, straże graniczne wszystkich krajów leżących na trasie przejazdu polskich kibiców oraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Rumunów poinformowano, że z Polakami prawdopodobnie wybiera się Carphatian Brigade 09, grupa węgierskich ultrasów, którzy pokazali się licznie na ostatnim Euro we Francji od jak najgorszej strony.

Podobno mieli się też bić między sobą

Już te informacje przyprawiały Rumunów o zawrót głowy. Ale to nic. PZPN i policja monitorująca środowisko pseu­dokibiców m.in. za pośrednictwem forów internetowych wiedziały o tym, że w Rumunii może dojść do wielkiej awantury pomiędzy polskimi chuliganami. Przez wiele lat polscy kibice respektowali tzw. pakt o nieagresji na meczach reprezentacji. W jednym rzędzie mogli więc stać kibice ŁKS-u i Widzewa Łódź czy też Wisły i Cracovii. Ale chuligani Wisły, Widzewa i Ruchu Chorzów podczas Euro we Francji uznali, że na wyjazdowych meczach reprezentacji zaczyna się robić zbyt nudno i zaczepiali fanów innych polskich drużyn. Jednocześnie zerwano kilka starych zgód i układów kibicowskich, do­szło do potężnego przetasowania na tzw. scenie kibicowskiej. O tym, kto jest silniejszy, rzekomo miał zdecydować wyjazd do Rumunii.

Rumuńscy fani także solidnie „przygotowali się” na to spotkanie. Chuligani Dinama, Rapidu i Steaua Bukareszt zebrali cały arsenał środków pirotechnicznych. Chcieli się po prostu dobrze pokazać u siebie.

Zabezpieczenie meczu w takich warunkach było prawdopodobnie największym wyzwaniem dla rumuńskiej policji z jakim miała do czynienia przy okazji meczów piłkarskich. I przygotowała się do tego całkiem nieźle. Wydzielone dla polskich kibiców jako parkingi i miejsca zbiórek ulice Bukaresztu były obstawione, jakby w okolicy obowiązywał stan wojenny. Żeby zminimalizować ryzyko wystąpienia zamieszek, polscy fani byli dzieleni na mniejsze grupy i w ten sposób konwojowani na stadion.

Polskie flagi skradzione z depozytu

Do przejścia były aż cztery kontrole osobiste, podczas których kibice byli przeszukiwani od stóp do głów. Odbierane były monety, zapalniczki, jakiekolwiek napoje, a nawet niektóre biało-czerwone flagi, które zresztą zostały potem skradzione przez Rumunów z depozytu. Najprawdopodobniej w porozumieniu z ochroną, która w Europie - to ciekawostka - bardzo często rekrutowana jest wśród miejscowych kibiców, a nawet chuliganów.

Obawy o to, jak będą się zachowywać fani z Polski, były mocno na wyrost. Owszem, do Rumunii przyjechało kilkuset chuliganów, ale wśród nich nie było tych z Wisły, Ruchu i Widzewa. Pozostali nadal szanują rozejm na meczach kadry i poza drobnymi wyjątkami nie awanturowali się między sobą, wspólnie dopingując reprezentację. Większość w polskim sektorze stanowiły tzw. pikniki, czyli zwykli fani, którzy chodzą na mecze wyłącznie dla piłki i nie szukają przy okazji awantur. Rumuni tymczasem pokazali, że potrafią „zadymić”.

Tu futbol już dawno nie jest najważniejszy

Na meczach międzypaństwowych coraz częściej dochodzi do incydentów, które mają podłoże polityczne i historyczne. W podsycanie awantur angażują się politycy.

Polscy kibice przyjaźnią się z węgierskimi. Fani wielu polskich klubów mają zgody z klubami znad Balatonu. Kibice Odry Opole utrzymywali znajomości z szalikowcami FC Sopron, Rakowa Częstochowa z Videotonem Székesfehérvár. Carpathian Brigade 09 co prawda na ze­szłotygodniowym meczu Polski w Bukareszcie się nie pojawiła, ale polscy fani i tak kilka razy skandowali pozdrowienie dla Węgrów: „Ria, ria Hungaria!”. To właśnie po tych okrzykach Rumuni rzucali w Polaków racami i próbowali dostać się do ich sektora. Rumuni do Węgrów ze względów historycznych nie pałają sympatią i na odwrót. Z tego powodu gorąco było już na meczu Rumunia–Węgry, który odbył się trzy lata temu. W zamieszkach brało udział kilkadziesiąt osób.

Rannych zostało siedem osób, dwóch policjantów i pięciu kibiców. Wspólnie z Węgrami do Rumunii pojechało wówczas kilkudziesięciu kibiców z Polski. Ale i tak to podczas zeszłotygodniowego meczu doszło do większych zamieszek.

Rumuni (zwykli mieszkańcy, nie chuligani) mówią o wstydzie i przygnębieniu. Martwią się nie tylko formą piłkarzy, ale i tym, że ten mecz odbił się szerokim echem w Europie, a ich federacja zostanie surowo ukarana. Poza tym skoro chuligani z Bukaresztu już raz pokazali, że są gotowi rozpętać awanturę na meczu ochranianym przez tak potężne siły bezpieczeństwa, to bardzo prawdopodobne, że będzie się to powtarzać.

Dron z flagą Kosowa wywołał wielką awanturę

Kiedyś do zamieszek dochodziło podczas meczów klubowych. Teraz coraz częściej przy okazji spotkań reprezentacji. Współczesne mecze coraz częściej wywołują potężne napięcia, które mają podłoże historyczne albo geopolityczne. Do wyjątkowych wydarzeń doszło dwa lata temu podczas meczu Serbia-Albania. Ze względów bezpieczeństwa na stadion w Belgradzie nie wpuszczono kibiców gości. Ale podczas meczu nad boiskiem zawisł dron, do którego była podwieszona flaga Kosowa. To państwo, o które spór toczą właśnie Serbia i Albania. Gdy flagę przechwycił obrońca gospodarzy Stefan Mitrović, zaczęła się bójka, którą początkowo wszczęli Albańczycy.

Uczestniczyli w niej piłkarze, ochroniarze i serbscy kibole. Z trybun poleciały race i inne przedmioty, po kilku chwilach obie drużyny uciekły do szatni. - Atakowano nas nawet w tunelu, robili to także stewardzi. Nie byliśmy w stanie kontynuować spotkania ze względów psychicznych i fizycznych - skarżyli się później piłkarzem Albanii.

Brat premiera miał stać za całą awanturą

Drona miał obsługiwać brat premiera Albanii, który był obecny na stadionie. Został nawet aresztowany z tego powodu, ale nie udowodniono mu winy. Piłkarzy Albanii na boisku bił m.in. Ivan Bog­danow, szef bojówki kiboli reprezentacji Serbii. Nie wiadomo, jak w ogóle udało mu się wejść na stadion, ponieważ powinien mieć dożywotni zakaz stadionowy za mecz z 2002 roku Włochy–Serbia. Wtedy to na trybunach podpalił flagę Albanii, wywołując międzynarodowy skandal. Zdjęcia palącej się flagi obiegły światowe media, Ivan Bogdanow stał się bohaterem wielu reportaży. Do Serbii wracał w glorii chwały.

Sami kibice, czy raczej kibole są coraz częściej oskarżani o to, że działają z politycznej inspiracji. Tak było m.in. podczas ostatniego Euro we Francji. Już na samym początku mistrzostw doszło do meczu podwyższonego ryzyka pomiędzy Rosją a Anglią. O angielskich fanach mówi się, że to oni wymyślili stadionowe chuligaństwo i rzeczywiście w latach 80. i 90. siali popłoch wszędzie tam, gdzie się pojawili.

Z czasem miano najgroźniejszych stadionowych chuliganów przylgnęło do Polaków, ale za Anglikami wciąż ciągnął się mit silnych rozrabiaków. Rosjanie postanowili go całkowicie wymazać. Przed meczem na ulicach Marsylii 200-osobowa bojówka rosyjskich kibiców niemiłosiernie biła tysiące Anglików, z których większość była pijana w sztok i próbowała walczyć rzucając butelkami po piwie. Zdjęcia i filmy z zamieszek szybko obiegły cały świat.

Mówili, że to byli ludzie Putina

Wielu komentatorów, w Polsce głównie prawicowych, próbowało przekonywać, że to bojówki Władimira Putina pokazują siłę Rosji. Wskazywano, że Rosjanie są świetnie wysportowani, znają sztuki walki, poruszają się w określonym szyku. Tłumaczono, że to wyszkolona do walki miejska partyzantka, która przyjechała potrenować „w warunkach praktycznych”. Bojówkarzy łączono z „zielonymi ludzikami”, które walczyły w tym czasie na Ukrainie.

Prezydent Rosji Władimir Putin podsycał atmosferę, publicznie ironizując, że „nie rozumie, jak w ogóle 200 osób może pobić kilka tysięcy”. Mówiono o społecznym przyzwoleniu prezydenta Rosji na takie wybryki.

W praktyce niewiele w tym prawdy. Środowisko kibicowskie w Rosji raczej jest nastawione antyrządowo, ale faktem jest, że szefowie bojówek przylecieli do Marsylii samolotem, za który zapłacił jeden z zaufanych ludzi Władimira Putina. Rosyjskie media chętnie pokazywały ich na lotnisku i raczej nie przedstawiały w negatywnym świetle po przerażających burdach w Marsylii, jakie tam wywołali.

Następny mecz polska reprezentacja gra w Czarnogórze. Wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze bardziej gorąco niż w Rumunii. Wszystkie dotychczasowe mecze Polaków w Czarnogórze kończyły się awanturami. Tak było podczas eliminacji do mistrzostw świata w piłce nożnej w Brazylii oraz podczas meczu Śląska Wrocław w pucharach. Kibice z Polski skarżyli się, że w Czarnogórze miejscowym chuliganom pomagali niektórzy policjanci, pozwalali na bezkarne atakowanie Polaków i bardzo ostro reagowali na podobne reakcje ze strony naszych. Tabloid „Fakt” napisał nawet w tytule relacji z meczu, że „Śląsk grał w dżungli”. Gazeta wspominała o splądrowanych bagażach drużyny Śląska, pobitym rzeczniku, dziennikarzach oraz kibicach.

Jeśli Polacy wywiozą dobry wynik z Podgoricy, to jest bardzo prawdopodobne, że pojadą na mistrzostwa świata. Do Rosji.

Tomasz Kapica

Staram się być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Zajmują się sprawami, które są istotne dla mieszkańców, a także regionalną i ogólnopolską polityką. Patrzę władzy na ręce. Jeśli jest coś, o czym powinienem widzieć, to dzwoń lub pisz.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.