Wojenki Turcji z Unią nie przyniosą nikomu korzyści

Czytaj dalej
Fot. ADEM ALTAN
Andrzej Dworak

Wojenki Turcji z Unią nie przyniosą nikomu korzyści

Andrzej Dworak

Czołowi tureccy politycy w ostatnim czasie nie przebierają w słowach i ostro atakują europejskich liderów. Robią to głównie na wewnętrzny użytek, bo doskonale wiedzą, że obie strony, Ankara i Bruksela potrzebują siebie i to bardzo.

Boris Becker, niegdyś wielka gwiazda niemieckiego tenisa, biznesmen, trener i celebryta, nie zorientował się początkowo, o co chodzi, kiedy kilkanaście dni temu zerknął na swoje konto na Twitterze i zobaczył tam hashtag #Nazialmanya. Ki diabeł? - mógł sobie pomyśleć - kto mi tu wymyśla od niemieckiego nazisty? Co to za hejt?

Nieznani sprawcy włamali się nie tylko na konto Beckera, ale też innych znanych w Niemczech postaci i firm i pozostawili tam po turecku wyzwiska o niemieckich nazistach. Hejt otrzymali m.in. klub piłkarski Borussia Dortmund, magazyn „Forbes”, dziennik „Die Welt”, Amnesty International oraz piłkarz Bayernu Hiszpan Javi Martiez. Czym sobie zasłużył hiszpański obrońca na skojarzenie z nazistami, nie wiadomo, ale że dzisiejsi Niemcy to naziści, o tym od niedawna wiedzą w Turcji. Prezydent Recep Tayyip Erdogan zarzucił niemieckiemu rządowi, że stosuje metody działania nazistów, a kanclerz Angela Merkel popiera terrorystów. Takiego języka w dyplomacji między dwoma w zasadzie zaprzyjaźnionymi krajami jeszcze nie słyszano, ale reakcja Berlina na obelgi przybrała postać racjonalną, nie emocjonalną. Odrzucono ataki tureckich polityków - wypowiadali się w tonie podobnym do prezydenta Erdogana też inni - jako bezzasadne i poniżej poziomu.

Do sąsiadów Niemców Holendrów również dotarły hashtagi #Nazihollanda, a wcześniej rząd w Hadze dostał od prezydenta Erdogana łatkę nazistów.

Kraj, który szczyci się mianem stolicy demokracji, uprawia nazistowską politykę

- w tym duchu wypowiadał się publicznie turecki przywódca. Holendrzy wkurzyli go jeszcze bardziej niż Niemcy. Oskarżył ich nawet o współudział w zamordowaniu tysięcy muzułmanów w Srebrenicy w czasie wojny w Bośni w 1995 roku.

Co tak rozwścieczyło Turków? Wszystko zaczęło się w niewielkim, liczącym 30 tysięcy mieszkańców miasteczku Gaggenau w Badenii-Wirtembergii. Jego burmistrz odmówił zgody na wiec wyborczy z udziałem ministra tureckiego rządu. Zaraz potem taki sam zakaz zastosowały władze Kolonii. Tureccy politycy pojawili się w Niemczech jako osoby prywatne, a organizatorzy spotkań z nimi pominęli w zgłoszeniach do władz właściwy cel zgromadzeń - ministrowie mieli w imieniu rządu w Ankarze nawoływać do głosowaniu w referendum 16 kwietnia na rzecz zmiany ustroju Turcji z parlamentarnego na prezydencki, co oznaczałoby rozszerzenie uprawnień prezydenta Erdogana. Wszyscy wiedzieli jednak, że błędy formalne to jedno, a generalnie władze w Niemczech nie życzą sobie przenoszenia na swój teren podziałów i konfliktów wewnątrztureckich, że nie zamierzają popierać Erdogana i jego dyktatorskiego stylu rządów - aresztowań i zastraszania przeciwników politycznych, aresztowań dziennikarzy - korespondenta dziennika „Die Welt” i jego około 150 kolegów po fachu - tłumienia wolności słowa.

Jeszcze ostrzej zareagowali Holendrzy, którzy po prostu wydalili z kraju minister rządu w Ankarze zmierzającą na wiec w Rotterdamie. To doprowadziło do obelg i gróźb ze strony polityków tureckich oraz zamieszek spowodowanych przez zwolenników Erdogana, którzy do kamer pokazywali, jak zamierzają się rozprawić z Holandią - rozcinali nożami pomarańcze na znak, że tak skończą z oranje.

Zrezygnować z czwartego co do wielkości po Stambule, Ankarze i Izmirze okręgu wyborczego, jakim dla Turków są Niemcy? Nigdy! - myślą sobie władze w Ankarze. Nie zrezygnują z kampanii wśród niemieckich Turków, spośród których aż 1,4 mln jest uprawnionych do głosowania. W 2015 w czasie wyborów parlamentarnych partia Erdogana AKP otrzymała tu 45 proc. głosów. Najwięcej tureckich wyborców mieszka w Nadrenii Północnej-Westfalii (33 proc.), w Badenii-Wirtembergii jest ich 17 proc, w Bawarii - 13 proc., w Hesji - 11 proc., a w Berlinie - 7 proc. Osób tureckiego pochodzenia jest w Niemczech do 3,5 mln (w Holandii ok. 480 tysięcy). Wśród nich przebiegają ostre linie podziału między zwolennikami a przeciwnikami Erdogana, jest to potencjalne źródło konfliktów - dodatkowych na terenie Niemiec, oprócz zwyczajnych i naturalnych napięć między Turkami a Niemcami, z którymi państwo niemieckie radzi sobie dość dobrze.

Dwadzieścia kilka lat temu w Gelsenkirchen urodzili się dwaj chłopcy, którzy wykazywali ogromny talent sportowy. Rodzice posłali ich do szkółki piłkarskiej, a później obaj dostali się do młodzieżowych klubów i rozpoczęli kariery piłkarzy. Obaj mieli smykałkę do kierowania grą, rozdzielania piłek, więc zostali pomocnikami. Dostali się do najlepszych klubów Bundesligi i zostali reprezentantami Niemiec. Mesut miał więcej szczęścia od İlkaya, którego przed najważniejszymi turniejami z gry w reprezentacji eliminowały kontuzje, i został mistrzem świata. Dziś İlkay Gündoğan i Mesut Özil grają w angielskiej Premiership, najlepszej lidze na świecie, i do ojczyzny przyjeżdżają na zgrupowania reprezentacji. Podobnie, jak ich kolega z Liverpoolu, młodszy o parę lat, urodzony we Frankfurcie nad Menem Emre Can.

A Ömer Toprak, Hamit Altıntop, Nuri Sahin, Hakan Calhanoglu i Yunus Malli to urodzeni w Niemczech reprezentanci Turcji i czołowi gracze Bundesligi.

Cem Özdemir urodził się w Bad Urach i jest niemieckim politykiem pochodzenia tureckiego, posłem do Bundestagu i byłym deputowanym do Parlamentu Europejskiego, współprzewodniczącym partii Zielonych. W 1994 roku byli on i Leyla Onur pierwszymi posłami do niemieckiego paramentu urodzonymi z tureckich rodziców.

Erdoğan Atalay z Hanoweru to gwiazda serialu „Kobra - oddział specjalny”. Fatih Akin z Hamburga jest niemieckim reżyserem, scenarzystą i aktorem, twórcą wielokrotnie nagradzanego filmu „Solino”. Z dowcipów kabareciarzy Kanyi Yanara, Bülenta Ceylana, Serdara Somuncu śmieją się całe Niemcy - z turecką mniejszością włącznie, która odnajduje się w kreowanych przez nich rzeczywistości i języku będącego mistrzowskim połączeniem mowy Goethego i specyficznej, tureckiej wymowy. A język to w integracji rzecz podstawowa, największa pomoc w życiowej karierze i jednocześnie największa przeszkoda - dzieci z rodzin imigrantów, także słabo zasymilowanych Turków, bo takich, którzy nie chcą się zbyt głęboko integrować, jest wielu, mają największe kłopoty w szkole. Dlatego ponad 53 proc. Turków w Niemczech narzeka na system szkolnictwa. To jedna z bolączek integracji, która w Niemczech jest przykładem sukcesu z pewnymi zastrzeżeniami. Nikt jednak nie przyjeżdżałby do kraju i w nim zostawał, w którym by się nie mógł odnaleźć i który nie dawałby mu wolności oraz możliwości rozwoju. Dziś nie da się wymazać Turków z niemieckiej rzeczywistości. I nikt tego nie chce - także pomstujący na nazistów Erdogan. Awantura z Berlinem i w ogóle z zachodnią Europą jest mu nawet na rękę. Ale awantura przeminie, a sąsiedztwo Turcji i Europy pozostanie.

Krytyka polityki rządu Turcji ze strony państw UE powoduje, że przybywa zwolenników prezydenta Erdogana. Tak to działa i na to gra Erdogan, który zdobył władzę na fali znakomitych osiągnięć tureckiej gospodarki - dzięki współpracy z UE - i poprawy poziomu życia ludności Turcji. Teraz nastąpił regres i władza jednoczy społeczeństwo wokół nowego wroga - Niemiec i Unii Europerjskiej.

Taką samą zasadę zastosował doraźnie premier Holandii Mark Rutte, którego mocna reakcja na populistyczne zapędy Erdogana przyniosła mu zwycięstwo w wyborach, w których pokonał populistę Geerta Wildersa. Jeśli zatem Niemcy i państwa UE będą działały przemyślanie i rozważnie, będą miały szansę w starciu z polityką Turcji. Stawka jest duża.

Turcy straszą, że znów zaczną wypuszczać uciekinierów w kierunku Europy, że zaleje ją fala uchodźców, ale dramatycznie potrzebują gospodarczej współpracy z UE. Mogą też spowodować kryzys finansowy - banki zachodnie udzieliły Turkom kredytów na prawie 150 miliardów euro (sami Hiszpanie pożyczyli im 85 mld, Francuzi 42 mld, Niemcy 15 mld, a Włosi 11 mld). Wobec brak spłat, wierzyciele mogliby mieć kłopoty. To też broń obosieczna.

Dla nas najgroźniejsza jest postawa Turcji wobec NATO. Turcja blokuje współpracę w ramach sojuszu. Nie może działać współpraca wojskowa członków NATO z partnerami z Europy, Azji i państw byłego ZSRR, Gruzji i Ukrainy, zrzeszonymi w ramach Partnerstwa dla Pokoju. W sumie to 41 państw. Przez to mogą ucierpieć inicjatywy sojuszu w Kosowie, Afganistanie lub w basenie Morza Śródziemnego. A turecka blokada powoduje już, że w nowym kursie szkolenia akademii NATO w Rzymie nie bierze udziału nikt z państw Partnerstwa dla Pokoju. To wynika choćby z listu ambasador Finlandii przy NATO Piritty Asunmaay do szefa sojuszu Stoltenberga. Bezpośrednim powodem stanowiska Turcji jest postawa Austrii - członka Partnerstwa dla Pokoju - która domaga się od UE zerwania rozmów na temat przystąpienia Turcji do Unii Europejskiej. To, póki co, najostrzejsze stanowisko w Unii, która - jak widać - może grać na wielu fortepianach. I wygrać, co byłoby korzystne dla Unii i Turcji.

Andrzej Dworak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Pro Media Sp. z o.o.