Wanda Polańska. Królowa operetki, która śpiewała z Kiepurą

Czytaj dalej
Fot. fot. Arc
Krzysztof Korwin - Piotrowski

Wanda Polańska. Królowa operetki, która śpiewała z Kiepurą

Krzysztof Korwin - Piotrowski

10 listopada na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie w gronie przyjaciół odbył się pogrzeb Wandy Polańskiej, nazywanej często królową sceny operetkowej w Polsce. Swoją karierę rozpoczynała w Operetce Śląskiej w Gliwicach, a kontynuowała w Operetce Warszawskiej, śpiewając także gościnnie w wielu miastach Polski i Europy, a nawet w Mongolii, Kanadzie i USA, co w tamtych czasach było niezwykle rzadkie. W 1965 roku wystąpiła z jednym z najsłynniejszych tenorów świata - Janem Kiepurą… Zmarła w krakowskim szpitalu 28 października.

Wspomnienie o Wandzie Polańskiej. Pisze Krzysztof Korwin-Piotrowski

Ostatnie lata życia Wanda Polańska spędziła w Domu Pomocy Społecznej, w pawilonie seniora-artysty przy ulicy Helclów w Krakowie. 5 lat temu nagrałem z nią program Telewizji Katowice z cyklu „A życie toczy się dalej…” (pod redakcją Ewy Kozik, ze wspaniałą kierowniczką produkcji Hanną Suchorabską).

Miała przytulnie urządzony duży pokój z różowymi zasłonami. Była już po kilku udarach, cierpiała od lat na problemy z biodrem i kręgosłupem, więc nie mogłaby funkcjonować bez profesjonalnej opieki.

Czy macie mliko?

Gdy stała się primadonną Operetki Warszawskiej, w 1965 roku śpiewała partię Hanny Glawari w „Wesołej wdówce” Franza Lehara z czołowym amantem Mieczysławem Wojnickim w roli Daniłła, w reżyserii Tadeusza Bursztynowicza. Okazało się, że sławny na świecie tenor Jan Kiepura siedział na widowni! Gdy w trzecim akcie spektaklu publiczność usłyszała słynny duet „Usta milczą, dusza śpiewa” - cała sala zaczęła krzyczeć: „Jasiu, śpiewaj!”. Wojnicki odsunął się na bok, a Kiepura wszedł na scenę i zaśpiewał ten duet z Polańską aż 5 razy, ponieważ publiczność wciąż krzyczała: „Bis!”. Po spektaklu przyszedł do jej garderoby. Zaproponowano mu coś do picia, a on zapytał: „Czy macie mliko?”. Akurat mleka nie mieli…

Polańska znowu w Gliwicach i Krynicy

W 2002 roku razem z dyrektorem Pawłem Gabarą zaprosiliśmy ją do wielkiej gali, która miała odbyć się 11 października, dokładnie w 50. rocznicę premiery „Krainy uśmiechu” Lehara, wystawionej z okazji inauguracji działalności Operetki Śląskiej. Polańska śpiewała wspaniale. Do dziś mam w uszach jej malowaną dźwiękiem „Pieśń o Wilii” z „Wesołej wdówki” i niezwykle wzruszające „Memory” z „Kotów” Webbera, ale także „Usta milczą, dusza śpiewa”, wykonane z Witoldem Wroną. Byłem szczęśliwy, gdy w 2006 roku przyjęła moją propozycję, występując jako Księżna w operetce „Księżniczka czardasza”, w reżyserii Wojciecha Adamczyka.

W sierpniu pojechaliśmy na Europejski Festiwal im. Jana Kiepury w Krynicy-Zdroju, na zaproszenie dyrektora Bogusława Kaczyńskiego. Publiczność urządziła jej już owację na samo wejście, a także na koniec spektaklu. Bogusław Kaczyński mówił o niej: „Jest symbolem potęgi polskiej operetki, kontynuatorką najpiękniejszych tradycji stworzonych w ciągu stuleci przez legendarne i ubóstwiane przez publiczność gwiazdy: Wiktorię Kawecką, Lucynę Messal, Kazimierę Niewiarowską, Beatę Artemską, Iwonę Borowicką. Jej magiczna osobowość, ogromny, przepiękny w barwie sopran i najwyższej próby aktorstwo - wszystko to sprawiło, że mówimy o Wandzie Polańskiej jako o królowej sceny”.

Za jego dyrekcji również wystąpiła w Teatrze ROMA jako Księżna w „Księżniczce czardasza”, także w reżyserii Wojciecha Adamczyka. A więc powróciły miłe wspomnienia...

Udało mi się doprowadzić do tego, że w maju 2007 roku Wanda Polańska otrzymała Złoty Medal „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis” od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, którym została udekorowana na naszej - i swojej niegdyś - gliwickiej scenie. Publiczność urządziła jej wielominutową owację na stojąco z okazji obchodów jubileuszu 50-lecia jej pracy artystycznej.

Dość, bo klawiszy mi zabraknie!

Ale wszystko mogło być inaczej, kiedy Wanda Polańska nie dostała się do Operetki Śląskiej w Gliwicach… Ukończyła w Krakowie Państwową Średnią Szkołę Muzyczną. Jej profesorem i mentorem był Józef Gaczyński, wybitny bas-baryton, który występował przed wojną w La Scali i Operze Wiedeńskiej. Gdy miała u niego pierwsze przesłuchanie, sprawdzając jej skalę głosu, powiedział: „Dość, bo klawiszy mi zabraknie!”. Śpiewała w Chórze Polskiego Radia w Krakowie, występowała też w krakowskim wojskowym Zespole Pieśni i Tańca, który prowadził mistrz Leopold Kozłowski. Tak przygotowana pojechała w 1956 roku na egzamin do Operetki Śląskiej. Przesłuchanie trwało kilka godzin. W komisji zasiadali między innymi reżyserzy Danuta Baduszkowa i Edmund Wayda. Powiedzieli, że mogą ją przyjąć do… chóru. Wtedy Wanda Polańska obraziła się i wróciła do Krakowa.

Debiut w Operetce Śląskiej

Jednak kilka tygodni po tym zdarzeniu otrzymała telegram, w którym zapraszano ją do zaśpiewania w Gliwicach partii Rozalindy w „Zemście nietoperza” Johanna Straussa w reżyserii Jerzego Zegalskiego. Debiut na deskach Operetki Śląskiej okazał się wielkim sukcesem. Edmund Wayda wystąpił jako Gabriel Eisenstein, a Irena Brodzińska śpiewała partię Adeli. Polańska kreowała potem wiele wspaniałych pierwszoplanowych partii i szybko zdobyła uznanie krytyki i publiczności. Była między innymi fantastyczną Lizą w „Krainie uśmiechu” Lehara, Księżniczką Layą w „Kwiecie Hawajów” czy Tangolitą w „Balu w Savoyu” Abrahama.

Żyłam dla sztuki jak Tosca

Wydawałoby się, że tak wspaniała, podziwiana i kochana artystka, powinna mieć u boku mężczyznę, który zapewniłby jej domowe szczęście. Wspominała mi o tym, że przeżyła pierwszą wielką miłość i stała się kobietą w Gliwicach, ale zakochała się w żonatym mężczyźnie, śpiewaku Operetki Śląskiej. Aby nie rozbijać jego rodziny (miał nie tylko żonę, ale i dzieci), postanowiła wyjechać do Warszawy… Kiedy była w stolicy, zakochał się w niej ambasador Austrii, którego żona umierała wtedy na raka i nawet prosiła panią Wandę, by połączyła się z nim. Ale taka sytuacja była dla niej nie do zniesienia… Porównywano ją do Marylin Monroe ze względu na swoją urodę i seksapil. Powiedziała mi: „Żyłam tylko dla sceny, dla sztuki jak Tosca. Sztuka była dla mnie zawsze najważniejsza”. Gdy jej zdjęcie pojawiło się na plakatach w Katowicach i Gliwicach, jedni zdzierali je na pamiątkę, inni niszczyli z powodu obrony moralności, ponieważ była prawie roznegliżowana na wzór amerykańskich gwiazd Hollywoodu. Nic dziwnego, że mężczyźni tracili dla niej głowę.

Rozwód z Operetką Warszawską

W 1978 roku rozstała się z Operetką Warszawską z powodu konfliktu z dyrektorem. Z wyjątkiem kilku epizodów jak Teatr Muzyczny ROMA, Gliwicki Teatr Muzyczny, Opera Krakowska czy Teatr Wielki w Łodzi, rzadko śpiewała już w spektaklach operetkowych. Występowała jednak na estradzie, na festiwalach muzycznych i w telewizji. Pozostanie w naszej pamięci jako królowa operetki, która była jej największą miłością i której oddała całe swoje życie.

O autorze: Krzysztof Korwin-Piotrowski - dyrektor artystyczny Fundacji Orfeo im. Bogusława Kaczyńskiego w Warszawie, redaktor naczelny portalu www.orfeo.com.pl, komentator muzyczny, reżyser telewizyjny

Krzysztof Korwin - Piotrowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.