Tragedia rodziny Postawów

Czytaj dalej
Stanisław S. Nicieja

Tragedia rodziny Postawów

Stanisław S. Nicieja

Postawowie byli zasobną rodziną mieszkającą nazłoczowskim przedmieściu Szlaki, w sąsiedztwie klasztoru Bazylianów. Dostatek zapewniał im rodzinny warsztat ślusarsko-mechaniczny, który przez trzy pokolenia dziedziczyli po sobie najstarsi synowie w rodzinie.

Seniorem rodu był Kazimierz Postawa (1843-1911), który po konflikcie ze swoim teściem przybył z Rzeszowa na Podole wspólnie z żoną Karoliną z domu Puk i otworzył w Złoczowie warsztat ślusarsko-mechaniczny, w którym wyrabiał zamki, klamki, wagi itp. (wcześniej podobne warsztaty prowadził w Leżajsku i Rzeszowie). Kazimierz Postawa był człowiekiem dynamicznym, niespokojnym duchem. W młodości - wbrew marzeniom matki, która chciała, aby został mnichem - uciekł z klasztoru. W każdym razie już w 1862 roku otrzymał dyplom wydany przez urząd w Rzeszowie określający jego zawód: Schlosser Profesion.

W 1891 roku Postawa wybudował przy ulicy Kościuszki w Złoczowie budynek i urządził tam warsztat ślusarsko-mechaniczny z dużą halą produkcyjną oraz pomieszczenia gospodarcze, gdzie jego żona Karolina trzymała dość duży inwentarz zwierzęcy, bo były tam kozy, kury, kaczki, psy, koty itp.

Przyjaciel premiera Kazimierza Bartla

Gdy Kazimierz Postawa wszedł w wiek podeszły, przekazał warsztat swemu najstarszemu synowi - Klemensowi (1872-1930), wykazującemu się dużą przedsiębiorczością i zmysłem organizatorskim. Pod jego kierunkiem rozpoczęła się prosperity firmy. Pracowało w niej 10 czeladników, nie licząc doraźnych pomocników z licznej rodziny Postawów. Produkowano metalowe ogrodzenia, bramy, barierki na balkony, metalowe latarnie, dorabiano klucze itp. W tym warsztacie wykonano m.in. ogrodzenie złoczowskiego cmentarza oraz okucia na balkony i schody wejściowe do Mauzoleum Orląt Złoczowskich.

Klemens Postawa kwalifikacje zawodowe zdobył w Państwowej Szkole Przemysłowej we Lwowie, gdzie zaprzyjaźnił się z Kazimierzem Bartlem - przyszłym trzykrotnym premierem Polski i rektorem Politechniki Lwowskiej. Obaj uzyskali dyplom mistrza ślusarskiego. Oprócz wspólnego zawodu łączyły ich przekonania polityczne i bardzo intensywna działalność społeczna. Postawa pisywał artykuły do organu PPS - „Robotnik” i był aktywnym piłsudczykiem. Posiadał zdolności plastyczne i muzyczne: śpiewał i rysował. Był też członkiem zarządu Stowarzyszenia Metalowców i Rękodzielników „Gwiazda”, a w latach 1923-1930 pełnił funkcję wiceburmistrza Złoczowa. Wspólnie z ówczesnym bardzo dynamicznym burmistrzem Kazimierzem Moszyńskim - postacią wręcz renesansową, o którym piszemy w innym miejscu, przyczynił się do rozbudowy swego miasta. Zmarł niespodziewanie na atak serca w wieczór wigilijny 1930 roku. Żegnali go na cmentarzu złoczowskim liczni samorządowcy i wielu prominentnych przedstawicieli kręgów rzemieślniczych.

Po śmierci Klemensa Postawy dobrze prosperujący warsztat ślusarski przeszedł w ręce jego najstarszego syna - Teofila (1903-1954), żonatego z Olgą z Sawickich. Firma trafiła w dobre ręce i rozwijając się, rozszerzała swój asortyment wyrobów metalowych.

Teofil Postawa był postacią popularną w Złoczowie, głównie ze względu na swe wszechstronne uzdolnienia muzyczne - był multiinstrumentalistą, grał na wiolonczeli, lutni, cytrze, gitarze, mandolinie, organkach i akordeonie. Stworzył zespół muzyczny koncertujący na różnych imprezach w Złoczowie. Miał też zdolności techniczne, bo potrafił z dostępnych na rynku podzespołów budować radia.

Kto wie, jak potoczyłyby się jego losy jako konstruktora i nowatora, gdyby ukończył rozpoczęte studia we Lwowie. Niestety, z powodu ciężkiej kontuzji kolana, po której już nigdy nie uzyskał w nodze sprawności, musiał je przerwać. Wówczas skoncentrował się na pracy w swoim warsztacie ślusarskim. Produkował akcesoria metalowe, wspomagany przez młodszego brata - Tadeusza Postawę (1909-1999), żonatego z Walerią z Sajewiczów (1909-1996), oraz szwagra - Emila Sajewicza (1909-1994), którzy zajmowali się głównie marketingiem i dystrybucją wyrobów. Tuż przed wybuchem wojny Teofil Postawa został kierownikiem Zakładu Ślusarsko-Mechanicznego przy Kopalni Węgla Brunatnego w Kozakach pod Złoczowem.

Rodziny Postawów i Sajewiczów dość spokojnie przeżyły w Złoczowie okupację zarówno sowiecką, jak i hitlerowską. Mimo że stracili swój warsztat ślusarsko-mechaniczny, to jednak Teofilowi pozwolono kierować warsztatem przy kopalni w Kozakach. W czasie okupacji hitlerowskiej był sekretarzem technicznym w dziale katastralnym Urzędu Skarbowego w Złoczowie.

Dramat rodzinny rozegrał się 14 lipca 1944 roku. Tego dnia nacierająca na Złoczów Armia Czerwona została zaatakowana z powietrza przez niemieckie lotnictwo. Część rodziny Postawów i Sajewiczów ukryła się w schronie piwnicznym pod jedną ze złoczowskich kamienic, a pozostali zdążyli tylko wejść do tego budynku. I wówczas w ten dom trafiła bomba. Emila Sajewicza, jego siostrę Walerię oraz Teofila Postawę, mocno poparzonych, zdążył wyciągnąć z płonącego budynku Tadeusz Postawa. Budynek się zawalił. Ci, którzy byli w schronie piwnicznym, nie mieli szans na przeżycie. Zostali zaczadzeni. Teofil Postawa stracił wówczas siedem osób z rodziny, w tym żonę Olgę i dwóch synów - Tomasza (lat 5) i Witolda (lat 6). Emil Sajewicz stracił dwoje dzieci i matkę. Zginęła tam również krewna Olgi Postawowej - Helena Gratkowska (lat47), która akurat przyjechała do Złoczowa odwiedzić rodzinę.

Kilka dni później odbył się pogrzeb na cmentarzu w Złoczowie. Najbliższych Teofila Postawy (żonę - Olgę i dwóch synów) pochowano w pobliżu grobu jego ojca - Klemensa Postawy.

Po wojnie Emil Sajewicz oraz Teofil, Tadeusz i Waleria z Sajewiczów Postawowie osiedli w Bielsku-Białej. Teofil ożenił się po raz drugi: ze złoczowianką, córką właścicieli dużej kamienicy przy ulicy Zygmuntowskiej w Złoczowie - Zofią Bukowską (1910-1970). W tym małżeństwie urodziło się dwoje dzieci - Karol (1946 r.) i Alicja (1948). Teofil zmarł w 1954 roku na ołowicę, której nabawił się przy produkcji akumulatorów, i spoczywa na cmentarzu w Bielsku-Białej. Jego córka Alicja (żona Zbigniewa Gładkiego, chemika), absolwentka Politechniki Łódzkiej, do przejścia na emeryturę w 2001 roku pracowała w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym „Redor” - w dziale konstrukcyjnym oraz marketingowym tego ośrodka. Stała się też jedną z najbardziej aktywnych członkiń towarzystw kresowych. Włożyła duży wysiłek, aby odtworzyć historię swej kresowej rodziny i zgromadziła wiele unikatowych materiałów do historii Złoczowa. Jest jedną ze strażniczek pamięci o tym mieście. Jej brat Karol Postawa, absolwent Państwowej Szkoły Technicznej w Bielsku-Białej, do emerytury pracował w fabryce Auto-Poland.

Młodszy brat Teofila Postawy - Tadeusz, który również osiadł w Bielsku-Białej i był tam ławnikiem sądowym oraz pracował w Zakładzie Instalacji Sanitarnych jako kierownik kontroli, w małżeństwie z Anną z Sajewiczów miał syna, urodzonego w 1940 roku w Złoczowie - Krzysztofa Postawę, absolwenta Politechniki Śląskiej w Gliwicach, związanego zawodowo z tą uczelnią do emerytury. Dr inż. Krzysztof Postawa był m.in. autorem koncepcji restrukturyzacji gospodarki wodnej Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Podobnie jak jego kuzynka Alicja Gładki jest również strażnikiem pamięci o swoim mieście, poprzez gromadzenie i upowszechnianie materiałów historycznych do dziejów Złoczowa.

Dramatyczne były dzieje jedynej córki Klemensa Postawy - Kazimiery (1907-1945). Z wykształcenia była nauczycielką i po wyjściu za mąż za Tadeusza Oberca (1911-1939) wspólnie pracowali w podzłoczowskiej wsi Biały Kamień. Gdy wybuchła wojna, już w pierwszych dniach jej trwania, 9 września 1939 roku, Tadeusz Oberc zginął w bitwie pod Iłżą. Do dziś Postawowie przechowują jego skrwawiony dowód osobisty wyjęty z munduru zabitego i przekazany rodzinie przez władze Iłży.

Owdowiała Kazimiera z matką Bronisławą i trzyletnią córeczką Jadwigą zostały wywiezione do Kazachstanu. Tam, ciężko pracując na plantacji bawełny w miejscowości Mary, zmarła w 1943 roku jej matka. Kazimiera za odmowę przyjęcia obywatelstwa sowieckiego otrzymała w 1943 roku wyrok dwóch lat obozu pracy i oddzielenie od małoletniej córki. Gdy skończyła się wojna, jej córce Jadwidze pozwolono pod opieką wołynianki, żony leśnika Antoniny Gruszeckiej repatriować się do Polski. Kazimiera odsiadywała jeszcze swój wyrok, więc nie mogła pojechać z córką. Gdy wreszcie odzyskała wolność, w przeddzień wyjazdu do Polski zachorowała na tyfus. Nigdy już nie zobaczyła swej córki Jadwigi. Zmarła w Kazachstanie.

List Stanisława Procajły

Prawie każdy artykuł wywołuje reakcję czytelników, którzy w formie listów bądź e-maili wnoszą nowe informacje do moich opowieści kresowych. Oto dla przykładu jeden z ostatnich listów, który otrzymałem od opolanina Stanisława Procajły z niezwykłą historią jego ojca, po wojnie mieszkańca Lewina Brzeskiego.

Jestem stałym czytelnikiem NTO - pisze Stanisław Procajło - i z zainteresowaniem czytam Pańskie artykuły z serii „Moje Kresy”, z których dowiaduję się dużo o naszej historii. Szczególnie dwa ostatnie odcinki poruszyły moją wyobraźnię i postanowiłem napisać, bo może uda mi się pogłębić omawiane przez Pana tematy.

Pierwszy artykuł dotyczył wręcz niewiarygodnych dziejów inż. Jerzego Wadasa. Po otwarciu gazety na stronie z Pańskim artykułem i obejrzeniu dużego zdjęcia pomyślałem sobie, że znam tę osobę z powodu charakterystycznego okrycia głowy, tj. berecika z antenką. Gdy przeczytałem pod zdjęciem, kogo przedstawia, byłem pewien, że poznałem osobiście, choć bardzo pobieżnie, bohatera tego artykułu. Zapamiętałem, że miał spore problemy z wymową - bardzo się jąkał, ale był niezwykle sympatyczną osobą.

W latach 1971-1974, będąc młodym człowiekiem, pracowałem w biurze „Inwestprojekt” w Opolu, przy ulicy Krakowskiej, jako asystent projektanta konstruktora, uczęszczając równocześnie do Technikum Budowlanego dla Pracujących, tzw. „Kanadyjki”. W „Inwestprojekcie” poznałem właśnie inżyniera Wadasa, który był tam inspektorem nadzoru i miał swoje biuro obok mego pokoju, na piątym piętrze. Był bardzo życzliwym i serdecznym człowiekiem, który nosił na głowie charakterystyczny berecik. Miał duże problemy z wymową z powodu jąkania się, lecz do osób w pracy, które znał, wysławiał się znacznie lepiej. Po przeczytaniu Pańskiego artykułu zrozumiałem, skąd wzięła się ta wada wymowy i jakie tragedie dotknęły inż. Wadasa w czasie wojny.

Gdyby Pan chciał poszerzyć wiadomości o inżynierze Wadasie, to proszę nawiązać kontakt z osobami, z którymi bezpośrednio pracował w „Inwestprojekcie”, a są to inż. Jan Czech, obecnie mieszkający w Czarnowąsach (jest tam radnym), oraz inż. Tadeusz Działowski. Na pewno wniosą wiele nowego do powojennej biografii Jerzego Wadasa.

Drugą sprawą, która mnie poruszyła i skłoniła do napisania listu do Pana, był artykuł o prof. Władysławie Filarze. Dlaczego? Ano dlatego, że wszystkie wymienione tam miejscowości brzmią w moich uszach jako znane, bo zapamiętane z opowieści mojego ojca.

Ojciec mój - Tadeusz Procajło - urodził się w maju 1919 roku na Wołyniu, w Witoldowie, gmina Iwanicze, powiat Włodzimierz Wołyński. Ponieważ wcześnie został sierotą, wychowywał się u ciotek w Iwaniczach. Jest więc możliwe, że w młodości mógł znać prof. Władysława Filara. W pamięci mojej pozostały nazwy miejscowości, o których ojciec mój opowiadał, a o których Pan pisze w swym artykule: Sokal, Poryck, Włodzimierz Wołyński oraz kolonia czeska, której mieszkańcy specjalizowali się w uprawie chmielu.

Z opowieści ojca mocno zapadło mi w pamięci nazwisko jego kolegi szkolnego - Martyniuka (imienia nie pamiętam). Czy może to ten sam, który stoi na zdjęciu z prof. Filarem?

Przez Rosjan ojciec mój został zesłany na roboty przymusowe i pracował przy wyrębie lasów oraz budowie linii kolejowych, w straszliwych warunkach prowadzących do skrajnego wyczerpania: za dwie miski zupy z brukwi i buraków, podawanych rano i wieczorem. W maju 1941 roku został powołany do służby w Armii Czerwonej stacjonującej w Kalininie. Po napaści Niemiec na Związek Sowiecki został przerzucony na front w okolice Moskwy, gdzie został ranny. Po wyjściu ze szpitala brał udział w obronie Stalingradu.

W armii sowieckiej służył do grudnia 1943 roku. W styczniu 1944 roku wstąpił do armii polskiej - I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki w Riazaniu, z którą jako działonowy bombardier dużej haubicy przeszedł szlak bojowy spod Lenino poprzez Smoleńsk, Łuck, Kiwerce. Później brał udział w forsowaniu Bugu, za co został odznaczony medalem „Zasłużony na Polu Chwały”. Następnie przez Chełm i Lublin dotarł do przedmieść Warszawy. Jego dalszy szlak bojowy wiódł przez Jastrów, Piłę, Kołobrzeg, forsował Odrę i Nysę Łużycką i doszedł ze swoim oddziałem do Berlina. Za swoją waleczność otrzymał medale: „Za Odrę”, „Za Nysę”, „Bałtyk”, „Za Zwycięstwo i Wolność”.

Koniec wojny zastał mego ojca nad rzeką Łabą. Nie miał wówczas gdzie wracać, bo jego ukochany Wołyń znalazł się za granicą Polski. Osiadł więc w stopniu kanoniera na Ziemiach Odzyskanych. Na zakończenie odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wszystkie te odznaczenia, jak i różne pamiątki po moim ojcu, skrzętnie przechowuję w swoim domu. Są to zachowane do dziś zdjęcia wojenne: ojciec z karabinem na piersi, ojciec stojący obok swojego działa. W pamięci mam jeszcze do dzisiaj zdjęcie, którego nie udało mi się odnaleźć, a przedstawiające mego ojca, który jako nastoletni chłopak stoi obok trzymanego przez sobie roweru z charakterystyczną kierownicą w kształcie baranich rogów. Przy takim samym rowerze na zdjęciu eksponowanym w Pańskim artykule stoi prof. Władysław Filar ze swoim kolegą Martyniukiem. Możliwe, że to jest ten sam rower, bo ojciec mi mówił, że nigdy roweru nie posiadał.

Po wojnie ojciec wraz z rodziną i kuzynami osiadł w Lewinie Brzeskim, w domu, w którym przez jakiś czas mieszkali jeszcze byli niemieccy właściciele. Tam założył rodzinę, tam urodziłem się ja i moje rodzeństwo. W tym samym domu mieszkała aż do śmierci w grudniu 2016 roku moja mama, a obecnie zamieszkuje go już trzecie pokolenie Procajłów, tj. wnuczek Robert.

Niestety, mój tato nie może już wnieść więcej do swojej historii, gdyż zmarł w 1997 roku tuż przed wielką powodzią. Ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że będąc młodym człowiekiem, nie interesowałem się bardziej jego historią i jego opowieściami, które starał się przekazywać częstokroć swoim dzieciom. Moja refleksja przyszła za późno. Nie mogę odpytać go dziś o różne rzeczy. Zapewniam jednak Pana, że obecnie bardzo pieczołowicie przechowujemy pozostałe po ojcu pamiątki, które są eksponowane w naszym domu w przeszklonej witrynie tak, aby pamięć o nim trwała w nas.

Mam nadzieję, że moje mgliste wspomnienia o młodości i walce mego ojca dla ojczyzny pozwolą nam na przypomnienie i uzupełnienie pewnych luk w opisanej tutaj historii.

Życzę zdrowia i wytrwałości w poszukiwaniu i opisywaniu prawdy. Nasze pamiątki, jeśli zajdzie taka potrzeba, są do Pana dyspozycji.
Stanisław Procajło

Jest to wzruszający list, mówiący o jednym z setek tysięcy polskich żołnierzy, którzy szli na Berlin, aby uwolnić Polskę od okupacji hitlerowskiej. Płacili za to straszliwą cenę, a później budowali tu - na Śląsku Opolskim - nową, powojenną ojczyznę. Dziś przez oficjalnych historyków są często spychani na obrzeża historii, skazywani na zapomnienie, a przez niektórych nadgorliwców ideologicznych uznawani za „drugi sort”, bo na Berlin szli z Armią Czerwoną. Cena krwi i potu w walce za ojczyznę nie podlega wartościowaniu ideologicznemu. Należy o tym zawsze pamiętać.

Skromny, ale zawsze zadbany grób Tadeusza Procajły na cmentarzu w Lewinie Brzeskim jest świadectwem tego ofiarnego życia, a pamięć jego dzieci i troskliwe przechowywanie w przeszklonej witrynie medali i pamiątek po nim jest pięknym, wzruszającym pomnikiem.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.