Strach, euforia i adrenalina. To jeszcze rozrywka czy już walka o życie?

Czytaj dalej
Fot. Lucyna Nenow / Polska Press
Patryk Osadnik, Olga Krzyżyk

Strach, euforia i adrenalina. To jeszcze rozrywka czy już walka o życie?

Patryk Osadnik, Olga Krzyżyk

Spadanie z prędkością 50 kilometrów na godzinę, skok w przepaść, naciąganie na gigantyczną procę. To nie lista tortur, a atrakcji w parkach rozrywki. Ach, ta adrenalina!

Spróbować, a może jednak zrezygnować? Stojąc w kolejce do Lech Coastera, ekstremalnej kolejki górskiej w Legendii Śląskim Wesołym Miasteczku w Chorzowie, serce biło mi jak szalone. Zrobiłam się blada, ręce z nerwów były lodowate. Jeszcze w wagoniku nachodziły mnie myśli, by wysiąść. Ale już nie było odwrotu - wagoniki ruszyły. Do przejechania było 908 metrów z prędkością 95 km/h. Zaczęło się od powolnej wspinaczki na wysokość 40 metrów, z której jest pierwszy spadek wagoników. I 4 inwersje, czyli miejsca, w których przez chwilę znajdujemy się głową w dół, a na pasażerów działają podczas jazdy liczne przeciążenia dodatnie i ujemne (czyli gwałtowne przyśpieszenia i hamowanie, to ten moment, gdy mamy wrażenie, że odrywamy się od siedzenia wagonika). Człowiek może odczuwać na Lechu przeciążenia dodatnie dochodzące do 4,5 G, a ujemne nawet do 4,9 G. To oznacza, że tyle razy ta siła jest większa od grawitacji. I ludzie jeszcze za to płacą!

- Miłośnicy naszego Lech Coastera są sztandarowym przykładem czerpania ogromnej radości z doznań powszechnie uważanych za ekstremalne - mówi Izabela Kieliś, local commercial manager Legendii. - Wciąż nie do pobicia są rekordy ustanowione w sezonie 2017, kiedy to jeden z naszych gości jechał Lechem ponad 100 razy w ciągu jednego dnia, a jeszcze inny 60 razy z rzędu, nie wysiadając z wagonika - podaje.

W chorzowskim parku rozrywki jest jeszcze np. gondola, która obraca się o 360 stopni i wznosi na 20 metrów (Sky Flyer) lub niepozorna karuzela, od której często trzymają się z daleka nawet najbardziej wytrwali miłośnicy ekstremalnych doznań. To Dragon Riders, który obraca się wokół własnej pionowej osi, podczas gdy jego gondole również obracają po osi poziomej. Podczas jazdy na pasażerów działa duża siła odśrodkowa. - To sprawia, że atrakcja ta potrafi bardzo mocno zakręcić w głowie i jest ogromnym testem dla naszego żołądka - śmieje się Izabela Kieliś.

Ma być stromo! Uda pieką, a my pędzimy w dół z „Golgoty”

Ekstremalnych doznań można zaznać choćby podczas ferii zimowych. Może sami jesteśmy narciarzami lub snowbo-ardzistami, którzy zamiast szusować po łagodnych niebieskich i zielonych trasach, wybierają te najbardziej strome, oznaczone kolorem czarnym. Albo zjazdy poza trasami. Najbardziej stroma trasa narciarska w Polsce to czarna trasa FIS na zakopiańskiej Harendzie. Inne czarne trasy, które są wyzwaniem dla narciarzy, to zakopiańska trasa Goryczkowa spod wierzchołka Kasprowego Wierchu oraz po drugiej stronie Kasprowego Wierchu - trasa Gąsienicowa. A najdłuższa czarna trasa w Polsce jest w Beskidach. To trasa FIS ze szczytu Skrzycznego (Szczyrk). Inna kultowa trasa w Szczyrku to czarna Bieńkula. Rozpoczyna się na Hali Skrzyczeńskiej, a kończy w Czyr-nej. To jedna z najtrudniejszych tras w Beskidach. Były tu wypadki śmiertelne. W 2011 roku 52-letni narciarz wypadł z trasy i uderzył w drzewo. Mimo kasku ochronnego, zmarł. W 2010 roku 25-letni instruktor zginął w podobnych okolicznościach. Wypadł z trasy i uderzył w drzewo. Reanimacja nie powiodła się.

W Szczyrku, pomiędzy Halą Pośrednią a Soliskiem, jest jeszcze czerwona trasa, która przed laty dla narciarzy była prawdziwym wyzwaniem. To sławna „Golgota” o średnim nachyleniu 32 proc. (inne źródła podają, że 29 proc.). Potoczna nazwa tej trasy pochodzi z czasów, gdy stok nie był jeszcze ratrakowany. Nie dość, że był stromy, to jeszcze pełen muld. Dla narciarzy było to prawdziwe wyzwanie. Od pokonywania muld piekły mięśnie ud, a koncentracji nie można był stracić nawet na chwilkę. Nieuwaga mogła oznaczać tylko wywrotkę i być może ratowniczy tobogan. Obecnie trasa ta jest dobrze przygotowana do sezonu, ale dawna nazwa została do dziś. I sława.

Czarna Rura, przed którą ostrzegali nas rodzice

Chyba nie ma dziecka, które choć raz nie było w parku wodnym i nie przebierało z niecierpliwością nogami w kolejce do zjeżdżalni. W tarnogórskim Parku Wodnym najsławniejsza jest Czarna Rura. Zjeżdżalnia najbardziej ekstremalna spośród trzech, które się tam znajdują, przed którą ostrzegali rodzice. Ostre zakręty, przerażające dźwięki, malutkie gwiazdy na suficie i ostry wjazd do wody na samym końcu. Zjeżdżaliśmy tam ze znajomymi ze szkoły podstawowej dziesiątki, jeśli nie setki razy, żeby poczuć dreszczyk emocji. W 2018 roku Czarnej jednak już nie ma. Jest nowa, jeszcze bardziej ekstremalna, czyli Kamikadze.

- Dzięki innowacyjnym efektom niesamowicie szybki zjazd dostarczy każdemu mocnych wrażeń i zapewni mnóstwo emocji fanom szybkiej jazdy - zachwala Katarzyna Lipok, asystent ds. marketingu Parku Wodnego. - Są rozbłyski świetlne, gwiezdne niebo, efekt płomieni. Największą nowością jest system umożliwiający indywidualny dobór efektów. Przy wlocie znajduje się klawiatura z dostępem do różnych opcji tematycznych do wyboru - wylicza Lipok i przypomina, że zjeżdżalnia jest przeznaczona dla dzieci powyżej 12. roku życia.

Lucyna Nenow / Polska Press

Kamikadze ma długość 76 m. Jest dłuższa i straszniejsza od tej, którą pamiętam z dzieciństwa. Daje jeszcze więcej frajdy, ale jedno się nie zmieniło. Rodzice wciąż ostrzegają przed nią swoje dzieci. Zresztą i tak to pestka przy Aqualoopie, zjeżdżalni w Parku Wodnym w Tychach - z pionowym startem. Po pionowym upadku w dół wpadamy do czerwonej rury, ale płyniemy, właściwie lecimy, nie tylko w dół, lecz również... w górę. Ze zjeżdżalni mogą korzystać osoby w wieku co najmniej 16 lat, o minimum 130 cm wzrostu i wadze od 40 do 130 kg. Nie wolno mieć na sobie okularów czy zegarka. Długość rury: 78,6 metra. Prędkość maksymalna: 53 km na godzinę. Przyśpieszenie: 2,6 G. Robi wrażenie?

A może skoczyć z mostu? Dla rozrywki, oczywiście

Na Krawędzi to nazwa centrum szkoleń outdoorowych. W ofercie ma m.in. skoki na bungee z poniemieckich mostów kolejowych w Pyskowicach, zjazdy na linie organizowane w postindustrialnej strefie rozrywki w Rudzie Śląskiej, ścianki wspinaczkowe, tyrolki, wahadła czy paintball. Na brak klientów nie narzekają. Dlaczego ludzie decydują się zapłacić nawet kilkaset złotych za skok z mostu albo przejazd na linie nad byto-mskimi Dolomitami?

- Szukają pewnej odskoczni od codzienności - uważa Krzysztof Grosiak, pomysłodawca Na Krawędzi. - Jeśli ktoś w niedzielę dostanie tak dużą dawkę emocji, to kolejnego dnia w biurze zupełnie nie przejmie się reprymendą od szefa. Bo czy może się ona równać z tak wielkim skokiem adrenaliny? - pyta retorycznie.

Sam jest byłym żołnierzem zawodowym, dowódcą drużyny oraz załogi czołgu. Jak ocenia, zapotrzebowanie na adrenalinę u ludzi jest z roku na rok coraz większe.

- Współpracujemy m.in. z ośrodkami dla trudnej młodzieży, ale zjawiają się też u nas osoby prywatne, mające za sobą trudne przejścia. Dla nich ten skok z mostu to często symboliczne zerwanie z przeszłością - wyjaśnia były żołnierz, ekspert od sytuacji skrajnych i niebezpiecznych, choć dziś, jak mówi, organizuje je w kontrolowany sposób. Na Krawędzi ma w swojej ofercie również inną atrakcję: ludzką procę. Tak, dobrze Państwo czytają. To dwie liny, naciągnięte na filarach mostu, do których przyczepiany jest śmiałek w uprzęży. Proce naciąga się przy pomocy... samochodu. Po wystrzeleniu, amplituda lotu w poziomie wynosi nawet 70 metrów.

No dobrze, ale wciąż zastanawiam się: dlaczego to wszystko robimy? Psycholog: dla uczucia szczęścia. - Ponieważ strach wywołuje w nas natężenie emocji. Kiedy już skoczymy na bungee lub wyjdziemy z kolejki górskiej, nasz mózg zaczyna wytwarzać ogromną ilość dopamin i endorfin, czyli hormonów szczęścia, które dają nam poczucie radości, spełnienia, a nawet sensu życia - wyjaśnia Tomasz Kaczmarski, psycholog sportu, i parafrazuje słowa Wandy Rutkiewicz, wybitnej polskiej himalaistki, która mówiła, że ludzie to przedstawiciele jedynego gatunku na Ziemi, który robi coś ponad to, co jest potrzebne mu do przetrwania.

- Jednym będzie towarzyszył bardzo silny strach i to jego przełamanie będzie wywoływało w takich osobach poczucie szczęścia, pewności siebie - kontynuuje Kaczmarski. - Drudzy będą odczuwać bardzo silną potrzebę dostarczania mózgowi ekstremalnych wrażeń. Wtedy mówimy już o uzależnieniu. Mamy do czynienia z działaniem narkotycznym: nasz organizm po prostu wymaga pobudzenia ośrodka szczęścia w naszym mózgu. To te osoby będą poszukiwały coraz bardziej ekstremalnych wrażeń.

A to znaczy, że ekstremalne rozrywki szybko nie znikną.

Patryk Osadnik, Olga Krzyżyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.