Sprawa Jarosława Ziętary: Skazany za napad na bank były prokurator broni Elektromisu i dyskredytuje głównego świadka "Baryłę"

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Dembiński
Łukasz Cieśla

Sprawa Jarosława Ziętary: Skazany za napad na bank były prokurator broni Elektromisu i dyskredytuje głównego świadka "Baryłę"

Łukasz Cieśla

W sprawie zbrodni na dziennikarzu Jarosławie Ziętarze, w zabójstwo którego mają być zamieszani ludzie Elektromisu, zeznawał były prokurator Jarosław D. Przez lata pracował dla Elektromisu, a potem przyłapano go na... napadzie na bank. W czwartek w sądzie Jarosław D. bronił Elektromisu. Twierdził, że firma działała zgodnie z prawem. Jednocześnie dyskredytował świadka "Baryłę", który jego dawnego pracodawcę powiązał ze sprawą zbrodni na Jarosławie Ziętarze.

Młody poznański dziennikarz zniknął 1 września 1992 roku. Zdaniem krakowskiej prokuratury, do zabójstwa Ziętary podżegał Aleksander Gawronik na terenie firmy Elektromis. Te słowa miał wypowiedzieć latem 1992 roku w obecności szefa Elektromisu Mariusza Ś. Ciała Ziętary do dzisiaj nie odnaleziono.

Oprócz Gawronika oskarżeni zostali jeszcze dwaj żyjący ochroniarze Elektromisu. „Ryba” i „Lala” mieli porwać Ziętarę i przekazać zabójcom.

W czwartek w poznańskim Sądzie Okręgowym odbyła się kolejna rozprawa przeciwko „Rybie” i „Lali”. Zeznawał m.in. były prokurator Jarosław D.

Sprawa Ziętary: były prokurator po jednej rozmowie z Mariuszem Ś. zostaje redaktorem naczelnym tygodnika

Jarosław D. z prokuratury odszedł w grudniu 1994 roku. Twierdzi, że czuł się wypalony po prawie 10 latach pracy, poza tym mu grożono. Jak zaznaczył odszedł z prokuratury „troszkę nieodpowiedzialnie”, bo miał żonę i roczne dziecko na utrzymaniu, a nie miał innej oferty pracy. Zajmował się różnymi zajęciami aż jego znajomy z prokuratury, były prokurator Paweł Dębski, pomógł mu w dostaniu pracy w holdingu Elektromis.

WIĘCEJ
Sprawa Ziętary: przemyt, groźby i brudna robota w poznańskiej firmie Elektromis

Po rozmowie z szefem firmy Mariuszem Ś., którego pierwszy raz widział na oczy, został… redaktorem naczelnym tygodnika „Poznaniak”. Jarosław D. przyznał, że nie miał żadnego doświadczenia i uczciwie powiedział to na pierwszym spotkaniu z dziennikarzami, czym miał zyskać ich uznanie. Po czym dodawał, że w Elektromisie było duże sito przy rekrutacji pracowników i nie zatrudniano byle kogo lecz osoby kompetentne.

Jak pogodzić to z faktem, że został redaktorem naczelnym, mimo braku kompetencji w tej dziedzinie? Na takie pytanie sądu odpowiedział, że w Elektromisie starano się przyjmować takie osoby, które mają wiedzę, co robić.

Jarosław D. opowiadał, że pracę dziennikarzy głównie nadzorował, a czasami też sam pisał. Prowadził rubryczkę prawną, a pewnego razu pojechał do Warszawy na wywiad z premierem Józefem Oleksym. Potem w holdingu Elektromis pełnił kolejne funkcje: prezesa Żabki, pełnomocnika do spraw nieruchomości. Wspomniał, że w okresie budowania „Biedronek” był czas, że otwierano ich 30 w jednym miesiącu. Czyli średnio każdego dnia w Polsce otwierano „Biedronkę”. A on to wszystko nadzorował. Wspominał też czasy klubu „Sami Swoi”, gdzie raz w miesiącu spotykała się kadra menedżerska holdingu. By się napić, zrelaksować po ciężkiej pracy. Dodał, że był to klub męski, ale nie gejowski, o czym rzekomo wtedy plotowano w Poznaniu. Jego podobizna, jak i pozostałych zasłużonych dla firmy, widniała na suficie lokalu.

- Jako były prokurator, podejmując decyzję o rozpoczęciu pracy w Elektromisie, rozważałem wersję, że firma prowadzi nielegalną działalność. Potem okazało się, że to były wielkie pomówienia

- przekonywał w sądzie Jarosław D. - Pracowałem tam i widziałem od środka jak to wygląda – przekonywał w sądzie Jarosław D.

Nie wspomniał jednak o tym, że w słynnej aferze Elektromisu główni oskarżeni najpierw zostali skazani na więzienie. Ale sprawa potem w wielu wątkach się przedawniła. Dlatego musiała zostać umorzona i zapadły niskie wyroki tylko wobec niektórych oskarżonych.

WIĘCEJ
Proces Elektromisu: wielka afera z niskimi wyrokami. Przez błędy poznańskiego sądu

Eksprokurator Jarosław D. twierdzi, że policjant nakłaniał go do "udupienia szefa Elektromisu"

Były prokurator Jarosław D. o byłej firmie mówił w bardzo dobrym tonie, mimo że w 2004 roku szef Elektromisu „podziękował” mu za pracę w atmosferze skandalu. Były podejrzenia, że Jarosław D. zdefraudował firmowe pieniądze. On do dziś temu zaprzecza i ubolewa, że wtedy nie dano mu szansy przedstawienia własnej, jego zdaniem prawdziwej wersji.

W kontekście zniknięcia Jarosława Ziętary, prokuratura po raz pierwszy przesłuchała go latem 2014 roku. Stwierdził, że zna ją jedynie z mediów. Kilka miesięcy później, w listopadzie 2014 roku, były prokurator Jarosław D. stał się znany w całym kraju ze "skoku stulecia". Bo w masce z filmu „Krzyk” i atrapą pistoletu, próbował obrabować bank w Poznaniu. Była to jednak placówka bezgotówkowa, niczego więc nie zabrał. W trakcie ucieczki został złapany przez przechodniów.

WIĘCEJ
Były prokurator Jarosław D. podczas procesu o napad stwierdził, że stał się bandytą

Gdy siedział w areszcie, krakowska prokuratura wezwała go raz jeszcze. Znowu zapewniał, że nie wie niczego o zniknięciu Jarosława Ziętary ani o nielegalnej działalności Elektromisu. W czwartek w sądzie długo skarżył się na tamte przesłuchanie.

- Na drugie przesłuchanie do Krakowa wzięto mnie z poznańskiego aresztu. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia przyjechali po mnie funkcjonariusze z ostrą bronią, skuto mnie i siedem godzin wieziono do Krakowa. Osadzono w celi z trzema mordercami. A na przesłuchaniu policjant proponował, że jeśli coś dam na szefa Elektromisu, to oni mi załatwią, że nie będę miał sprawy za napad na bank. To była absurdalna propozycja, powiedziałem, że nie ze mną te numery. Zdenerwowałem się wtedy, bo gdyby nie podróż do Krakowa, to byłbym już w domu. Prokurator z Poznania najpierw mówiła, że wypuści mnie z aresztu na Wigilię 2014 roku. Byliśmy też po rozmowach, że za napad na bank dostanę karę w zawieszeniu. Jednak po wizycie w Krakowie, po tym, jak niczego nie powiedziałem na Elektromis, dalej siedziałem w areszcie. A poznańska prokuratura zażądała dla mnie później 3,5 roku więzienia i na tyle zostałem skazany za sprawę napadu – opowiadał w sądzie Jarosław D.

Obecnie były prokurator jest już na wolności. Odbył karę za nieudany napad.

- Policjant z Krakowa w 2014 roku zaproponował, że jeśli coś dam na szefa Elektromisu, oni mi załatwią, że nie będę miał sprawy za napad na bank. Chciano, żebym mówił niestworzone rzeczy, byle tylko, za przeproszeniem, „udupić” szefa Elektromisu

- mówił w sądzie. - Policjant mówił mi, że się zdziwię, bo Mariusz Ś. jest bardziej umoczony w sprawę Ziętary niż Aleksander Gawronik. Miałem świetną okazję, żeby za dawne zwolnienie z pracy zeznawać na Mariusza Ś., ale nie będę kłamać - dodawał.

Człowiek Elektromisu dyskredytuje "Baryłę", głównego świadka prokuratury

Czy jednak nie było tak, że Jarosław D. miał powody, by być wdzięcznym dawnemu szefowi? W 2014 roku, gdy został zatrzymany za napad, był w złej sytuacji finansowej i życiowej. W postępowaniu karnym bronił go adw. Wiesław Michalski. Reprezentował również Jarosława D. w 2012 roku, gdy łączono go z innym napadem na bank.

Adw. Wiesław Michalski od lat jest związany ze środowiskiem Elektromisu i Mariuszem Ś., zresztą obecnie broni obu ochroniarzy oskarżonych o porwanie Ziętary.

W wątku Jarosława D. spotkaliśmy się z opiniami, że szef Elektromisu po latach wyciągnął pomocną dłoń do dawnego pracownika, który napadł na bank i zapewnił mu pomoc znajomego prawnika. Tej hipotezie zaprzecza stanowczo adw. Wiesław Michalski. Zapewniał nas w czwartek, że po prostu sam postanowił pomóc Jarosławowi D. Dodał, że były prokurator oraz szef dawnego Elektromisu nie mają ze sobą kontaktu od 2004 roku.

Wróćmy do zeznań Jarosława D. Znający go od lat adw. Wiesław Michalski w pewnym momencie czwartkowej rozprawy zaczął go wypytywać o Macieja B., ps. „Baryła”. Czyli jednego z głównych świadków prokuratury, który zeznał, że w 1992 roku na terenie Elektromisu doszło do narady, podczas której Aleksaner Gawronik podżegał do zabójstwa Jarosława Ziętary. „Baryła” zeznaje, że był związany z Elektromisem i jego ochroniarzami, przysłuchiwał się tamtej naradzie.

W czwartek Jarosław D., były pracownik holdingu Elektromis, zaczął dyskredytować „Baryłę”.

- Swoją karę więzienia odbywałem w poznańskim areszcie przy ul. Młyńskiej. Pracowałem tam jako bibliotekarz i wypożyczałem książki innym więźniom. „Baryła” to mitoman. Wiem, że kiedyś napadł na poznańską adwokat, a potem zabił policjanta. On w zakładzie przy Młyńskiej chodził sobie po korytarzu, dzwonił kiedy chciał, opowiadał, że wszystko wie i że pewne rzeczy wymyśla. Tak o nim opowiadano. Mówiono, że to taki drugi świadek „Masa”. Ja go zresztą poznałem przy Młyńskiej, to znaczy kiedyś podawałem mu książki do celi, ale z nim nie rozmawiałem – zeznawał był prokurator Jarosław D.

Ziętara badał interesy Wiesława P.? Biznesmen twierdzi, że zawsze prowadził czyste interesy

Drugim świadkiem, przesłuchanym w czwartek był przedsiębiorca Wiesław P. W akcie oskarżenia krakowska prokuratura napisała, że był on jednym z czterech biznesmenów, którego niejasną działalnością miał interesować się Jarosław Ziętara. Kolejni trzej to Mariusz Ś. z Elektromisu, Zdzisław W., który miał firmę Rival oraz Aleksander Gawronik.

Wiesław P. w sądzie potwierdził, że w latach 80. prowadził wspólne interesy z Mariuszem Ś. Razem mieli tworzyć Elektromis. Rozstali się w 1988 roku, bo zdaniem Wiesława P. jego znajomy popełnił „faul”, to znaczy robił pewne interesy bez jego wiedzy. Poza tym Wiesław P. mówił, że chyba był zbyt silną osobowością dla Mariusza Ś.

Jednocześnie Wiesław P. w sądzie zaprzeczał, żeby kiedykolwiek prowadził nielegalną działalność. Zapewniał, że nie zajmował się przemytem, a jego działalnością nie interesowali się dziennikarze.

Tymczasem z naszej wiedzy wynika, że policja od lat interesowała się działalnością Wiesława P. Na początku lat 90. wyjaśniano sprawę podrobionego oleju do samochodów. Potem działalnością tego przedsiębiorcy zainteresowało się Centralne Biuro Śledcze. Założono mu podsłuchy.

Z Wiesławem P. spotkaliśmy się zresztą kilka lat temu. W „Głosie Wielkopolskim” ukazał się artykuł o jego naciskach na urzędników w kontekście prowadzonej przez niego działalności gospodarczej. Tymczasem poznański przedsiębiorca w czwartek zapewniał sąd, że dziennikarze i służby się nim nie interesowali, nigdy mu nie zależało na rozgłosie i prowadzi biznes „małą łyżką”.

Trzecim świadkiem przesłuchanym w czwartek w sądzie był Waldemar P., dawny funkcjonariusz ZOMO, a potem pracownik straży przemysłowej w Elektromisie. Zeznał, że jako wartownik kilka razy widział Aleksandra Gawronika przyjeżdżającego do Elektromisu i rozmawiającego z Mariuszem Ś. To o tyle ciekawe, że wersja Gawronika jest inna. On zaprzecza swojej bliskiej znajomości z szefem Elektromisu.

Były wartownik zeznał również, że przed laty słyszał w firmie, że pod Elektromisem przyłapano jakiegoś mężczyznę z aparatem fotograficznym i być może go pobity. Niewykluczone, że był to dziennikarz Jarosław Ziętara (mówili o tym inni świadkowie). Jednak były ochroniarz zaznaczył, że nie wie dokładnie, kim był rzekomo pobity mężczyzna. Sprawę Ziętary, jak stwierdził, zna jedynie z mediów.

Kolejna rozprawa w procesie byłych ochroniarzy odbędzie się pod koniec października.

Łukasz Cieśla

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.