Spin doktorant. W samo południe

Czytaj dalej
Marcin Kędryna

Spin doktorant. W samo południe

Marcin Kędryna

Już zaczynałem pisać o amerykańskiej trzeciorzędnej kinematografii, ale zaczepił mnie dyrektor Lubuskiego Centrum Informacyjnego, biura w urzędzie marszałkowskim – pan Michał Iwanowski. Wbrew mojemu przekonaniu, prawdopodobnie do sporej Państwa części nie dotarło, że pani Marszałek Województwa Lubuskiego Elżbieta Anna Polak wypowiedziała nam („Gazecie Lubuskiej”) wojnę

Poszło o opisywaną przez nas od prawie miesiąca aferę molestowania/mobingu w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego. Pani Marszałek w spotykany sposób próbowała wywrzeć presję na prezesa naszego oddziału, Grzegorza Widenkę. I w niespotykany, na redakcję, wysyłając podpisane przez swojego rzecznika pismo, w którym wzywa redaktora naczelnego do weryfikacji piszących w gazecie autorów. Spotykany – polskim politykom zdarzały się takie działania.

Niespotykany – urzędnicy takich rzeczy w otwarty sposób nie robili. A przynajmniej ani ja, ani ludzie, ż którymi rozmawiałem nie słyszeli o czymś takim. Urzędy – jak zapisano w Konstytucji – działają na podstawie i w granicach prawa. Nie istnieje przepis, który upoważnia Urząd Marszałkowski do wpływania na skład redakcji. Istnieje za to przepis, który zabrania utrudniania krytyki prasowej. A czymże innym jest próba usunięcia autora niepochlebnych w jej mniemaniu tekstów?

Miałem pisać o wykwitach amerykańskiej kinematografii. Konkretnie o użytym w zylionie seriali motywie miasteczka na końcu świata, a konkretniej, na Środkowym Zachodzie, do którego przypadkiem trafia bohater, albo nie przypadkiem, i w tym miasteczku się okazuje, że rządzi twardą ręką burmistrz z szeryfem i sędzią. Burmistrz może być biznesmenem, albo biznesmen rządzi burmistrzem. Robią co chcą. Robią zło i nikt się im nie sprzeciwia, bo wszyscy się ich boją. No i bohater zaczyna z nimi walczyć. Z czasem pojawiają się jacyś sojusznicy – mieszkańcy widzą, że się można sprzeciwić.

Bohater walczy skutecznie. Na koniec przyjeżdża kawaleria, FBI, albo Gwardia Narodowa, albo policja stanowa. No i wszystko się dobrze kończy. Bohater odjeżdża w siną dal, albo zostaje szeryfem. Albo burmistrzem. Te wykwity amerykańskiej kinematografii chodzą mi po głowie, gdy obserwuję zachowania pani Marszałek i jej akolitów. Otóż mam wrażenie, że jak antagonistom amerykańskiego bohatera, wydaje się im, że mogą wszystko. A przez to, że im się to wydaje – to robią. Wydaje się – to słabo powiedziane – oni wierzą, że mogą. Wróćmy do pana dyrektora Iwanowskiego.

W zamieszczonym na urzędowym portalu publicystycznym tekście opisuje zmiany właścicielskie w gazetach Polska Press. Generalnie zarzuca „Lubuskiej” zależność od rządu. I przede wszystkim to, że się zajmujemy ciągłym „wyciąganiem i eksponowaniem rzekomych afer w urzędzie marszałkowskim, mniej lub bardziej wydumanych.”

Podstawowa różnica pomiędzy mną, a panem dyrektorem polega na tym, że gdyby do mnie zadzwonił któryś z członków rządu i wydał mi jakieś polecenie, to – w zależności od stopnia z nim znajomości, w bardziej lub mniej żołnierskich słowach – wysłałbym go tam, gdzie powinni trafiać ludzie, którym się coś poważnie pomyliło. Pan dyrektor zaś, jako urzędnik, nie ma takiej wolności, gdyż nie jest dziennikarzem. Jest urzędnikiem. I bierze pieniądze za realizowanie polityki urzędu. I musi robić to, co mu jego władza każe. Różnica: dziennikarz – urzędnik. Dziennikarz może. Urzędnik nie może. Wiem to bardzo dobrze, gdyż przez pięć lat byłem urzędnikiem. I pewnie, gdyby mnie te ograniczenia nie uwierały, to byłbym nim dalej.

Pan dyrektor z „Gazetą Lubuską” zestawia „Naszą Lubuską” wydawanym przez urząd periodykiem, który rozdawany jest mieszkańcom województwa. Przynajmniej niektórym, bo na moją wieś nie dochodzi. W moim urzędzie zajmowałem się bardzo podobnymi rzeczami, co pan dyrektor. Ale nigdy mi przez głowę nie przeszło, żeby działania mojego biura nazywać działalnością dziennikarską, czy porównywać z jakimkolwiek normalnym medium. Biuro prasowe, czy centrum informacyjne ma się zajmować nie publicystyką, tylko informowaniem o działalności urzędu.

Dyrektor przypomina profesora Bodnara, który w sprawie Polska Press interweniował w UOKiK-u. Dyrektor może nie wiedzieć, że w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich dyskutowano nad przepisami, które zabroniłyby samorządom wydawania swoich „gazet”. Mówiono, że udające normalne gazety periodyki dezinformują społeczeństwo. A do tego są wydawane za publiczne pieniądze, więc są w o niebo lepszej sytuacji niż normalne lokalne media.

W amerykańskim filmie zwykle bywa finałowa walka, po której przyjeżdża kawaleria. U nas – mam wrażenie – do finałowej walki nie dojdzie, gdyż nasi antagoniści, wcześniej, poprzewracają się o własne nogi.

Marcin Kędryna

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Pro Media Sp. z o.o.