Skazani za niewinność, czyli nie tylko Tomasz Komenda

Czytaj dalej
Fot. FOT. 123RF
Dorota Kowalska

Skazani za niewinność, czyli nie tylko Tomasz Komenda

Dorota Kowalska

Spędzają za kratami po kilkadziesiąt lat, po czym okazuje się, że są niewinni, że nie zabili, nie zgwałcili, nie uprowadzili dziecka. Doskonały argument dla przeciwników kary śmierci, a ci podnoszą, że człowiek jest istotą zawodną, jeśli chodzi o sposób myślenia, decydowania, wyprowadzania wniosków. Życie pokazuje, że mają rację

Maurice Hastings prawie 40 lat powtarzał śledczym, że jest niewinny, że to nie on zgwałcił i zamordował Robertę Wydermyer, której ciało z raną postrzałową głowy znaleziono w 1983 roku. Śledczy ustalili, że przed śmiercią kobieta została wykorzystana seksualnie.

O zabójstwo oskarżono właśnie 30-letniego Maurice’a Hastingsa. Nie przyznawał się do winy, ale nie przekonał do siebie przysięgłych. 20 października 1988 roku, po kilkuletnim pobycie w areszcie, usłyszał wyrok dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Podczas autopsji w jamie ustnej ofiary odnaleziono ślady nasienia. Prokuratura odrzucała jednak wnioski Hastingsa o zbadanie DNA. Amerykanin spędził w kalifornijskim więzieniu stanowym 38 lat, dopiero w zeszłym roku udało mu się złożyć oświadczenie o niewinności w jednostce ds. uczciwości skazań w biurze prokuratora okręgowego. Testy DNA, przeprowadzone w czerwcu, potwierdziły niewinność Hastingsa. Kilka dni temu, niedługo przed 70. urodzinami, odzyskał wolność.

- Nie będę wskazywać palcem winnych. Modliłem się przez wiele lat, aby ten dzień nadszedł - powiedział dziennikarzom. I dodał, że „nie jest zgorzkniały i chce cieszyć się resztą życia, póki je ma”.

Prokurator George Gascon przyznał, że uniewinnionego Amerykanina spotkała „straszna nieuczciwość”.

- Wymiar sprawiedliwości nie jest doskonały. Kiedy dowiadujemy się o nowych dowodach powodujących, że tracimy zaufanie do wydanego wyroku, naszym obowiązkiem jest działać szybko - napisał w specjalnym oświadczeniu.

Nie dalej, jak trzy miesiące temu amerykańska NBC News informowała, że po 36 latach spędzonych w więzieniu uniewinniony został 53-letni obecnie Sullivan Walter. Walter jako 17-latek został skazany za gwałt wyłącznie na podstawie zeznań ofiary. Historia niemal identyczna, jak ta Maurice’a Hastingsa. Także w tym przypadku niewinność mężczyzny udowodniono dzięki badaniom DNA.

Sędzia Darryl Derbigny nie ukrywał, że jest zły, bo wcześniej, przez kilkadziesiąt lat, śledczy nie dostarczyli sądowi próbek nasienia oraz krwi zabezpieczonych na miejscu zbrodni. Ich analiza mogłaby oczyścić Waltera z zarzutów i nigdy nie doprowadzić do jego skazania.

- Stwierdzenie, że było to skandaliczne, i tak byłoby niedopowiedzeniem - przyznał Derbigny.

53-letni Walter odsiadywał 39-letni wyrok. Uniewinniono go po 36 latach.

Do gwałtu doszło 9 maja 1986 roku w dzielnicy Lower Garden w Nowym Orleanie. Napastnik wtargnął do domu ofiary, przyłożył jej nóż do gardła i dokonał przestępstwa. Kobieta zgłaszając sprawę na policję stwierdziła, że jest w stanie rozpoznać gwałciciela i wskazała na zdjęcia 17-letniego wówczas Sullivana Waltera, który był akurat zatrzymany w związku z włamaniem.

Emily Maw, prawniczka reprezentująca Waltera, podkreśliła podczas rozprawy, że od początku istniały przesłanki, by sądzić, że ofiara, i jednocześnie jedyny świadek, omyłkowo zidentyfikowała Waltera jako gwałciciela.

- W tym przypadku L.S. została poproszona o rozpoznanie kogoś, kto przez cały czas, w którym mogła go rozpoznać, był zamaskowany, przebywał w nocy w nieoświetlonym pokoju i groził jej, by na niego nie patrzyła. Co więcej, zdjęcia pana Waltera pokazano jej dopiero sześć tygodni po zdarzeniu - podkreśliła Maw.

„Organy ścigania i prawnicy zaangażowani w tę sprawę uznali, że mogą zrobić, co tylko zechcą z pochodzącym z biednej rodziny czarnoskórym nastolatkiem i nigdy nie zostaną za to pociągnięci do odpowiedzialności. Nie chodzi tylko o jednostki i ich wybory, ale o system, który to umożliwia” - podsumował w pisemnym oświadczeniu Richard Davis, dyrektor ds. prawnych Innocence Project New Orleans, organizacji wspierającej walkę niesłusznie skazanych o sprawiedliwość.

- Przede wszystkim myślę, że wyroki sądów nie są nieomylne i stąd też pytam niejednokrotnie: co, gdyby w Polsce była dalej kara śmierci? (…) Jestem przeciwnikiem kary śmierci. Jestem zwolennikiem kary dożywotniego pozbawienia wolności, ale przeciwnikiem kary śmierci. Nie mam skrupułów, gdy sądy skazują brutalnych bandytów na wysokie kary. Choć oczywiście, gdybym miał być obrońcą takiej osoby, to z zaangażowaniem w sprawę wykonywałbym swoje obowiązki obrończe. Ale mógłbym być przecież też oskarżycielem posiłkowym. W takiej roli też występuję - mówił mi w książce „Adwokaci. Ich najważniejsze sprawy” mec. Zbigniew Ćwiąkalski. I dodał, że najczęściej zawodzi „czynnik ludzki”: śledczy, biegli, świadkowie. Człowiek jest przecież istotą zawodną, jeśli chodzi o sposób myślenia, decydowania, wyprowadzania wniosków. To nie komputer, który co do zasady, w pewnych procesach się nie myli, bo nie może się pomylić. W przypadku człowieka zawsze trzeba mieć ograniczone zaufanie i dlatego nigdy nie można decydować się na jednoznaczne stanowisko, gdy w tyle głowy pojawiają się wątpliwości.

- Bardzo źle, jeśli się te wątpliwości lekceważy, szczególnie jeśli chodzi o sprawy karne, bo można wyrządzić komuś nieodwracalne krzywdy - podkreślał mec. Ćwiąkalski.

To właśnie on prowadził sprawę Tomasza Komendy, najbardziej znaną i medialną sprawę niesłusznie skazanego w Polsce. Poznał Komendę przez Grzegorza Głuszaka, reportera telewizyjnego, potem zwróciła się do niego rodzina wtedy jeszcze skazanego, aby prowadził sprawę Tomasza Komendy przed Sądem Najwyższym, a później, aby walczył o odszkodowanie i zadośćuczynienie dla niego.

- Przedstawiono mi szczegóły tej sprawy i nie miałem wątpliwości, że Tomasz Komenda jest niewinny. Nie ukrywam - jestem dość odporny psychicznie, nikt mnie chyba nie widział w mediach zdenerwowanego czy krzyczącego na kogoś, ale uroniłem łzę, kiedy Sąd Najwyższy ogłosił wyrok w sprawie Komendy, bo to była wzruszająca chwila. Nagle ktoś, kto 18 lat spędził w tragicznych warunkach w więzieniu, w jednej chwili odzyskuje wolność, odzyskuje dobre imię i odzyskuje jakąś szansę na ułożenie sobie życia - opowiadał mi mec. Ćwiąkalski.

Komenda był oskarżony w sprawie tak zwanej zbrodni miłoszyckiej - miał brutalnie zabić 15-letnią Małgorzatę Kwiatkowską. Dziewczyna noc sylwestrową z 1996 na 1997 rok spędziła, bawiąc się na dyskotece Alcatraz w Miłoszycach. Piła alkohol, a na zewnątrz wyszła z jednym z kolegów. Ostatni raz widziana była z trzema mężczyznami, którzy ją prowadzili. Wśród nich był rozpoznany przez świadków Ireneusz M.

Rano na końcu malutkiej ścieżki między gospodarstwami znaleziono ciało nastolatki. Miała na sobie jedynie skarpetki z czerwonym paskiem, wokół była masa krwi. Dziewczyna została brutalnie zgwałcona. Na śniegu i mrozie umierała przez wiele godzin. Śledczy ustalili, że sprawców gwałtu było kilku. Świadczyły o tym ślady zostawione na miejscu zbrodni, między innymi DNA. Nie zatrzymano jednak żadnych podejrzanych, a z czasem śledztwo umorzono.

W 2000 roku w magazynie „997” pokazano rysunek mężczyzny, z którym miała bawić się wtedy 15-latka. Po programie na policję zadzwoniła Dorota P. twierdząca, że osoba z rysunku jest podobna do wnuka jej sąsiadki, Tomasza Komendy. Eksperci z Akademii Medycznej we Wrocławiu napisali, że włos znaleziony na kominiarce porzuconej przez sprawców w miejscu zbrodni może do niego należeć, jak również ślad zębów na ciele ofiary mógłby być jego, z zastrzeżeniem, że także iluś innych osób. Dwa psy policyjne, niezależnie od siebie, wskazały, że zapach z czapki ofiary należy do Komendy. Z kolei dwanaście osób dało Tomaszowi Komendzie alibi, twierdząc, że tamtego sylwestra spędzał we Wrocławiu.

W 2000 roku mężczyzna został aresztowany. Podczas przesłuchania tylko raz potwierdził policjantom, że tamtej nocy był w Miłoszycach i miał tam odbyć dobrowolny stosunek z pewną dziewczyną. Jednak później powtarzał, że te wyjaśnienia zostały na nim wymuszone groźbami i zastraszaniem. W 2003 roku przez sąd I instancji został skazany na 15 lat pozbawienia wolności za gwałt i morderstwo. W 2004 Sąd Apelacyjny we Wrocławiu skazał go na karę 25 lat więzienia. Kasacja od tego wyroku, w 2005, została przez Sąd Najwyższy oddalona. Komenda nigdy nie przyznał się do winy.

W momencie skazania Tomasz Komenda miał ukończoną jedynie szkołę podstawową i szkołę specjalną. Pracował w myjni. Nie miał wcześniej problemów z prawem.

W 2018 roku śledczy Robert Tomankiewicz i Dariusz Sobieski złożyli do Sądu Najwyższego wniosek o uniewinnienie prawomocnie skazanej osoby, właśnie Tomasza Komendy. W tym samym roku Sąd Okręgowy we Wrocławiu z urzędu warunkowo zwolnił Komendę z odbycia kary. Sędzia Jerzy Nowiński, przewodniczący wydziału penitencjarnego Sądu Okręgowego we Wrocławiu, nie zgodził się na wniosek prokuratury o przerwę w odbywaniu kary, tłumacząc że nie ma ku temu podstaw w Kodeksie karnym. Zdecydował, że Tomasz Komenda wyjdzie na wolność. Sąd stwierdził, że poprzednie wyroki to efekt „fali błędów i pomyłek”. W maju 2018 roku Sąd Najwyższy uniewinnił Tomasza Komendę od zarzutu gwałtu i morderstwa.

Komenda nie krył wzruszenia po ogłoszeniu tej decyzji, płakał. Spędził w więzieniu 6540 dni. Znęcano się nad nim psychicznie i fizycznie. 18 lat poniżania, bicia, odseparowania od bliskich!

- Na pewno Tomasz Komenda żył jakąś niesamowitą siłą woli, miał wielkie samozaparcie. Ale, jak mówię, podjął trzy próby samobójcze. Współwięźniowie go odcięli i uratowali. Sam Komenda mówi, że jest niewierzący, ale wierzył w papieża Jana Pawła II. Miał jego obrazek przy sobie i do dzisiaj uważa, że właśnie papież psychicznie go wspierał. Żył 18 lat w zamknięciu. Nie wychodził nie tylko na przepustki, ale za cichym przyzwoleniem Służby Więziennej także na spacerniak, bo tam współwięźniowie bili go i znęcali się nad nim. Wiara w coś na pewno mu pomogła. Ale są też pewnie jakieś predyspozycje indywidualne: jedni potrafią takie piekło przetrwać, inni nie. Myślę, że wiele innych osób by tego nie wytrzymało - stwierdził mec. Ćwiąkalski.

Za gwałt na Małgorzacie Kwiatkowskiej ostatecznie skazani zostali Ireneusz M. i Norbert B. Co ciekawe, ich nazwiska przewijały się w śledztwie.

Ale Tomasz Komenda nie był jedynym Polakiem skazanym za niewinność. Czesław Kowalczyk z Gdańska spędził w więzieniu ponad 12 lat za zabicie 26-letniego trenera jazdy konnej, w tym 5 lat w izolatce jako więzień szczególnie niebezpieczny. Pierwszy wyrok - dożywocie, po apelacji - 25 lat. Na ławie oskarżonych siedział w kuloodpornej szklanej klatce z gangsterami z tzw. klubu płatnych zabójców. Pisano o nim, że to Czester, cyngiel bandy. Ponoć zastrzelił swoją ofiarę na oczach jego partnerki i to właśnie ona wskazała Czesława Kowalczyka jako sprawcę zbrodni. W 2012 roku w sprawie Kowalczyka zapadł trzeci wyrok - niewinny. Po 12 latach spędzonych w celi został uniewinniony nie dzięki apelacjom, pracy śledczych czy sądu. Uratował go konflikt gangsterów, którzy pogrążając się nawzajem, wskazali prawdziwego zabójcę.

Na przyznanie się do winy czekali zapewne prokuratorzy z Katowic, kiedy w czerwcu 2001 roku oskarżyli trzech mężczyzn o zrabowanie ze skarbca Makro Cash And Carry w Zabrzu 1 327 740 złotych. Akt oskarżenia opierał się na zeznaniach narkomana i handlarza narkotyków - innych dowodów nie było. A wyniki badań genetycznych, daktyloskopijnych, biologicznych, zebranych na miejscu przestępstwa, wyraźnie wskazywały, że to nie oni dokonali przestępstwa. Kolejni biegli powoływani w czasie procesu mówili wprost o pomyłce prokuratury. Ale sąd za każdym razem odrzucał wnioski o uchylenie aresztu. Mężczyźni spędzili za kratami trzy lata, aż w październiku 2004 roku sąd uznał ich za niewinnych. Cała trójka starała się o odszkodowania, chcieli ponad milion złotych, czyli tyle, ile było w skarbcu. Mówili, że w areszcie stracili nie tylko 36 miesięcy z życia, ale też nerwy, zdrowie, pracę, szacunek.

W 2015 roku Sąd Apelacyjny w Lublinie rozpatrywał sprawę Zbigniewa Góry, który domagał się od Skarbu Państwa odszkodowania za blisko trzy lata spędzone w areszcie. W styczniu 2005 roku mężczyznę oskarżono o brutalne zabójstwo Haliny B., 73-letniej lekarki z Lublina. Zbigniew Góra miał wtedy 27 lat. W procesie poszlakowym Sąd Okręgowy w Lublinie skazał go na 25 lat więzienia. W 2007 roku wyrok został uchylony, a po dwóch latach mężczyznę uniewinniono.

Takie historie zdarzają się zresztą na całym świecie. Cornelius Dupree Jr. przez cały czas utrzymywał, że w 1979 roku nie zgwałcił i nie obrabował 26-letniej kobiety, za co został skazany na 75 lat więzienia. W czerwcu 2010 roku wyszedł na wolność, przebywał jednak pod stałym nadzorem w areszcie domowym. Tydzień po wyjściu zza krat testy DNA potwierdziły jego niewinność. Dupree mógł wyjść z więzienia już w 2004 roku, najpierw musiałby jednak wziąć udział w programie resocjalizacyjnym dla przestępców seksualnych. Pierwszą fazą programu jest uznanie odpowiedzialności za popełniony czyn.

- A tego Dupree zrobić nie chciał - mówił Jim Shoemaker, który odsiedział z nim 2 lata w tym samym więzieniu i był przekonany o niewinności kolegi.

Laboratorium kryminalistyczne w hrabstwie Dallas zatrzymuje zabezpieczone na miejscu zbrodni ślady organiczne przez wiele lat. To umożliwiło m.in. udowodnienie, że Dupree jest niewinny. Ponadto do rewizji wielu wyroków na podstawie testów DNA przyczyniła się współpraca przy analizie wyników badań DNA pierwszego czarnoskórego prokuratora okręgowego Craiga Watkinsa z organizacjami takimi jak Innocence Project. Watkins sprzeciwił się też polityce „skazać za wszelką cenę”, która, jak twierdził, panowała w jego urzędzie przed jego kadencją. Craig Watkins mógłby przywołać przypadek Raya Hintona, o tyle wstrząsający, że 58-letni wówczas Hinton wyszedł na wolność z więzienia w Birmingham w stanie Alabama po spędzeniu tam 30 lat w oczekiwaniu na wykonanie kary śmierci za podwójne zabójstwo, którego nie popełnił. I takich spraw są dziesiątki.

Może dlatego tak wiele kontrowersji budzi w USA kara śmierci. Stany Zjednoczone wyróżnia jeden z najwyższych na świecie odsetek egzekucji wykonanych na niewinnych i niesłusznie skazanych. Jak podaje Amnesty International, od czasów przywrócenia w 1977 roku kary śmierci tylko w stanie Illinois pośmiertnie oczyszczono z zarzutów 13 osób. Od 1973 roku z cel śmierci w Stanach Zjednoczonych zwolniono łącznie aż 123 więźniów. Niewinni skazani na śmierć to nie tylko problem USA. Podobne przypadki odnotowano także w Chinach, Tanzanii czy na Jamajce.

Larry Griffin został w 1980 roku skazany na śmierć za zastrzelenie z jadącego samochodu 19-letniego dealera narkotyków. Wyrok wykonano poprzez wstrzyknięcie trucizny. W 2005 roku ponownie otwarto śledztwo, podejrzewając, że Larry był jednak niewinny - co podtrzymywał do ostatnich chwil życia.

Jesse Tafero został skazany wraz z żoną za zabójstwo dwóch policjantów w 1976 roku. Tafero skończył na krześle elektrycznym. Do zabójstwa, już po wykonaniu wyroku, przyznał się Walter Rhodes. Z kolei George Stinney, jako 14-letni chłopiec, został oskarżony o zabójstwo dwóch dziewczynek. Sąd składał się wyłącznie z białych sędziów. Chłopiec został zmuszony do przyznania się do winy, odmówiono mu prawa do apelacji. Grupa ekspertów w 2013 roku zbadała ponownie sprawę dowodząc, że Stinney był niewinny, tyle że ten został wcześniej stracony.

W jednym z wywiadów, już po wyjściu z więzienia, Tomasz Komenda powiedział tak: „Często śnią mi się koszmary i budzę się w środku nocy zlany potem. Wracają wspomnienia z więzienia, w którym bito mnie i poniżano. Człowiek z takim paragrafem jak ja jest traktowany w „kryminale” gorzej niż karaluch. Nie ma żadnych praw. Jest zwykłym śmieciem. Ale mam nadzieję, że te koszmary miną. Tłumaczę sobie, że to taki etap w życiu, który kiedyś się skończy. Ja oczywiście nigdy nie zapomnę o tym, co mnie spotkało i będę musiał z tym żyć, ale wiem, że dam sobie radę. Muszę”.

Współpraca: Mariusz Parkitny, Marcin Rybak

Dorota Kowalska

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Co tu sie dziwic,jak refererendarze po aplikacjach sędziowskich do czasu dostania sedziowskiej roboty siedza na uslugach LiS(lichwiarzy i spekulantów )A układ wrocławski lichwa stoi.Jak taka AMEBA moze później orzekać w poważnych sprawach. Kara śmierci, to tez żaden wyrok ,tylko ze nieodwracalny.Psychika człowieka zlamanego potrafi robić rozne psikusy,czasem przyznaje sie do rzeczy niepopełnionych .W tym Milyszycach tez wogole nie bylo morderstwa, tylko wyglada na brutalny gwałt i wychlodzenie organizmu. W tej spawie wedlug,,prawa" mozna by wsadzic mnostwo ludzi, bo Dziewczyna byla nieletnia nad ktora nie sprawowano opieki ,udzielono alkoholu i stala sie Ofiara predatorow a pozniej zima zrobila swojè.A to co sie wydarzylo pozniej to USUAL SUSPECT. Mieli cisnienie ,zeby sprawe rozwiazac,to....rozwiazali,pewnie jeszcze nagrody przytulili ale jak chlopaka nawet w okolicy nie bylo i 12 osob dawalo mu alibi, to jednak wynik.Praca sledczych latwa nie jest ale i tak wykrywalnosc morderstw maja na poziomie 98%!Co jest wynikiem rewelacyjnym w skali swiatowej.

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Pro Media Sp. z o.o.