Sławomir Rusin

S. Anastazja: Bóg nie obdarował nas w święta drugim żołądkiem

Przepis pochodzi z książki: „Boże Narodzenie z s. Anastazją i s. Salomeą. Tradycyjne zwyczaje, świąteczne przepisy”, WAM Fot. Dariusz Kobucki Wydawnictwo WAM/Studio Inigo Przepis pochodzi z książki: „Boże Narodzenie z s. Anastazją i s. Salomeą. Tradycyjne zwyczaje, świąteczne przepisy”, WAM
Sławomir Rusin

Rozmowa z siostrą Anastazją Pustelnik FDC, autorką popularnych poradników kulinarnych.

Pamięta siostra święta Bożego Narodzenia w rodzinnym domu w Bieszczadach?

Całkiem dobrze. Są to te święta, które jako dzieci szczególnie mocno zapamiętujemy.

Co było w nich szczególnego?

Było w nich ważne coś, co dziś jest trochę pomijane. Chodzi mi o całe przygotowanie do świąt, i nie mam tu na myśli pieczenia czy gotowania, ale nasze serca. Temu służy właśnie Adwent. Jako dzieci - jeśli tylko nam pozwalano, bo zimy były wtedy trochę bardziej srogie - biegaliśmy z bratem na roraty. Niestety nie mieliśmy tak pięknych lampionów, jakie dzieci przynoszą dziś do świątyń. Mieliśmy za to około trzech kilometrów drogi w jedną stronę. I to jest jedno ze skojarzeń, kiedy zaczynam myśleć o Bożym Narodzeniu.

Adwent nie ma tak pokutnego charakteru jak Wielki Post.

Tak, jest o wiele radośniejszym czasem, ale pewna refleksja czy wyrzeczenie powinny mu towarzyszyć. Tak jak rodzina przygotowuje się na narodziny dziecka, tak i my w tym czasie czekamy na narodziny Jezusa. Jeśli dobrze nie przepracujemy tego czasu, może się zdarzyć, że siądziemy do kolacji wigilijnej pokłóceni, z noszonymi od dłuższego czasu urazami. A to na pewno nie pomoże w spotkaniu. Jezus przyszedł na świat w domu, w którym panowała zgoda i miłość. Kiedy w Boże Narodzenie przychodzi do naszych domów, też powinien doświadczyć podobnej atmosfery.

Z Wigilią wiąże się - zwłaszcza na wsi - wiele tradycji, obrzędów. Domyślam się, że i u siostry było podobnie.

Tego dnia kobietom nie wolno było wychodzić z domu i odwiedzać sąsiadów. Stary przesąd mówił, że takie odwiedziny są zwiastunem nieszczęścia. Gospodynie i ich córki siedziały więc w domu, w przeciwieństwie do gospodarzy i chłopców. Ci wędrowali od domu do domu i winszowali. Oczywiście kiedy nadchodziła pora wieczerzy, zakaz przestawał obowiązywać. Zanim zaczęła się kolacja, szliśmy z bratem do ogrodu. On zabierał siekierę, a ja miskę kokotek (to taki rodzaj klusek). Podchodziliśmy razem do drzew owocowych. Przy każdym z nich brat robił zamach siekierą, a ja w imieniu drzewa prosiłam, żeby nie uderzał w pień, bo w przyszłym roku da ono tak dorodne owoce, jak te kokotki.

Rozumiem, że była też choinka.

Zdobiliśmy ją zrobionymi w Adwencie łańcuchami z bibuły lub ze słomy i pestek dyni owiniętych w kolorowe papierki. Wieszaliśmy orzechy i jabłka. Raczej nie było na drzewku słodyczy, nie licząc opakowanych w złotka kostek cukru. Mama przygotowywała potrawy. Tato zmarł, kiedy miałam kilka lat, więc go nie pamiętam. Pamiętam też, że dziewczyny przed Wigilią zamiatały izbę. Wynosiły na pole to, co zmiotły i wsłuchiwały się, z której strony najpierw zaszczeka pies, bo stamtąd miał w przyszłości nadejść narzeczony.

I z której strony rozległo się szczekanie w siostry przypadku?

Przyznam się, że miałam narzeczonego, a raczej, jak to się dziś mówi, chłopaka. Było to, kiedy pracowałam w fabryce w Czechosłowacji. Ale ostatecznie wybrałam - jak widać - drogę zakonną.

Kolacja zaczynała się wraz z pierwszą gwiazdką?

Wieczorem. Jadaliśmy przeważnie kilka kolacji wigilijnych. W naszym domu wieczerza zaczynała się najwcześniej, bo byliśmy najbardziej oddaleni od centrum wsi. Przychodzili do nas krewni. Po pierwszej kolacji ruszaliśmy do innych domów, na kolejne posiłki, cały czas zbliżając się do kościoła, by o północy pojawić się na pasterce.

Jak wyglądały wieczerze?

Najpierw była modlitwa, potem życzenia i dzielenie się opłatkiem. Na środku stołu było siano, całkiem dużo. Kładziono na nim opłatki, które zostały po dzieleniu, a na nich naczynie z potrawami. Jedliśmy z jednego naczynia. Każdy miał łyżkę, którą po kolacji wkładał pod siano. Sztućce myło się następnego dnia.

Było wolne miejsce przy stole?

Zawsze, choć gości bywało dużo. Kiedy miałam 17 lat, zmarła moja mama. Pamiętam, że tego roku na wigilię zaprosiliśmy sąsiadkę, która mieszkała sama nieopodal.

Czytaj więcej:

  • Czy siostra ma ulubione danie wigilijne?
  • W artykuje znajdziesz przepis na sernik i lukier cytrynowy
Pozostało jeszcze 51% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Sławomir Rusin

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.