Przyszła z biznesu. W samorządzie zaczęła wprowadzać biznesowe porządki

Czytaj dalej
Fot. Archiwum domowe
Tomasz Kapica

Przyszła z biznesu. W samorządzie zaczęła wprowadzać biznesowe porządki

Tomasz Kapica

Sabina Nowosielska uspokoiła rozedrgany wiecznymi awanturami samorząd Kędzierzyna-Koźla. - Ja się nie znam na polityce - mówi. Może dlatego czasem trochę podpada zwykłym ludziom.

Jakby mnie pan zapytał jeszcze rok temu, czy chcę zostać na drugą kadencję, tobym powiedziała, że raczej nie - przyznaje dziś Sabina Nowosielska. - Ale teraz powiem, że coraz bardziej podoba mi się to, co robię.

Kiedy w 2015 roku ogłosiła, że chce zostać prezydentem Kędzierzyna-Koźla, wielu pytało, czy jej się to w ogóle opłaca. Wcześniej pracowała bowiem w biznesie. Była członkiem zarządu Grupy Azoty ZAK SA i prezesem klubu siatkarskiego Zaksa. W 2014 roku jej dochody z „Azotów” i klubu wyniosły łącznie ponad 900 tysięcy złotych. Takie zarobki to trochę inna liga. Jak się nosi na ręce zegarek Chopard (kosztują średnio 20-30 tysięcy złotych), to pensja samorządowca może się wydawać niezbyt wygórowana.

- W biznesie czy choćby w sporcie są w miarę przejrzyste reguły gry. Jesteś sprawny, to masz wyniki i jesteś doceniony. A w samorządzie to bardzo różnie bywa - mówi jedna z osób z otoczenia pani prezydent.

Ludzie chcieli spokoju, 
postawili więc na nią
Cała kampania samorządowa 2014 roku miała miejsce pod koniec wyjątkowo burzliwej kadencji. O reelekcję starał się wówczas znany kędzierzyński lekarz Tomasz Wantuła. Podczas jego rządów doszło do spektakularnej rewolucji kadrowej w mieście. Wymieniono praktycznie wszystkich dyrektorów, prezesów i kierowników miejskich zakładów oraz spółek.

Nierzadko stanowiska otrzymywali znajomi Wantuły. To był powód, dla którego prezydent był bezlitośnie atakowany przez opozycję i środowiska, które za jego rządów zostały odsunięte od wpływu na drugie miasto Opolszczyzny. Tomasz Wantuła nie miał wcale zamiaru łagodzić tych sporów. Politykę prowadził „na ostro”. Skutkiem tego wszystkiego były rozliczne afery, podsłuchiwano przeciwników politycznych, pełne ręce roboty miała prokuratura.

Do takiego targanego politycznymi sporami gniazda os chciała wejść Nowosielska. Mówi, że po odejściu z zarządu „Azotów” miała propozycje pracy w konkurencji, ale odmówiła. Badania opinii publicznej wcale nie wróżyły jej wielkiego sukcesu. W sondażach, opracowywanych między innymi przez „Nową Trybunę Opolską”, początkowo miała 12 procent poparcia i była dopiero na czwartym miejscu w kolejce po władzę w Kędzierzynie-Koźlu. Ale z biegiem czasu okazywało się, że ludzie mają już dość samorządowych wojen i są skłonni postawić na kogoś, kto był poza bieżącą polityką. W pierwszej turze wyborów przegrała co prawda z Tomaszem Wantułą, który końcówkę kadencji miał już całkiem dobrą, ale w drugiej udało jej się go nieznacznie pokonać.

- Sabina na początku nie bardzo wiedziała, co się dzieje w samorządzie - mówi jeden z wysoko postawionych urzędników. - Wskazywała na radę miasta i mówiła: „a ta rada nadzorcza - dlaczego ona tak dużo gada, zamiast współpracować?”. I tak miała wiele szczęścia, bo w składzie rady większość stanowili radni Platformy Obywatelskiej, pod szyldem której sama startowała w wyborach. Gdyby miała realną opozycję, toby się w ogóle załamała, bo nie potrafiłaby tego ogarnąć.
Dziś mówi, że wciąż się do końca nie przyzwyczaiła do tego, jak się pracuje w samorządzie. - Na przykład wysyłam urzędnikowi maila, żeby się zapoznał z pewnym tematem, i dzwonię rano do niego, żeby o tym porozmawiać. A ten odbiera wystraszony i mówi, że jeszcze nie otworzył komputera - uśmiecha się Sabina Nowosielska.

Mówi ludziom, 
co powinni myśleć
Mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla, którzy o jej pracy dowiadują się z mediów, mają o niej raczej dobre zdanie. Ale ci, którzy zetknęli się z nią osobiście, już nie zawsze. Niedawno spotkała się z rodzicami podstawówki nr 6 w sprawie likwidacji gimnazjów. Położone na tym samym osiedlu gimnazjum nr 4 zostanie połączone z „szóstką”, ale docelowo uczniowie z podstawówki będą się uczyć w gmachu „czwórki”. Takie przeniesienie szkoły nie podoba się rodzicom dzieci z podstawówki.

Tłumaczą, że budynek gimnazjum nie jest przystosowany dla potrzeb małych dzieci i że znajduje się w bardziej niebezpiecznej okolicy (głównie ze względu na ruch samochodowy). Sabina Nowosielska spotkała się z mieszkańcami i wyraziła publicznie zdziwienie, że... w ogóle szczegółowo pytają ją o plany przeniesienia. - Mnie jako rodzica bardziej interesowałoby to, jak i przez kogo moje dziecko będzie uczone, a nie gdzie - strofowała mieszkańców.

Sytuację próbował ratować jej zastępca Wojciech Jagiełło, który robił dobrą minę do mieszkańców. Zapewniał, że rozumie ich wszystkie argumenty i że wciąż jest czas na dyskusję w tej sprawie oraz że nic nie jest przesądzone. Zachowywał się jak rasowy samorządowiec, czego nie można było powiedzieć o jego przełożonej.

- Pani prezydent mówi nam, co mamy myśleć, o co mamy pytać. Jest zdziwiona, że mamy inne zdanie czy obawy związane z tym przeniesieniem - mówi jeden z rodziców. - Wydaje jej się, że wie najlepiej. Samorządowiec tak się nie powinien zachowywać.

Prezydent Nowosielskiej zdarzało się także na konferencjach prasowych zwracać uwagę dziennikarzom, że zadają nie takie pytania, jakie powinni. Związany z Solidarną Polską Adam Sadłowski jest jednym z nielicznych radnych miejskich będących w pewnej opozycji do pani prezydent. Przekonuje, że najlepiej na razie Sabinie Nowosielskiej wychodzi... dbanie o własny wizerunek. - Ja to już mówiłem publicznie na sesji, że bardziej dba o PR niż o nasze miasto - mówi Sadłowski. - Wszędzie jej pełno, tu gdzieś ściska rękę, tam coś otwiera. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że o samo miasto też dba. Widać w niej zapał, chęć do pracy. Inna jest też kultura zarządzania gminą, nie ma takich sporów, potrafi się jakoś porozumieć z innymi.

Potrzebny jest duży sukces, 
a nie tylko sprawne zarządzanie
Radny Sadłowski podkreśla jednak, że sukcesem Nowosielskiej będzie sprowadzenie do Kędzierzyna-Koźla dużego inwestora, który da miastu impuls do rozwoju. Na razie takiego nie ma. - Największe inwestycje, jak budowa kompleksu basenów na osiedlu, zostały zaplanowane na drugą połowę kadencji. Zobaczymy, czy to wszystko się uda. Żeby znowu nie było takiej sytuacji jak kiedyś, że przed samymi wyborami będą rozstawiane po mieście koparki, żeby ludzie myśleli, że praca wre, w rzeczywistości wszystko będzie w powijakach - ironizuje samorządowiec.

Radnego Ryszarda Masalskiego, któremu na sesjach zdarza się najgłośniej krytykować niektóre posunięcia pani prezydent, poprosiliśmy, by na łamach powiedział, co mu się nie podoba w pracy włodarza miasta. Po krótkim namyśle stwierdził, że zbyt wielu wad w jej pracy nie widzi.

- Trudno ją do czegoś przekonać, ale jak już się uda, to jest słowna i dotrzymuje danej obietnicy - mówi radny Masalski. - Jest praktyczna, ale wybiórczo wsłuchuje się w propozycje składane przez radę. W zarządzaniu jest skuteczna, ale zbyt ostrożna w podejściu do niektórych radykalnych zmian, na jakie powinno się zdecydować nasze miasto.

Jeśli takie słowa padają z ust największych oponentów pani prezydent, to jest to raczej dobra ocena. - Chociaż niekiedy przesadza, i to mocno - mówi jeden z urzędników. - Kiedyś koledzy usłyszeli, że fanpejdż facebookowy ma mieć ileś tam tysięcy lajków, bo to bardzo ważne. Oczywiście można tak prowadzić fanpejdż, żeby był ciekawy, ale niełatwo namówić tysiące ludzi, żeby śledziło facebooka urzędu miasta.

Zwraca uwagę 
nawet ludziom na spacerze
Sabina Nowosielska mówi, że do pracy na stanowisku prezydenta podchodzi jak do konkretnego zadania do zrealizowania. I konsekwentnie się tego trzyma. - Jak idę na spacerze i widzę, że ktoś wyprowadza psa, to pytam się właściciela, czy ma ze sobą torebkę na psią kupę - opowiada Sabina Nowosielska. - Ludzie różnie reagują, ale chcę, żebyśmy dbali o to miasto wszyscy.

Największy wizerunkowy kryzys dopadł Sabinę Nowosielską w związku z zanieczyszczeniem powietrza. Na dodatek stało się w to w roku 2016, w którym Kędzierzyn-Koźle zmienił swoje oficjalne hasło z „miasto możliwości” na „jestem eKKo”, czyli ekologiczny.

Taki napis pojawiał się m.in. na banerach miasta. Tymczasem we wrześniu tysiące mieszkańców wyraziło swoje oburzenie faktem, że w „mieście eKKo” ktoś co chwila emituje benzen do atmosfery. W sieci mieszkańcy zaczęli publikować wyniki badań, które wskazywały na wzrost poziomu stężenia benzenu o kilka tysięcy procent w stosunku do tzw. normy średniorocznej. Sprawa nabrała medialnego rozgłosu, problemem zainteresowano nawet Kancelarię Prezesa Rady Ministrów.

Chwilami było widać małe doświadczenie samorządowe Nowosielskiej. Na sesji podczas dyskusji o problemie wprost zapytała, czy możliwe jest, że trucicielem jest ktoś ze zwykłych mieszkańców, a nie jakiś wielki zakład. Pytała, czy jest możliwość... rozlewania benzenu koło stacji pomiarowej na os. Piastów, by wywołać skokowe wzrosty stężenia. Podawała w wątpliwość winę miejscowych zakładów chemicznych. - Nie wierzę, by jakikolwiek prezes czy wiceprezes podpisał się pod nieprawdziwym sprawozdaniem – powiedziała prezydent miasta, sugerując, że ludzie zatrudnieni w wielkiej chemii są poza wszelkim podejrzeniem.

To mogło wzburzyć 
opinię publiczną

- Ludzie mają dość tego, że są truci, a pani prezydent, która jest związana z przemysłem chemicznym, sugeruje teraz, że to nie biznes odpowiada za zanieczyszczenia, tylko może mieszkańcy. No wyglądało to fatalnie - mówi jeden z działaczy zaangażowanych w walkę o poprawę jakości powietrza.

Takie wypowiedzi mogły tylko dodatkowo wzburzyć i tak bardzo krytycznie nastawioną do tej sprawy opinię publiczną. Urząd miasta ostatecznie poszedł jednak inną drogą. Zorganizowano dla ponad tysiąca mieszkańców darmowe badania pod kątem obecności w organizmie fenoli będących skutkiem działania benzenu. Gmina nie miała obowiązku ich finansować, ale sfinansowała, a w mieście odebrano to tak, że samorząd jednak martwi się o zdrowie mieszkańców. Zapowiedziano także sfinansowanie budowy stacji meteorologicznej, która pozwoli sprawdzać, skąd pochodzi emisja benzenu. Od niedawna na stronie urzędu miasta w najbardziej widocznym miejscu publikowane są także aktualne wyniki poziomu zanieczyszczeń.

Pani prezydent niedawno zorganizowała nawet konferencję prasową, by poinformować o tym, że ciepło na osiedlach zasilanych z ekologicznych kotłowni gazowych będzie o kilkanaście procent tańsze i że jest to co prawda drobny, ale kolejny krok w kierunku poprawy jakości powietrza.

W tym przypadku konkretnie walki ze smogiem, który również jest dużym problemem Kędzierzyna-Koźla. W walkę ze smogiem zaangażowała się nawet tak mocno, że poleciła strażnikom miejskim, by przeprowadzali prewencyjne kontrole w przydomowych kotłowniach i sprawdzali, czy ludzie nie palą śmieci w domach. Sama zasugerowała, że takich przypadków może być dużo. I że świadczy o tym fakt, że zimą liczba oddawanych przez mieszkańców odpadów spadła aż o połowę.

Takie prewencyjne kontrole denerwują jednak część mieszkańców i jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy - także samych strażników miejskich. Naprędce zorganizowano dla nich szkolenia, jak mają owe kontrole przeprowadzać, na jakie podstawy prawne się powoływać i jak reagować na odmowę mieszkańców.

- Taki samorządowiec z krwi i kości, przykładowo burmistrz z 20-letnim stażem, to się sto razy zastanowi, czy robić takie masowe kontrole, bo będzie to denerwować ludzi, a z ich zdaniem się trzeba liczyć - opowiada jeden z urzędników, często współpracujący z panią prezydent. - Pani prezydent, jak uzna, że rozwiązujemy jakiś problem, to już się reszta nie liczy. A co tam rodzice jakichś uczniów z podstawówki czy biedny emeryt, do którego pierwszy raz w życiu zapukał ktoś w mundurze i każe pokazać, co ma w kotłowni. Ona ma poczucie, że wie lepiej, i nie lubi sprzeciwu. Nie można odmówić jej racji w wielu sprawach.

W Kędzierzynie-Koźlu mówi się dziś, że jeśli Nowosielska nie popełni jakiegoś rażącego błędu, nie zrazi do siebie wyborców, to wygraną (jeśli ostatecznie wystartuje) w przyszłorocznych wyborach ma w kieszeni. Taką gafę popełnił w 2010 roku ówczesny prezydent Wiesław Fąfara. Podczas powodzi zachorował i nie brał udziału w akcji obrony miasta, ale znalazł na tyle sił, żeby w gumowcach chodzić wokół własnego domu i rozkładać worki z piaskiem. Zdjęcia prezydenta w gumiakach zostały potem opublikowane w jednej z darmowych gazet. Wielu ludzi takiego wizerunkowego blamażu mu nie wybaczyło i to utorowało drogę do zwycięstwa Tomasza Wantuły.

- Ja się na polityce nie znam, robię swoje - mówi pani prezydent.

- Ale szybko się tej polityki uczy. Nie wyrzuciła części ludzi od Wantuły, których przejęła pod swoje skrzydła. Umiejętnie gra ze środowiskiem Platformy, buduje swoje zaplecze. Naprawdę nieźle to wygląda - mówi jeden z polityków.

Tomasz Kapica

Staram się być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Zajmują się sprawami, które są istotne dla mieszkańców, a także regionalną i ogólnopolską polityką. Patrzę władzy na ręce. Jeśli jest coś, o czym powinienem widzieć, to dzwoń lub pisz.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.