Próba przyzwoitości. W 1981 r. środowisko akademickie UŚ zrozumiało, że najtrudniejszym egzaminem jest ten z etyki

Czytaj dalej
Joanna Sarnat

Próba przyzwoitości. W 1981 r. środowisko akademickie UŚ zrozumiało, że najtrudniejszym egzaminem jest ten z etyki

Joanna Sarnat

- Uniwersytet Śląski w stanie wojennym stał się najbardziej represjonowaną uczelnią w Polsce. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Pamiętajmy, że na UŚ internowano głównego rektora, prof. Augusta Chełkowskiego oraz prorektor prof. Irenę Bajerową. Czystki kadrowe na uczelni doprowadziły do zwolnienia największej w Polsce liczby pracowników naukowo-dydaktycznych. Środowisko UŚ stanęło przed ważną próbą – wspomina prof. zw. dr hab. Adam Lityński. Stan wojenny rozpoczął się 13 grudnia 1981 r. Na ulice miast wkroczyły wojsko i milicja.

Wprowadzenie stanu wojennego było największą operacją Wojska Polskiego od czasu zakończenia II wojny światowej. Jeszcze w nocy komandosi zajęli budynki telewizji i radia oraz centra telekomunikacji i łączności. Dekret o stanie wojennym zawieszał działanie wszystkich organizacji, stowarzyszeń i związków zawodowych. Wprowadzono godzinę milicyjną, zakazano opuszczania określonych województw, miast i gmin. Zawieszono także działalność uniwersytetów. Studenci i nauczyciele akademiccy zrozumieli, że ich cały świat runął.

Obudziłem się w nowej rzeczywistości

Środowisko śląskich szkół wyższych przyjęło wprowadzenie stanu wojennego ze zdumieniem. Jeszcze kilka dni wcześniej trwał strajk okupacyjny na kilku wydziałach UŚ. Wydawało się, że reżim nieco ustępuje. Stan wojenny okazał się granicą dla otwartej działalności NZS-u, który zawiązał się w województwie katowickim jeszcze w 1980 r. – najpierw jako Tymczasowy Komitet Założycielski Niezależnego Związku Młodzieży Akademickiej przy Politechnice Śląskiej, później działał już jako Niezależne Zrzeszenie Studentów. Informacja o stanie wojennym zelektryzowała wszystkich studentów zaangażowanych w działania opozycyjne. – Dla nas to było zupełnie irracjonalne, prawdziwy kosmos, bo po tym strajku, gdzie wszyscy czuliśmy taką jedność i siłę, wprowadzenie stanu wojennego wydawało się niemożliwe – wspomina Przemysław Miśkiewicz (wówczas student prawa, dziś przewodniczący Stowarzyszenia Pokolenie). – Co śmieszne, w ramach NZS-u mieliśmy ustalone pewne reguły, jak mamy się zachowywać na wypadek stanu wyjątkowego. Życie jednak napisało zupełnie inny scenariusz.

Studenci o sympatiach opozycyjnych aktywizowali się w różny sposób. Oprócz strajków, nocnych czuwań i organizowania wykładów działaczy opozycyjnych ważna była działalność wydawnicza. Na Śląsku studenci wydawali kilkanaście tytułów. – Rano 13 grudnia namówiłem ojca na to, żebyśmy przyjechali na Wydział Prawa i Administracji zabrać dokumentację NZS-u wraz z deklaracjami. Na szczęście portierka mnie wpuściła, a dokumenty były na miejscu. Zabrakło jednak powielacza, dzięki któremu mogliśmy rozpowszechniać bibułę. Jak się okazało, nie zabrał go nikt ze służb. Po maszynę przyjechali jeszcze wcześniej niż ja moi przyjaciele: Wojciech Michalewicz i Krzysztof Madej oraz ojciec Krzysztofa – mówi Tadeusz Smolczewski (wówczas student prawa i przewodniczący NZS-u na WPiA UŚ. Dziś radca prawny).

Zaskoczeni studenci wbrew pozorom szybko zaczęli się organizować – mimo groźby internowania, chcieli wyrazić swój sprzeciw wobec reżimu. Przemysław Miśkiewicz przypomina sobie: – Jeszcze w niedzielę, 13 grudnia, zaczęliśmy się gorączkowo zastanawiać, co możemy zrobić. Podzieliliśmy się na trójki i umówiliśmy się, że w poniedziałek rano będziemy jeździć po różnych miastach Śląska, sprawdzimy, gdzie są strajki. Ja byłem w trójce, która pojechała do Gliwic. Co smutne, w mojej trójce był student, który po latach okazał się agentem i złożył na mnie ponad 60 donosów.

Legenda czerwonego uniwersytetu

UŚ na początku swojego istnienia postrzegany był jako „czerwony uniwersytet”. Ta przykra legenda narodziła sie w związku z historią powstania uczelni. Edward Gierek, I sekretarz KW PZPR, miał poprzeć represje wobec studentów w marcu 1968 r. Nie chciał dopuścić do rozruchów studenckich na Śląsku. Tym samym pokazał, że powstanie uczelni jest ściśle kontrolowane przez komunistyczne władze. Stefan Kozicki w swoim reportażu „Dyskusje na wysokich piętrach” nie szczędził słów krytyki w sprawie doboru kadry dydaktycznej na Uniwersytecie Śląskim. Pisał: Młoda ta uczelnia, nie mając żadnych zobowiązań moralnych wobec minionych wieków, otwarcie zabiega o to, aby patronat rządzącej partii był szczególnie widoczny. (…) Idąc korytarzem gmachu zajmowanego głównie przez Instytut i Wydział Nauk Społecznych, dostrzegam wśród wywieszek informujących o rozkładach zajęć nazwiska znane mi z innego gmachu, czyli z Komitetu Centralnego w Warszawie. (…) Czytam je bez zdziwienia, choć startowałem jako reporter w okresie, kiedy działacze polityczni w życiu, że tak powiem, cywilnym najchętniej legitymowali się umiejętnościami strzelania z pistoletu i pistolety właśnie – nie dyplomy naukowe i konspekty uniwersyteckich wykładów – spoczywały w szufladach ich biurek.

Słowa te wydają się wyjątkowo gorzkie w obliczu statystyk o represjach na uczelniach po stanie wojennym. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Uniwersytet Śląski był pod tym względem rekordowy. Jak przypomina prof. Adam Lityński: – Stan wojenny na UŚ był wyjątkowo represyjny. Tylko tutaj internowano rektora prof. Augusta Chełkowskiego, aktywnego solidarnościowca, oraz prorektora prof. Irenę Bajerową. Z Uniwersytetu Śląskiego zwolniono największą liczbę pracowników naukowo-dydaktycznych, nękano ich rewizjami, wstrzymywano nominacje profesorskie. Niektórym w ten sposób złamano kariery naukowe. Noc grudniowa 1981 r. była dla mnie szokiem, wtedy zrozumiałem, że nasz barak w obozie socjalistycznym nigdy nie zostanie przyzwoicie umeblowany i że nasze nadzieje na poprawę sytuacji runęły na następnych kilkadziesiąt lat.

Kogo chronił uniwersytet?

Kogo bronił „czerwony uniwersytet”? Czy akademia stanęła na wysokości zadania? W trakcie stanu wojennego rektorem UŚ został Sędzimir Maciej Klimaszewski, ostoja nowego porządku, którego dziś ocenia się krytycznie. To za jego panowania doszło do masowych czystek na uczelni. Lucjan Modrzyk (w stanie wojennym student prawa, dziś sędzia Sądu Apelacyjnego) wspomina – Wobec internowanych studentów postępowanie umorzył docent Józef Ciągwa z Wydziału Prawa i Administracji UŚ. Dzięki temu część studentów uniknęła odpowiedzialności dyscyplinarnej. Wiem, że ówczesny rektor Klimaszewski rozmawiał z docentem Ciągwą o tej sprawie. Zapytał rzecznika, co ma zrobić z tymi wszystkimi umorzeniami. Docent powołał się wtedy na zasadę domniemania niewinności. Rozbawiło to rektora, który stwierdził, że powoływanie się na średniowieczne zasady nie jest teraz najlepszym pomysłem.

Bywało i tak, że studenci byli oskarżani przez władze uczelni zupełnie bezpodstawnie. Jeśli naciągana historia miała pomóc komunistom, władze uniwersyteckie mogły po nią sięgnąć. O pewnym doktorze, rzeczniku dyscyplinarnym, który wielokrotnie szkodził studentom UŚ, wspomina Tadeusz Smolczewski: – Nie zapomnę do końca życia jednej sytuacji, która miała miejsce na komisji dyscyplinarnej. Rzecznik dyscyplinarny, dr prawa zatrudniony na naszym wydziale, wstał i zwrócił się: „Wysoka Komisjo, ja oglądałem zdjęcia w Komitecie Wojewódzkim z manifestacji, robione z rektoratu i proszę mi wierzyć, na tych zdjęciach są nasi studenci.” I komisja uwierzyła w jego słowa, w żaden sposób ich nie weryfikując.

Ojcowski autorytet

Na szczęście była też kadra, która chroniła studentów i pozwalała im uczyć się relatywnie w spokoju. Ówcześni studenci Wydziału Prawa i Administracji UŚ podkreślają, że pracownicy naukowi w większości zachowywali się bez zarzutu, niejednokrotnie przekładając terminy egzaminów lub zaliczeń, żeby internowani studenci byli w stanie skończyć studia. Wyjątkowym nauczycielem oraz ogromnym wsparciem dla opozycyjnych studentów w tym czasie był prof. Adam Lityński, u którego na seminarium magisterskim chroniła się „ekstrema” opozycyjna. – Kiedy przyszedłem pod koniec października zapytać o miejsce na seminarium, docent Lityński zapytał tylko, dlaczego tak późno. Gdy opowiedziałem mu o internowaniu, przyjął mnie bez wahania - mówi Lucjan Modrzyk. – Wiedzieliśmy, że jak coś, to do prof. Lityńskiego. Nigdy nie odmówił nam pomocy. U niego na seminarium był chyba największy odsetek internowanych. Myślę, że psuliśmy mu w ten sposób opinię, ale pewnie tego nie żałował – podkreśla Wojciech Michalewicz (wówczas student prawa, dziś notariusz). – Jesteśmy mu wdzięczni, ponieważ zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że bezpieka się nim interesuje. Seminarzyści, których internowano, byli o niego wypytywani – dodaje.

Autorytet nauczyciela akademickiego, który trwał w nieugiętej postawie, miał ogromne znaczenie dla młodych studentów, dopiero kształtujących swoje poglądy i charaktery. – Prof. Lityński nigdy nie powiedział, że jest przeciw komunie, a i tak wszyscy to wiedzieliśmy. Świadczyła o tym jego postawa, to, że przygarniał wszystkich tych ludzi. Wiedzieliśmy, że jest naszym zaufanym człowiekiem – wspomina Tadeusz Smolczewski. – On emanował czymś ojcowskim, wszyscy o nim mówili ciepło, jak o ojcu. Nie był dla nas tylko nauczycielem, był naszym mistrzem. Wiedzieliśmy, że zawsze nam pomoże – zaznacza Robert Zapiór (wówczas student prawa, dziś adwokat). Seminarzyści prof. Lityńskiego do dziś utrzymują z nim kontakt. Wojciech Michalewicz wyznaje: – On nas w pewnym sensie stworzył jako ludzi. Nawet teraz korzystamy z tego, co nam przekazał.

Prof. Adam Lityński nie ukrywa, że atmosfera na Uniwersytecie Śląskim dla nauczycieli akademickich była wówczas ciężka. Stres towarzyszył pracownikom naukowym nieustannie. – Bałem się zarówno internowania, jak i zwolnienia. Byłem ich prawie pewien. Pamiętam, jak mój starszy, nieżyjący już kolega opowiadał o swoim przyjacielu z Uniwersytetu w Czechosłowacji. Wyrzucili go chyba w 68 r. On później pracował jako inkasent, spisywał liczniki prądu i gazu. Nie mógł wrócić na uczelnię. Pomyślałem wtedy, że mnie czeka podobny scenariusz. Nawet już sobie obmyśliłem, czym będę mógł się zająć po zwolnieniu. Chciałem zostać kierowcą autobusu, najlepiej miejskiego, żebym nie musiał odjeżdżać zbyt daleko. Na szczęście mogłem zostać na UŚ.

Mimo permanentnej obawy o posadę, profesor nie wahał się jednak pomagać opozycyjnym studentom. A decyzja ta nie należała do łatwych, także ze względu na stan jego zdrowia. Koszty, jakich zażądał stan wojenny, miały też wymiar niepoliczalny. – W styczniu 1982 r. dostałem zawału. Pamiętam doskonale ten dzień. Byłem wtedy u matki, która mieszkała na Słowackiego w Katowicach. W nocy po prostu się przewróciłem i leżałem tak do rana. Później się podniosłem i myślałem, że wszystko już w porządku. Dopiero po latach okazało się, że tak naprawdę to był zawał, który wystąpił niedługo po ogłoszeniu stanu wojennego.

Przeszukania, internowania i strach

Internowanie mogło dosięgnąć w zasadzie każdego. Pretekst zawsze mógł się znaleźć. Barbara Jędras (wówczas studentka prawa, dziś adwokat) wspomina – Razem z koleżanką, Ulą Modrzyk, zostałyśmy internowane przez manifestację majową, która odbyła się 13 maja 1982 r. pod rektoratem UŚ. Dziś wydaje mi się, że zatrzymanie nas miało wystraszyć pozostałych studentów. Nie byłyśmy ani ważne, ani funkcyjne, zwykłe, szare, spokojne studentki. A jednak można nas było złapać. Dopiero po wypuszczeniu nas z obozu internowania, a cały czas byłyśmy zawieszone w prawach studenta, zdecydowano o umorzeniu postępowania. Przed Sądem Dyscyplinarnym tłumaczyłyśmy, że akurat skończyłyśmy zajęcia w budynku przy ul. Bankowej 8. Następny wykład zaczynał się 10 minut później, przy ul. Bankowej 14. Po drodze był rektorat i dlatego znalazłyśmy się przy manifestantach.

Jak podkreśla Robert Zapiór, po ogłoszeniu stanu wojennego studenci opozycyjni względem reżimu musieli się zadeklarować. Wcześniejsze działania mogły być postrzegane nawet jako forma zabawy. Później jednak konsekwencje bycia w opozycji stały się poważne: – Po stanie wojennym karnawał Solidarności się skończył. Musieliśmy wyznaczyć ostrą granicę i zdecydować się, jaką postawę przyjmiemy. Wtedy właśnie staliśmy się totalnymi opozycjonistami, musieliśmy knuć. Już nie można było oficjalnie chodzić z bibułą, to już było przestępstwo. Tak ludzie lądowali w więzieniach. Słowa te potwierdza Wojciech Michalewicz, który wspomina, że przesłuchania odbywały się bez żadnej taryfy ulgowej – Później przyszedł marzec i zaczęli nas internować. Rozpoczęły się też rewizje w domach, przyszli także do mojego mieszkania. Przesłuchali wtedy moją żonę Asię i przeszukali nasz dom. Zrobili kipisz nawet w łóżeczku mojego 2-miesięcznego syna Przemka, uznali, że coś tam może być ukryte.

Służby nie poprzestawały na internowaniach i rewizjach w obrębie miast akademickich. Po studenta, którego uznawały za podejrzanego, były w stanie dotrzeć nawet daleko poza uniwersytet. W Beskidzie Żywieckim, na Szczytkówce pod Muńcułem, stała chatka góralska, którą opiekowali się wtedy studenci prawa UŚ. Pewnego zimowego dnia dotarły do niej służby, o czym wspomina zatrzymany, Tadeusz Smolczewski: – To był chyba luty po stanie wojennym. Żeby dostać się do chatki, trzeba było wziąć przepustkę, w przeciwnym razie nie można było przejechać z miasta do miasta. Po jej otrzymaniu pojechałem w góry. Siedzimy spokojnie z kolegami i nagle do chatki wtargnęło trzech milicjantów i trzech żołnierzy z karabinami. Zapytali o mnie. Przyznaję, że ugięły się pode mną nogi… Poprowadzili mnie na komisariat, gdzie byłem przesłuchiwany aż do północy. Kiedy tylko mnie wypuścili, pobiegłem w góry do kolegów.

W województwie katowickim działało kilka ośrodków internowania, w tym: w Zabrzu-Zaborzu (zakład karny), w Raciborzu (zakład karny), w Bytomiu-Miechowicach (obóz dla kobiet), w Katowicach (areszt Komendy MO), w Jastrzębiu-Szerokiej (zakład karny), w Kokotku (ośrodek wypoczynkowy „Silesiana”), w Lublińcu (zakład karny) oraz w Sosnowcu-Radosze (areszt śledczy). Studentów w obozach internowania nie traktowano tak, jak kryminalnych, ale łatwo nie było. Wspomina o tym Lucjan Modrzyk: – Gdy ktoś ma 21 lat i dostaje wezwanie na przesłuchanie, a potem z niego nie wraca, trafia do jednoosobowej celi, siedzi tam prawie całą noc i nad ranem wrzucają go do celi z kryminalistami, trudno się nie bać. Strażnicy nam nie pomagali. Zabrałem ze sobą do celi szczoteczkę do zębów, zapałki i 4 paczki papierosów. Strażnicy oddali mi szczoteczkę i papierosy, ale zapałki zabrali. Wyzłośliwiali się. Z drugiej strony, gdy trafiłem do Zakładu Karnego, było już inaczej. W Zabrzu-Zaborzu mieliśmy wspaniałą ekipę, zgrali się studenci, górnicy i robotnicy. Bywało, że śpiewaliśmy chórem Kaczmarskiego.

Długie echo

Działalność opozycyjna, także po stanie wojennym, okazała się brzemienna w skutkach dla wielu bohaterów tego artykułu. Groźby i ostrzeżenia niekiedy pozostawały wyłącznie groźbami i ostrzeżeniami, czasami jednak niechęć wobec reżimu mogła zaowocować zniszczeniem (lub choćby utrudnieniem) kariery.

Prof. Adam Lityński był jednym z 78 docentów, którym władza komunistyczna wstrzymała nominacje profesorskie. – Wiosną 1985 r. katowicka Rada Wydziału przeprowadziła postępowanie o nadanie mi tytułu naukowego profesora nadzwyczajnego. Pisemne recenzje, które otrzymałem, były pozytywne. Uznano mnie jednak za „element antysocjonalistyczny i wrogo ustosunkowany do istniejącego ustroju”, dlatego na wręczenie nominacji musiałem jeszcze długo czekać. Weto pochodzące od SB udało się przełamać dopiero tuż przed otwarciem obrad Okrągłego Stołu.

Studenci opozycyjni musieli liczyć się z tym, że nie uda im się skończyć studiów. Niekoniecznie problem z uzyskaniem dyplomu związany był z wykreśleniem z listy studentów. Sam fakt przebywania w ośrodku internowania mógł też znacząco wpłynąć na możliwość zdania lub przystąpienia do sesji. Poza tym, nawet jeśli udało się skończyć studia, praca nie była zagwarantowana. Odczuł to m.in. Lucjan Modrzyk, który po ukończeniu studiów nie dostał zgody na jakąkolwiek aplikację prawniczą. Dopiero po czasie udało mu się dostać do arbitrażu, a później do sądu powszechnego.

Echo stanu wojennego mogło się też odbić po latach w inny sposób – w postaci nagłej informacji o zdradzie przyjaciela. Niestety, także wśród pracowników naukowych i studentów działały tzw. „ucha”, osoby współpracujące z reżimem. Wojciech Michalewicz wspomina, że po wielu latach, już po upadku komuny, dowiedział się o zdradzie bliskiej osoby. Donosił na niego i jego rodzinę od samego początku znajomości, pomimo tego, że zachowywał się jak przyjaciel. – To było jak grom z jasnego nieba. Kilka lat temu dostałem wezwanie do IPN. I tam mi powiedzieli, że on po prostu donosił. Jak się okazało, on sam zgłosił się do służb, był ochotnikiem i w donosach opisywał wszystkie szczegóły z nami związane.

Stan wojenny postawił środowisko Uniwersytetu Śląskiego przed bardzo trudnym egzaminem – egzaminem z etyki. Decyzje, podejmowane zarówno przez studentów, jak i pracowników naukowych nie były łatwe. Po 81 r. działalność opozycyjna mogła się skończyć fatalnie. Prof. Lityński podkreśla jednak, że pomimo strachu, który ciążył na środowisku akademickim, wielu studentów i pracowników naukowych stanęło na wysokości zadania. – Tego po prostu wymagała przyzwoitość i mam nadzieję, że udało mi się ją zachować – zaznacza.

Joanna Sarnat

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Pro Media Sp. z o.o.