Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Pirat runął w dół. Niewyjaśniona katastrofa w Tatrach

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Strauchmann
Krzysztof Strauchmann

Pirat runął w dół. Niewyjaśniona katastrofa w Tatrach

Krzysztof Strauchmann

W tym roku minie 40 lat od katastrofy polskiego szybowca nad Tatrami. Pilot ocalał cudem. Okoliczności wskazują, że padł ofiarą... radzieckiej rakiety bojowej z poligonu na Słowacji.

U mnie wszystko w porządku, czuję się dobrze, widoczność dobra. Bez odbioru. Pilot szybowca SP - 3130 „Pirat” Tadeusz Wajda nadał taki komunikat do lotniska sportowego w Nowym Targu 15 listopada 1979 roku o 15.20. Jego szybowiec znajdował się wtedy w rejonie Tatry - Pieniny na wysokości 5800 metrów nad poziomem morza. Chwilę potem powietrzem targnął wstrząs tak potężny, że szybowiec dosłownie rozleciał się na kawałki.

- Tego dnia byłem kierownikiem lotów na nowotarskim lotnisku - wspominał przed dwudziestu laty Marian Zubek. - Od samego rana sześciu szybowników przygotowywało się do startu na tatrzańską falę. Lecieli po diament.

Fala jest specyficznym zjawiskiem występującym nad Tatrami. W czasie wiatrów halnych nad górami pojawiają się silne prądy wznoszące, dzięki którym szybowce samodzielnie wychodzą nawet na wysokość 8-10 tys metrów n.p.m. Odznaka diamentu jest nadawana wtedy, gdy szybowiec wzniesie się 5 tys. metrów powyżej poziomu, na którym został wyczepiony z holu.

- Nad Nowym Targiem chmury wisiały nisko, widoczność była słaba. Szybowce krążyły w rejonie Zakopanego - Morskiego Oka, szukając najlepszych wznoszeń - wspominał dalej kierownik lotów. - Z lotniska szybowców nie widać, radaru nie mieliśmy, dlatego utrzymywałem z pilotami częstą łączność radiową. Wszyscy doszli do poziomu gdzieś 5800-6200 metrów i do zdobycia diamentu zostało im zaledwie kilkaset metrów.

- Coś się stało - opowiadał Wajda, który nie zdołał nawet zawołać przez radio o pomoc. - Poczułem tylko szarpnięcie i wpadłem z kabiną w wir w dół. Jak mi odpadły skrzydła i ogon poczułem silny ból w kręgosłupie, nie mogłem się ruszyć. Chciałem od razu wyskoczyć, ale nie mogłem się wydostać z kabiny. Zacząłem się wypinać z pasów, w końcu uderzyłem nogami w przyrządy i wypchnąłem się z kabiny. Za mną ciągnęła się kabina, linki z szybowca. Otworzyłem spadochron i pomyślałem, że już jest w porządku.

Pozostało jeszcze 84% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Krzysztof Strauchmann

W związku z ciszą wyborczą komentarze zostały wyłączone, zapraszamy z powrotem w niedzielę wieczorem.

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.