Otyłość i nadwaga to największa światowa epidemia. Postępuje lawinowo

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz (O)
Iwona Kłopocka

Otyłość i nadwaga to największa światowa epidemia. Postępuje lawinowo

Iwona Kłopocka

Polacy są coraz grubsi. To nie tylko sprawa osobista, ale też poważny problem społeczny. O konsekwencjach nadmiaru kilogramów rozmawialiśmy podczas redakcyjnej debaty nto.

W debacie wzięli udział: wicewojewoda Violetta Porowska - odpowiedzialna za sprawy zdrowia, Magdalena Makos - dietetyk, nauczyciel w Zespole Szkół Zawodowych nr 4 w Opolu, dr n. med. Janusz Pichurski - ordynator Oddziału Chirurgii Ogólnej Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, Roman Kolek - wicemarszałek województwa odpowiedzialny za sprawy zdrowia.

Jesteśmy krajem coraz grubszych ludzi. W żadnej dziedzinie nie osiągamy takiego „postępu”. Doganiamy najgrubszych w Europie Brytyjczyków. Jesteśmy już na 5. miejscu na kontynencie, ale jeszcze dwa lata temu byliśmy na siódmym. Co się dzieje z Polakami?

VIOLETTA POROWSKA: Rzeczywiście dynamika wzrostu jest u nas najwyższa. Tyjemy na potęgę. Jeszcze parę lat temu mogliśmy tego nie zauważyć, ale dziś, idąc ulicą, mamy powody do przerażenia. Jeszcze większe przerażenie ogarnia, gdy się wejdzie do pierwszej z brzegu szkoły podstawowej i widzi małe dziewczynki i chłopców z oponkami na brzuszku. Co się takiego wydarzyło? Po pierwsze, zapomnieliśmy, że człowiek musi się ruszać. A po drugie, w tej chwili wchodzi w dorosłe życie pokolenie, które kompletnie nie wie, jak się odżywiać - wierzy we wszystkie reklamy i nie czuje tej szczególnej odpowiedzialności za zdrowie własne i swojej rodziny, co powoduje, że kupuje byle co. Inna sprawa, że producenci żywności nas oszukują. Ja sama robię zakupy z aplikacją zdrowe zakupy - chodzę po sklepie i sprawdzam różne artykuły, ich zawartość. Cóż z tego, skoro producent, chcąc uniknąć nazwy niezdrowego składnika, nazywa go inaczej. Dziś, jeżeli człowiek nie ma świadomości, jak się odżywiać, jest skazany na tycie.

Problem zaczyna się w domu każdego Polaka. Zgodnie z zasadą „czym skorupka za młodu nasiąknie”. Niedawno z przerażeniem obserwowałam młodą rodzinkę - dość pulchne małżeństwo 30-latków z niespełna rocznym dzieckiem. Gruba mamusia dawała maluchowi... frytki.

MAGDALENA MAKOS: Wierzę w to, że dobry przykład wychowuje. Tam, gdzie rodzice przypilnują, by dziecko zjadło przed wyjściem z domu śniadanie, a do szkoły wzięło drugie śniadanie, jest szansa, że wyrośnie zdrowe pokolenie. Też jestem mamą nastolatków i wiem, że pewnie chętnie wzięliby po 5 zł, by wydać w sklepiku na to co lubią, ale są tak ukierunkowani, by żyć zdrowo.

Zdrowo, czyli jak?

MAGDALENA MAKOS: Najbardziej powinniśmy się bać wysokoprzetworzonych produktów, bo one są najbardziej skondensowane pod względem energetyczności i najbardziej zgubne. Nie łudźmy się, że dziecko samo z siebie kupi w szkolnym sklepiku razową bułkę. Wybór dobrego musi być zainicjowany w domu. Wybór zdrowych zachowań także. Jeśli rodzice rano piją tylko kawę, to nakazywanie dzieciom, by nie wychodziły bez śniadania nie ma sensu. Tymczasem wiele mam daje dziecku parę złotych i kupuje sobie za nie spokój sumienia. I jeszcze ta mania podwożenia dzieci do szkoły, pod same drzwi.

ROMAN KOLEK: Przyczyną naszego tycia jest nieregularny tryb życia, brak angażowania dzieci w aktywność fizyczną, ale też brak edukacji dotyczącej zdrowego odżywiania. W sklepach idziemy na łatwiznę, bo dostęp do wysokoprzetworzonych produktów jest łatwy i na dodatek są one tanie. Skutki widzimy także w opolskich szkołach - co czwarte dziecko z podstawówki i gimnazjum na Opolszczyźnie ma nadwagę. Ten problem dotyczy całej ściany zachodniej Polski, Mazowsza i Lubelszczyzny. Zapatrzyliśmy się na Zachód i gonimy go w tym, co najgorsze. Trzeba robić wszystko, by wpłynąć na zmianę świadomości. To zawsze jest najtrudniejsze, a w tak delikatnej materii szczególnie. Z jednej strony trzeba postępować ostrożnie, by nie zrazić rodziców. Z drugiej nie jest łatwo o medyczne fachowe wsparcie. Sukcesy związane z przedłużaniem życia, cała medycyna naprawcza posługuje się sprawdzonymi metodami i osiąga efekty widoczne, spektakularne. Tymczasem w kwestii przeciwdziałania otyłości na efekty trzeba długo czekać, a ponadto nie wiadomo, które metody są najskuteczniejsze.

Co czwarte dziecko z podstawówki i gimnazjum na Opolszczyźnie ma nadwagę.


Jedząc niezdrowo i za dużo, można się doprowadzić do krawędzi i stanąć nad grobem. Przesadzam?

JANUSZ PICHURSKI: Ani trochę. Na naszym oddziale spotykamy się z pacjentami z patologiczną otyłością, u których są wskazania do leczenia operacyjnego.

Nie dieta, nie tabletki?

JANUSZ PICHURSKI: To są pacjenci po nieudanych udokumentowanych próbach leczenia farmakologicznego czy dietetycznego, u których wskaźnik masy ciała przekracza 40. Operujemy też pacjentów o BMI ponad 35, którzy mają dodatkowe schorzenia: nadciśnienie, cukrzycę, zmiany zwyrodnieniowe stawów albo obturacyjny bezdech senny. Przed operacją pacjentów bada psycholog lub psychiatra, aby ustalić, czy taki człowiek ma odpowiednią motywację do zmiany stylu życia po operacji. Bo operacja jest tylko wstępem do całego procesu redukcji masy ciała. Operacja bariatryczna, finansowana przez NFZ, nie jest operacją kosmetyczną. My operujemy pacjentów z patologiczną, skrajną otyłością, dla których operacja jest leczeniem ratującym życie. Tacy pacjenci mają bowiem problemy z uregulowaniem nadciśnienia, cukrzycą, częściej chorują na raka. Mają same problemy, które w zdecydowany sposób skracają ich życie.

Ile oni ważą?

JANUSZ PICHURSKI: Najcięższy pacjent, którego operowaliśmy, ważył ponad 250 kilogramów. Takich ludzi nie widujemy na ulicach. Oni są pochowani w domach. Walczą z depresją, nie mają relacji towarzyskich, są niezdolni do wykonywania jakiejkolwiek pracy zawodowej. Skrajna otyłość to forma inwalidztwa. Co więcej, utrudniona jest pomoc dla nich. Jak przewieźć do szpitala tak potężnego człowieka, gdy nosze mają atesty do 130 kg. Nawet do ich operacji używamy specjalnych narzędzi - np. narzędzia do laparoskopii stosowane w operacjach bariatrycznych są dwa razy dłuższe niż dla ludzi z normalną wagą ciała. Tacy pacjenci są też bardziej narażeni na różne powikłania pooperacyjne - zatorowo-zakrzepowe, rozejście ran, problemy ze znieczuleniem czy wybudzeniem.

Ile takich osób operuje się rocznie?

JANUSZ PICHURSKI: W Polsce operuje się 1500 osób rocznie, a wskazanie do operacji ma półtora miliona. I ta liczba rośnie. Jeśli wziąć pod uwagę, że obecnie już co czwarte dziecko ma nawagę, to szykuje nam się niezły poligon działań bariatrycznych.

Wszystkie operacje są podobne.

JANUSZ PICHURSKI: Repertuar jest zróżnicowany. Można implantować balon bariatryczny, który wypełnia światło żołądka i daje uczucie sytości. Nie wszyscy to wytrzymują. Bywa, że po 2 tygodniach pacjent przychodzi i prosi o usunięcie balonu, bo chce jeść. Osoby zmotywowane po 6 miesiącach potrafią jednak schudnąć nawet 30 kg. Często balon jest tylko wstępem do dużej operacji bariatrycznej - to może być założenie opaski bariatrycznej, dzięki której chudnie się np. 40 kg, albo rękawowa resekcja żołądka. Wycinamy wówczas 80 proc. żołądka wraz z tą jego częścią, gdzie wytwarzany jest hormon głodu, tzw. grelina. Po tych operacjach pacjenci chudną 70-80, nawet 100 kilogramów. W naszym szpitalu robimy rocznie ponad 100 takich operacji. Operacje bariatryczne są jedyną skuteczną i trwałą metodą redukcji masy ciała. Po nich w ciągu 1-2 lat zanika cukrzyca i nadciśnienie u pacjentów. Ma to też swój wymiar materialny, czysty zysk dla budżetu, bo oszczędza się tony tabletek, tysiące konsultacji. Trzeba jednak pamiętać, że operacja to co prawda ważny moment, ale też zaledwie początek drogi prowadzącej do zdrowia. Bardzo wiele musi z siebie dać sam pacjent.

Walka z rosnącą otyłością społeczeństwa jest trudna, ale nie beznadziejna. Nasz samorząd wojewódzki podjął takie starania.

ROMAN KOLEK: To program przeciwdziałania nadwadze i otyłości, ale też przeciwdziałania cukrzycy, bo wszystkie problemy związane z otyłością przekładają się na wiele innych chorób. Podjęliśmy to wyzwanie i zagwarantowaliśmy w Regionalnym Programie Operacyjnym niemało, bo ponad 22 mln zł. Docelową grupą działania programu jest jedna czwarta populacji naszego województwa. Podzieliliśmy środki na dwie tury. Mimo że program uzyskał bardzo dobrą opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, to jednak do końca będziemy poszukiwać skutecznych rozwiązań. Nie ma bowiem gotowej, sprawdzonej i świetnej metody. Problem jest bardzo trudny i złożony. Należy więc działania tak prowadzić, by znaleźć jak najbardziej skuteczne metody docierania do świadomości ludzi i wpływania na jej zmiany. Stąd też poza wykonaniem części przesiewowej, czyli poszukiwania osób, które kwalifikują się do objęcia programem, zależy nam na wskazaniu potem ścieżki indywidualnej związanej z poradnictwem dietetycznym i wsparciem psychologicznym.

Na jakim etapie jest realizacja programu?

ROMAN KOLEK: W tej chwili trwa procedura oceny wniosków, które spłynęły od zainteresowanych realizacją programu. Województwo opolskie podzielono na trzy obszary i na każdy z nich wpłynął co najmniej jeden wniosek. Mamy więc szansę, by ten program realizować w całym województwie. Realizatorzy programu zostaną wyłonieni do końca listopada. Aby program był skutecznie monitorowany, zamierzamy powołać radę do spraw jego realizacji. Chcemy prowadzone działania oceniać na bieżąco i modyfikować w miarę potrzeb, zależy nam bowiem na tym, by pieniądze wydawać rozsądnie. Program obejmie zarówno dzieci, jak i dorosłych. W przypadku dzieci oczywistym partnerem realizatorów programu będą szkoły. Trudniej będzie z dorosłymi, do których trzeba jakoś dotrzeć. To od realizatorów programu będzie zależeć, jak to zrobią.

Czy cały zamysł spotkał się z poparciem samorządów lokalnych?

ROMAN KOLEK: Niektórzy starostowie dziwili się, mówili, że potrzebują pieniędzy na inwestycje, na sprzęt do szpitala, a tu takie miliony idą na profilaktykę. Ale trzeba na to spojrzeć inaczej. Ten program to też jest inwestycja. Inwestycja wieloletnia. Jeszcze nigdy w historii regionu nie było takich pieniędzy na profilaktykę zdrowotną. Chcemy też, by nasze działania były kompatybilne z tym, co wypracowuje sejmowa podkomisja przeciwdziałania otyłości i nadwadze, gdzie działa nasz poseł Rajmund Miller. Zainteresowanie naszym programem wyraził też minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. Zaprosimy go do Opola na początku grudnia, byśmy nawzajem poznali koncepcje rządu i naszego regionu.

JANUSZ PICHURSKI: Wyliczono, że leczenie otyłości i jej powikłań pochłania 5-10 procent budżetu przeznaczonego na całą ochronę zdrowia. To są potężne pieniądze.

VIOLETTA POROWSKA: Wszelkie działania, żeby ludzie zdrowo się odżywali i byli szczuplejsi, zawsze będą bezowocne, jeśli nie doprowadzimy do tego, by producenci żywności przestali nas oszukiwać. Po podstawowe zakupy trzeba iść do sklepu z głową napakowaną wiedzą, by nie dać się oszukać. Chcę kupić zwykłą śmietanę i muszę sprawdzać, czy przypadkiem nie jest ona zrobiona na bazie mleka w proszku. Po co mam jeść coś, co jest szkodliwe i niepotrzebne? Ale jak rozmawiam z producentami mlecznymi, to oni twierdzą, że muszą dodawać mleko w proszku, bo tak jest taniej. Sami się oszukujemy. W piekarni wciskają mi chleb teoretycznie razowy, tymczasem w rzeczywistości jest on barwiony karmelem. A te pięknie pachnące „świeżutkie” bułeczki sprowadzane z Chin?

JANUSZ PICHURSKI: W latach 90. Amerykanie wprowadzili tzw. piramidę żywieniową, wskazującą, że najważniejsze są produkty zbożowe i nabiał. Potem się okazało, że to była piramida skonstruowana na zapotrzebowanie przemysłu spożywczego i rolnego USA. Najnowsza piramida jest zupełnie inna - jej podstawę stanowi aktywność fizyczna, której kiedyś w ogóle nie brano pod uwagę.

Jesteśmy bezradni wobec zmowy producentów, którzy patrzą wyłącznie na swój zysk, a nie nasze zdrowie?

VIOLETTA POROWSKA: Trzeba edukować dzieci w szkołach. One od początku muszą wiedzieć, co jest zdrowe.

MAGDALENA MAKOS: Takie programy już mamy, np. „Śniadanie daje moc” czy „Tydzień dobrego chleba i zdrowego stylu życia” - kampania prowadzona od ośmiu lat. Trzeba prowadzić pracę u podstaw, tak jak robi to na przykład moja szkoła. Dla wielu placówek - jest wśród nich żłobek, przedszkole i szkoły - od lat organizujemy warsztaty żywienia. To się wpisuje w program działania naszej szkoły. Edukujemy holistycznie - i dzieci, i rodziców.

VIOLETTA POROWSKA: Szukając szkoły dla własnego dziecka, wybrałam tę, która ujęła mnie zdecydowanym podejściem do spraw żywienia i zdrowia. Przekonała mnie pani dyrektor w Chrząstowicach, która powiedziała: U nas w szkole nie ma słodyczy. Jest za to kuchnia z prawdziwym piecem, na którym gotuje się dzieciom zdrowe obiady.

ROMAN KOLEK: Edukacja to jest klucz do wszystkiego, bo dzieci zdobytą wiedzę i praktyki przenoszą do domu. Nasz program samorządowy obejmuje dzieci od 6. roku życia, ale gminy mogłyby u siebie realizować programy uzupełniające dla przedszkolaków.

VIOLETTA POROWSKA: Potrzebna jest też niewidzialna ręka państwa, by zobowiązywać producentów do uczciwego przedstawiania informacji, co ludziom oferują. Niestety to, co zdrowe, zawsze jest droższe.

MAGDALENA MAKOS: Wszyscy musimy się postarać. Dom liczy na szkołę, szkołą na dom. Tymczasem trzeba współpracować. Trzeba zobaczyć interes w tym, żeby być zdrowym. Zachęcamy dzieci do nauki języków obcych, do angażowania się w różne rodzaje działalności. Na tej samej zasadzie pokażmy im, że warto dobrze się odżywiać. Zacznijmy od małych kroków, które nie wymagają dużych wyrzeczeń. Po co np. kupować sztucznie barwione jogurty czy syntetyczne deserki. Mój syn sam miksuje sobie mleko z bananem, oczywiście bez cukru.

JANUSZ PICHURSKI: Ruszajmy się, idźmy na spacer, na siłownię. Oderwijmy się od telewizora i komputera. Otyłość i nadwaga skraca życie. Niech więc Opolszczyzna będzie lekka.

Dietetyk radzi:

wybierajmy produkty proste w składzie, które na etykiecie nie mają obco brzmiących pojęć

rezygnujmy jak najczęściej z szybkich dań gotowych na rzecz przygotowywanych samodzielnie w domu (byle nie z półproduktów!)

nie ulegajmy presji nieustannego poszukiwania cudownych diet - postawmy na powolną, ale konsekwentną zmianę codziennych przyzwyczajeń związanych z odżywianiem

tylko regularność = efektywność, więc zadbajmy o regularny (a nie raz dziennie!) dowóz wartościowego pożywienia dla naszego organizmu

dbajmy o siebie i najbliższych, nie rezygnując z posiłku przed wyjściem do pracy/szkoły oraz na czas przebywania poza domem, by nie skazywać się na przypadkowe produkty, gdy dopadnie nas głód

świećmy przykładem w zakresie żywienia i wspierajmy się wzajemnie w rodzinie i gronie bliskich nam osób

polubmy ruch w jakiejkolwiek formie, nie szukając absolutnie żadnych wymówek

edukujmy się wzajemnie w zakresie żywienia, pamiętając, że to proces, który musi nieco potrwać, by pojawiły się pożądane zmiany

Debata nto odbyła się w ramach działań promujących zdrowie, podejmowanych przez „Nową Trybunę Opolską”

przy okazji plebiscytu „Opolski Hipokrates”. Uroczysta gala, na której nagrodzimy najlepszych lekarzy, pielęgniarki, farmaceutów i placówki medyczne regionu odbędzie 22 listopada. Poznamy wówczas także wybranego przez kapitułę „Opolskiego Hipokratesa”.

Iwona Kłopocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.