Witold Głowacki

Od „Frankena” po „Gustloffa” czyli wraki na dnie Bałtyku

Od „Frankena” po „Gustloffa” czyli wraki na dnie Bałtyku
Witold Głowacki

Na dnie Bałtyku może spoczywać do 3000 wraków z różnych epok historii. Zinwentaryzowanych zostało około 300. Są wśród nich toksyczne bomby, podwodne cmentarze i perełki w stylu „Czarnej Perły” z „Piratów z Karaibów.”

Ostatnio najgłośniej jest o „Frankenie”. Statek o nieco złowrogiej nazwie to 179-metrowy niemiecki tankowiec zatopiony przez sowieckie lotnictwo w ostatnim miesiącu II wojny światowej niemal na środku Zatoki Gdańskiej. Po bombardowaniu kadłub „Frankena” rozpadł się na kilka części - największa z nich ma 130 metrów długości - to tam miało się zachować 5 niezniszczonych zbiorników na paliwo („Franken” miał ich łącznie 13). Szczątki wraku zalegają na głębokości od 40 do ok. 70 m.

W czerwcu Fundacja Mare i Instytut Morski w Gdańsku opublikowały raport, z którego wynika, że wrak jest już w na tyle złym stanie, że w ciągu najbliższych lat grozi nam wyciek od 1,5 do 5 milionów litrów paliwa (przede wszystkim mazutu) - co oznaczałoby ogromną katastrofę ekologiczną o skali prawdopodobnie wykraczającej poza Zatokę Gdańską - a w jej rejonie grożącą skażeniem wszystkich plaż od Piasku po Hel.

Już teraz badania dna morskiego wokół wraku przynoszą bardzo niepokojące wieści - normy niektórych szkodliwych substancji zostały tam przekroczone kilkaset razy.

Choć wokół raportu pojawiły się wątpliwości - między innymi ta, czy we wraku w ogóle jest aż taka ilość paliwa - po raz kolejny przypomniał on nam o innych tykających na dnie Morza Bałtyckiego toksycznych bombach, w całkiem dosłownym tego słowa znaczeniu. Chodzi o ogromne ilości bojowych środków trujących zatapianych w Bałtyku tuż przed i tuż po zakończeniu II wojny światowej. Praktykowali to zarówno Niemcy, jak i Sowieci i alianci zachodni. Liczby są przerażające - bo chodzi o setki tysięcy ton m.in. iperytu, fosgenu, kwasu pruskiego czy tabunu - łącznie typów tych substancji jest zresztą znacznie więcej.

Co gorsza, Związek Radziecki powtórzył tę operację jeszcze raz - w ostatnich latach swego istnienia. Między 1989 a 1992 rokiem do Bałtyku trafiły kolejne porcje bojowych środków trujących - tym razem z całkiem już współczesnej epoki. Do wielkiej katastrofy ekologicznej nigdy jeszcze nie doszło. Ale broń chemiczna z dna Bałtyku przypominała o sobie już wielokrotnie. Pierwsze wypadki zaczęły się w latach 50.

W 1955 roku dzieci przebywające na koloniach w Darłówku zainteresowały się tajemniczym zardzewiałym pojemnikiem wyrzuconym przez morze na plażę. Wyciekała z niego powoli gęsta ciemna ciecz. Był to iperyt - poparzeń doznało około setki dzieci, z czego czwórka straciła wzrok.

W 1990 roku morze wyrzuciło iperyt w postaci bryłek na plaże w okręgu kaliningradzkim. Poparzeniom i zatruciom uległo kilkanaście osób, które brały iperyt za kawałki bursztynu (wygląd jest dość zbliżony). W 1997 roku rybacy z kutra z Władysławowa znaleźli w swych sieciach bryłę iperytu o wadze kilku kilogramów. Oczywiście i oni ulegli poważnym poparzeniom.

Łącznie takich wypadków odnotowano na polskim wybrzeżu ponad 20. Nie prowadzi się statystyk dotyczących przypadków wyłowienia ryb z oparzeniami od gazów bojowych - jest to jednak zjawisko dość masowe, dotyczy szczególnie fląder i innych ryb dennych, najczęściej zdarza się w rejonie głębi Bornholmskiej.

Bojowe środki trujące zatapiano na dwa sposoby. Czasem - czynili to zwłaszcza Sowieci - pojemniki z gazami bojowymi po prostu wyrzucano do morza. Częściej jednak topiono je razem z bezużytecznymi już, przeznaczonymi na złom statkami.

Od tego rodzaju wraków wszyscy trzymają się z daleka. Ale to nie one dominują wśród okrętów i statków z różnych powodów zatopionych w Bałtyku.

Zacznijmy od największego wraku na całym Bałtyku. To 262-metrowy „Graf Zeppelin” - niedoszły lotniskowiec III Rzeszy. Jego budowa została przerwana w 1940 roku - gdy Niemcy zdali sobie sprawę, że ich program budowy czterech lotniskowców nie ma większego sensu, gdyż niezwykle kosztowne okręty nie zmienią znacząco niekorzystnego dla niemieckiej Kriegsmarine układu sił na morzu. „Graf Zeppelin” był niemal ukończony, do roku 1943 co najmniej raz próbowano go doprowadzić do stanu pełnej używalności, jednak brakowało na to środków i materiałów. Ostatecznie okręt zaadaptowano więc na pływający magazyn - w tej roli został odholowany do Szczecina. Po wojnie „Graf Zeppelin” przypadł Sowietom - jednak w myśl alianckich umów dotyczących podziału łupów - bez prawa do włączenia do floty w roli lotniskowca. Sowiecka marynarka wykorzystywała więc okręt jako rodzaj gigantycznej barki do transportowania innych łupów z Niemiec. Ostatecznie „Graf Zeppelin” zakończył swój żywot w 1947 roku jako pływający cel dla lotnictwa i artylerii okrętowej. Jego wrak został namierzony w roku 2006 przez firmę Petrobaltic zajmującą się poszukiwaniem złóż ropy naftowej i gazu. Znajduje się ok. 55 km na północ od Władysławowa na głębokości ok. 87 metrów.

Są też na dnie Bałtyku trzy inne słynne ogromne wraki cmentarze. „Wilhelm Gustloff”, „Goya” i „General von Steuben”. Ich zatopienie było kolejno: pierwszą, drugą i (być może) trzecią, największą pod względem liczby ofiar katastrofą morską w historii świata. Wraki zostały oficjalnie uznane za mogiły wojenne, obowiązuje więc zakaz nurkowania w promieniu 500 m od nich. Wszystkie trzy wraki to olbrzymie statki używane przez Niemców w końcowym okresie wojny do ewakuacji żołnierzy i cywilów z Prus Wschodnich i rejonu Gdańska. Wszystkie trzy zostały zatopione zimą 1945 roku z ogromną liczbą ludzi na pokładzie przez sowieckie okręty podwodne, z czego dwa („Gustloff” i „Steuben”) przez tego samego kapitana - Aleksandra Marineskę.

Pierwszy poszedł na dno „Wilhelm Gustloff” - dawny flagowy okręt wycieczkowy nazistowskiej organizacji KdF (Kraft durch Freude) zajmującej się organizowaniem społeczeństwu III Rzeszy masowego wypoczynku i turystyki. „Gustloff” - nazwany na cześć nazistowskiego działacza, który zginął w zamachu w Szwajcarii - zdążył przed wojną wypłynąć w około 50 rejsów wycieczkowych, za każdym razem zabierając na pokład po ok. 1500 pasażerów. Miało to ogromne znaczenie propagandowe - władcy III Rzeszy pokazywali w ten sposób niemieckiemu społeczeństwu, że dbają o jego potrzeby i starają się zapewnić zwykłym ludziom wakacje w stylu dostępnym dotąd tylko dla nielicznych. „Gustloff” był pierwszym w historii wycieczkowcem, w którym kabiny miały tylko jedną klasę - co podkreślało jego egalitarność. Po wybuchu wojny rejsy wycieczkowe KdF przeszły oczywiście do historii. A „Gustloff” trafił w ręce Kriegsmarine jako całkiem praktyczny wielki transportowiec dla wojska. W końcowym okresie wojny został użyty w ramach ogromnej operacji ewakuacji Niemców z Prus Wschodnich, Pomorza i Gdańska.

Pozostało jeszcze 55% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Witold Głowacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.