Norman Davies: Zapomniana wojna rewolucyjna Lenina przeciwko Polsce

Czytaj dalej
Fot. FOT. CC
Agaton Koziński

Norman Davies: Zapomniana wojna rewolucyjna Lenina przeciwko Polsce

Agaton Koziński

Konflikt polsko-bolszewicki w latach 1919-1921 była w istocie wojną komunistyczną, tylko Lenin wolał unikać takich zwrotów. Jego głównym celem była walka z imperializmem i dążył do umiędzynarodowienia rewolucji - pisze prof. Norman Davies, znany brytyjski historyk specjalizujący się w dziejach Polski

Krytyczna faza konfliktu w Polsce - od rozbicia Armii Czerwonej pod Warszawą w sierpniu 1920 roku do podpisania traktatu ryskiego w marcu 1921 roku - zbiegła się z początkiem fazy w historii sowieckiej, którą Lenin określił mianem „odwrotu”, czyli odejścia od stanowiącego wcześniej podstawę polityki bolszewików programu stricte rewolucyjnego. Pod względem gospodarczym odwrót ten wiązał się z zakończeniem komunizmu wojennego i wprowadzeniem nowej polityki ekonomicznej.

Norman Davies: Zapomniana wojna rewolucyjna Lenina przeciwko Polsce
FOT. CC

W wymiarze politycznym miał natomiast związek z głębokim kryzysem zaufania do bolszewickiego kierownictwa, który poskutkował powstaniem w Kronsztadzie oraz narzuceniem sztywnej dyscypliny politycznej zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz partii. W polityce zagranicznej oznaczał on względne osłabienie Kominternu i poszukiwanie porozumienia z mocarstwami zachodnimi. W polityce państwowej zbiegł się z rozrostem scentralizowanej biurokracji, w regionalnej zaś z procesem konsolidacji niezależnych republik, który doprowadził ostatecznie do powstania ZSRR.

„Program rewolucyjny”, z którego bolszewicy mieli się w końcu wycofać, nie został zawarty w żadnym konkretnym dokumencie, a jego precyzyjne zdefiniowanie nastręczałoby pewnych trudności. Dla celów tego tekstu wystarczy wskazać, że obejmował on „wojnę rewolucyjną”.

Wojna rewolucyjna była ideą pociągającą dla bolszewików z wielu powodów. Pomysł ten zrodził się z lektury dziejów Francji w latach 90. XVIII wieku, które pokazywały, jak niepewny siebie i pozbawiony solidnych podstaw reżim może uzyskać dominację nad całym kontynentem. Atrakcyjność emocjonalna tej koncepcji wynikała z budzącego lęk poczucia izolacji, które musi odczuwać każda grupka politycznych spiskowców i któremu to poczuciu - jak sobie wyobrażali - można raz na zawsze położyć kres, maszerując ramię w ramię z uciskanymi ludami całego świata. Jej atrakcyjność intelektualna wynikała z kolei z dylematu marksistów planujących pierwszą na świecie rewolucję socjalistyczną w najbardziej zacofanym kraju Europy, a więc tym, który według Marksa miał być ostatnim doświadczającym takiej rewolucji. Oferowała ona bowiem łącznik między zapóźnioną Rosją a rozwiniętymi społeczeństwami Europy Zachodniej, w szczególności Niemcami.

W związku z tym trzeba sobie uświadomić, że jedyna droga z Rosji do Niemiec biegnie prosto przez Polskę. Z tego oczywistego powodu polscy komuniści odgrywali znaczącą rolę w internacjonalistycznej frakcji ruchu bolszewickiego. Ludzie tacy jak Róża Luksemburg, Karol Radek czy Julian Marchlewski, którzy spędzili całe życie, kursując między Berlinem, Warszawą i Moskwą, uosabiali przekonanie, że powodzenie rewolucji w Rosji będzie zależeć od jej zdolności do szybkiego stworzenia połączenia z Niemcami. O Polsce mówiono wówczas jako o „czerwonym moście”, przez który zwycięska rewolucyjna armia miała przemaszerować z Rosji do Europy.

Powszechnie uważa się jednak, że przywództwo bolszewickie pozostawało przywiązane do koncepcji wojny rewolucyjnej przez zaledwie 30 miesięcy: od sierpnia 1915 roku do lutego 1918 roku. W sierpniu 1915 roku Lenin ogłosił „prawo nierównomiernego rozwoju”, z którego wynikało, że kraj, który jako pierwszy osiągnie etap rewolucji socjalistycznej, będzie musiał walczyć o przetrwanie w samotnej konfrontacji z kapitalistycznymi mocarstwami. W listopadzie tego samego roku wraz z Radkiem i Zinowiewem przyłączył się do tzw. lewicy zimmerwaldzkiej, która nawoływała do rozpętania wojny domowej jako sposobu na zakończenie wojny światowej. W kwietniu 1916 roku w Kienthal poszedł wreszcie na całość i poparł uchwałę o wojnie rewolucyjnej prowadzonej wspólnie przez buntowników ze wszystkich walczących armii. Żył wówczas wygodnie w Szwajcarii i wydaje się, że jego myśli były zwrócone ku Europie w ogólności, a nie ku Rosji w szczególności. Dopiero po przybyciu do Piotrogrodu w połowie 1917 roku zdał sobie sprawę, że jego poparcie dla wojny rewolucyjnej może oznaczać, iż będzie ją musiał sam poprowadzić. W manifestach Wielkiej Rewolucji Październikowej nie wspominano o wojnie rewolucyjnej, a podczas zabiegów na rzecz zawarcia traktatu brzeskiego wręcz wyraźnie ją odrzucono.

Na początku 1918 roku Lenin przeciwstawił się opinii większości członków swojej partii i musiał zagrozić dymisją, aby przeforsować swoje stanowisko. Za tekst wyrażający jego ostateczny pogląd w tej kwestii, gdy dzierżył już ster rządów, uważa się zazwyczaj jego przemówienie zatytułowane „Najbliższe zadania władzy radzieckiej” z 29 kwietnia 1918 roku, które powstało wkrótce po zaaprobowaniu jego linii przez VII Zjazd Partii. W przemówieniu tym określił tezę, jakoby Rosja sowiecka nie była zdolna przetrwać bez rewolucji na Zachodzie, jako „skrajną głupotę i pedanterię” oraz stwierdził, że „każdy Rosjanin, który porwałby się na obalenie międzynarodowego imperializmu, polegając wyłącznie na siłach Rosji, byłby szaleńcem”.

Nie sposób jednak utrzymywać, że były to jedyne lub ostatnie słowa Lenina, a tym bardziej nie da się ich pogodzić z niektórymi jego późniejszymi poczynaniami. Lenin opanował w najwyższym stopniu przydatną politycznie umiejętność wyrażania różnych opinii na dowolny temat, dzięki czemu mógł zagwarantować słuszność swojego stanowiska bez względu na to, co się wydarzy. Zależnie od okresu opowiadał się za wojną rewolucyjną lub ją potępiał, co czyni samo cytowanie jego wypowiedzi jałowym. Można jedynie wskazać, że okoliczności, które zainspirowały go do potępienia takiej wojny na początku 1918 roku, zmieniły się diametralnie pod koniec tego samego roku wraz z klęską Niemiec na Zachodzie, i że istnieją wszelkie powody, by przypuszczać, że jego poglądy również uległy wówczas zmianie. Badanie faktów przynosi znacznie większe korzyści od rozważań teoretycznych. W ciągu następnych trzech lat rewolucyjna kampania na Zachodzie dwa razy stawała się realną możliwością, a Armii Czerwonej dwukrotnie wydawano rozkaz rozpoczęcia ofensywy w tym kierunku. Pierwsza z tych sytuacji miała miejsce na przełomie 1918 i 1919 roku, druga zaś na początku 1920 roku.

W listopadzie 1918 roku sowieckie naczelne dowództwo utworzyło w okolicach Pskowa, na południe od Piotrogrodu, nową Armię Zachodnią, po czym wysłało ją na zachód przez Białoruś w ramach operacji pod kryptonimem „Cel Wisła”. Impulsem do rozpoczęcia tej operacji były wieści o buncie w Kilonii i powstaniu w Berlinie, jak też nadchodząca perspektywa wycofania się Niemiec z wojny światowej, a tym samym z terenów Obszaru Głównodowodzącego Wschodu, gdzie wciąż blokowały one zachodnie granice Rosji. Mając do dyspozycji co najwyżej 45 tysięcy żołnierzy, Armia Zachodnia działała niespiesznie, ściśle współpracując z niemieckimi radami żołnierskimi i instalując w pogranicznych miastach własne rady - sowiety. W jej skład wchodziły sformowane z osobistej inicjatywy Lenina polski i litewski „bataliony szturmowe”. Głównym osiągnięciem Armii Zachodniej było powołanie Litbieł, czyli Litewsko-Białoruskiej Republiki Rad, która miała jednak krótki żywot. Po początkowych sukcesach ofensywa bolszewików została gwałtownie powstrzymana, gdy na scenę wkroczyła silna polska armia pod dowództwem Józefa Piłsudskiego, która wyparła siły bolszewickie z powrotem na granicę RFSRR nad Berezyną. Właśnie to pierwsze starcie z Polakami, do którego doszło w lutym 1919 roku, wyznacza rzeczywisty początek wojny polsko-bolszewickiej.

Zamierzenie polityczne stojące za akcją o kryptonimie „Cel Wisła” pozostaje jednak owiane tajemnicą. Trudno podzielać pogląd tych polskich historyków, którzy widzą w niej dowód planowanej agresji na Polskę. Kiedy w listopadzie 1918 roku powstała pierwsza koncepcja tej operacji, Rzeczpospolita Polska jeszcze nie istniała, a późniejsze naruszenie terytorium, do którego prawo rościła sobie Warszawa, było raczej przypadkowe niż zamierzone. Zarazem rządowi polskiemu nie robiło większej różnicy, czy Rzeczpospolita zostanie zniszczona przez przypadek, czy też celowo, a jego punkt widzenia wyrażony w apelach do Rady Najwyższej Głównych Mocarstw Sprzymierzonych i Stowarzyszonych był w pewnym sensie słuszny. Sądząc po dyrektywach wojskowych, operację tę najlepiej opisuje termin „sondowanie” czy „rozpoznanie w głąb” - to wszystko, na co w tym momencie stać było toczącą ciężkie boje na frontach wojny domowej Armię Czerwoną.

To sondowanie, jak sama nazwa wskazuje, miało jednak doprowadzić do powrotu Armii Czerwonej do dawnych prowincji nadwiślańskich i nawiązania przez nią bezpośredniego kontaktu z Niemcami. Działania realizowane były w dużej mierze przez polskich komunistów - trzon Armii Zachodniej stanowiło sześć polskich pułków, a jej wydziałami politycznymi kierowały polskie partie komunistyczne (PPS-Lewica, a później KPP), których deklarowanym zamiarem było przejęcie w najbliższej przyszłości władzy w Warszawie. Była to operacja, której przeciwstawić musiałby się każdy polski rząd.

W styczniu 1920 roku sowieckie naczelne dowództwo ponownie skierowało uwagę na front zachodni. W poprzednich ośmiu miesiącach, mimo trwających bez przerwy działań wojennych, nie udało się zrealizować dyrektywy Lenina, która nakazywała odbicie Wilna i niezwłoczne przystąpienie do realizacji „Celu Wisła”. Teraz bolszewicy zaczęli koncentrować nad Berezyną siły, których rozmiar - zgodnym zdaniem wywiadów brytyjskiego i francuskiego, a także Polaków - nie sugerował celów obronnych. 27 lutego Lenin ogłosił hasło przewodnie: „Przygotować się do wojny z Polską”. 10 marca naczelne dowództwo przyjęło plan operacyjny ofensywy na zachód. 11 marca Lenin napisał do Stalina, że wojna z Polską jest „nieunikniona”. Właśnie w takiej sytuacji, gdy trwały już poważne walki i spodziewano się kolejnych, przywódcy sowieccy rzucili wyzwanie Polakom. W ten sposób doprowadzili do klasycznej sytuacji braku zaufania, w której każda ze stron interpretowała środki obronne podejmowane przez drugą jako dowód jej agresywnych zamiarów. Każdy z przeciwników, podkreślając swoją niewinność, szykował się do ataku na drugiego. Wyścig, kto pierwszy przejdzie do ofensywy, wygrał Piłsudski, ale zyskując inicjatywę wojskową, nieuchronnie stracił tym samym polityczną. Tak rozpoczęła się słynna kampania 1920 roku, w rezultacie której Armia Czerwona dotarła do niemieckich granic, zanim pod koniec lata została wyparta z powrotem do Rosji.

Podobnie jak w latach 1918-1919, cel polityczny bolszewików pozostaje zupełnie niejasny. Nie ulega wątpliwości, że oficjalne oświadczenia, w których Sowieci twierdzili, jakoby Rosja została bez powodu zaatakowana przez Polaków, celowo sfabrykowano, aby wzniecić w kraju falę patriotycznego poparcia i wprowadzić w błąd zagraniczną opinię publiczną. To ostatnie udało się wprost doskonale, zwłaszcza że w Moskwie przebywała wówczas pierwsza w historii delegacja brytyjskiej Partii Pracy, która po powrocie do kraju posłusznie powtarzała sowiecką wersję wydarzeń. W rzeczywistości atak Piłsudskiego na Kijów był wobec Rosji Sowieckiej takim samym aktem agresji, za jaki wobec nazistowskich Niemiec można byłoby uznać desant aliantów w Normandii w 1944 roku. Jak zauważył wówczas lord Curzon, był on jedynie „kontynuacją trwającego już od dłuższego czasu konfliktu”, a w każdym razie nie skutkował naruszeniem terytorium RFSRR.

Jednak jasne jest też, że nie w pełni zgodne z polityką państwową były - składane na przykład przez Trockiego w grudniu 1919 roku i wielokrotnie przez Tuchaczewskiego w 1920 roku - oświadczenia o przeciwnym wydźwięku sugerujące, że bezpośrednim celem bolszewików jest podbój Polski. Zyskanie niepodważalnej wiedzy o zamiarach strony bolszewickiej nie będzie raczej możliwe, dopóki nie zostaną udostępnione do analizy stenogramy dyskusji prowadzonych w gronie partyjnym. Zanim się to stanie, mamy jednak mocne podstawy, by sądzić, że w 1920 roku bolszewicy prowadzili wojnę o charakterze zasadniczo rewolucyjnym. Dotarli do punktu, w którym mogli pozwolić, by wojna z Polską toczyła się własnym rozpędem, i w którym - utrzymując, że bronią się przed polskim imperializmem - mogli odnosić wszystkie korzyści z konfliktu, nie narażając się na żaden z jego oczywistych kosztów. Jeżeli przy okazji zniszczyliby Rzeczpospolitą, nikt nie mógłby czynić im z tego zarzutu. W razie porażki mogli zaś z godnością się wycofać, nie stwarzając wrażenia, że rezygnują z celów, do których nigdy otwarcie się nie przyznali. Lenin w 1920 roku nie zrobił nic, by powstrzymać zaostrzenie konfliktu z Polską - w istocie jesienią tego roku przyznał, że jego wcześniejsze nadzieje w tym względzie były przesadne. Był zwolennikiem wojny, ale z kilku bardzo ważnych powodów wolał nie ujawniać swoich poglądów zbyt otwarcie. Po zajadłej debacie, do której doszło zaledwie dwa lata wcześniej, nie do pomyślenia jest, aby nie zdawał sobie sprawy z rewolucyjnych implikacji swoich rozkazów wysłania Armii Czerwonej przez Polskę. Jednocześnie mądrość polityczna nakazywała o tym milczeć.

Po pierwsze, przyznanie, że wojna ma charakter rewolucyjny, oznaczałoby znaczące osłabienie pozycji uzyskanej z trudem w zmaganiach z lewicowymi komunistami po 1918 roku, a ponadto wiązałoby się z niebezpiecznym zwrotem politycznym w partii bolszewickiej.

Po drugie, w kierownictwie występowały głębokie podziały. Trocki, Radek i Stalin bez wyjątku sprzeciwiali się tej kampanii - pierwszy z powodów wojskowych, drugi dlatego, że znał Polskę, a trzeci z racji swojej niechęci do zagranicznych awantur - i nie było sensu niepotrzebnie ich antagonizować. Lewica sprawiała zbyt dużo problemów na polu związków zawodowych oraz kontroli robotniczej, żeby ją dodatkowo wzmacniać szumnymi deklaracjami o wojnie rewolucyjnej.

Co najważniejsze, rok 1920 był rokiem Kominternu. Jego II Kongres, który miał się odbyć latem, oznaczał nieuchronnie powrót międzynarodowego zapału rewolucyjnego. W obliczu zakończonej właściwie wojny domowej należało spodziewać się głosów nawołujących do wykorzystania zwycięstwa w samej Rosji w interesie rewolucji europejskiej. Lenin, który z ogromnym trudem powstrzymał te zapędy w 1918 roku, nie mógł zakładać, że ponownie użyje ówczesnych argumentów, gdyż Niemcy - w chwili zawarcia traktatu brzeskiego zwycięski imperialistyczny wróg - były teraz, jak sam przyznawał, pokonanym mocarstwem przechodzącym przez własny okres przedrewolucyjny, podobnie jak Rosja za czasów rządu Kiereńskiego. Jego napisany na potrzeby Kongresu esej zatytułowany O dziecięcej chorobie lewicowości był świadomie skierowany przeciwko nadchodzącemu odrodzeniu lewicy, podobnie jak jego nacisk na 21 warunków członkostwa w Kominternie podczas samego Kongresu dowodził, w jak systematyczny sposób zamierzał utrzymywać tę frakcję pod kontrolą. W obliczu załamania gospodarczego i rewolty politycznej rozsądnie było płynąć z prądem, pozwalając, aby wojna dalej się toczyła, ale nie usztywniając stanowiska, gdyż to mogłoby później okazać się kłopotliwe.

Również pod względem samego przebiegu wojny bolszewicy znaleźli się w skomplikowanej sytuacji. Przez cały okres 1919-1920 prowadzili wobec Polaków błyskotliwą podwójną politykę - dyplomacja sowiecka obiecywała pokój, podczas gdy Armia Czerwona prowadziła działania wojenne. W grudniu 1919 roku pierwszej nocie pokojowej Cziczerina towarzyszyły mrożące krew w żyłach groźby Trockiego i początek działań mających na celu wzmocnienie frontu zachodniego. Łatwo też udokumentować cyniczny sposób, w jaki Lenin i Stalin wykorzystywali wezwania do zawieszenia broni latem 1920 roku. Ta podwójna polityka okazała się bardzo skuteczna, zwłaszcza jako narzędzie pogarszania wizerunku Polaków w oczach aliantów. Jej powodzenie zależało jednak od skrzętnego ukrywania rzeczywistych zamiarów bolszewików. Rządy alianckie, które nie pałały wielką miłością do Polski Piłsudskiego, korzystały z każdego pretekstu, by zignorować swoje zobowiązania wobec niej, lecz z pewnością nie mogłyby dalej odwracać wzroku, gdyby nad Warszawą zawisło poważne zagrożenie. Ponadto pojawił się problem z samą Armią Czerwoną, która walczyła wystarczająco sprawnie, by ocalić rosyjską ziemię przed polskimi „obszarnikami”, ale nie dało się jej łatwo przekonać, aby wyzwalała Europę w imię rewolucji.

Mimo zmasowanej propagandy połowa armii Tuchaczewskiego nie przekroczyła Bugu, który sołdaci przywykli uważać za granicę państwową. W opowiadaniach Babla o Konarmii widać, jak bardzo spadało morale żołnierzy Budionnego, w miarę jak oddalali się od domu. Lenin liczył na aktywne wsparcie ze strony polskich robotników i chłopów, lecz tak naprawdę nie mógł być go pewien, dopóki Armia Czerwona nie dotrze do Polski.

Prywatna korespondencja wodza rewolucji wyraźnie wskazuje, że dał się porwać mesjanistycznemu nastrojowi chwili. Swoim bliskim współpracownikom mówił, że doszło do ogólnoświatowego kryzysu, w którym „Polska jest ostatnim bastionem imperializmu”, a „bez rewolucyjnego przymusu nie można osiągnąć zwycięstwa”. Osobiście nadzorował też przygotowania do „utworzenia na wyzwalanych terenach Władzy Radzieckiej”. Publicznie jednak twierdził coś zupełnie przeciwnego: że Sowieci nie mają żadnych zakusów na niepodległość sąsiada i sprawą nadrzędną jest dla nich pokój.

Poza tym nie mógł mieć pewności, jakimi siłami dysponuje przeciwnik. Jak większość niewtajemniczonych w niuanse stosunków między aliantami ówczesnych obserwatorów, był rzeczywiście przekonany, że Józef Piłsudski jest marionetką ententy. Nie mógł wiedzieć, że Piłsudski konsekwentnie odrzucał instrukcje napływające z Wielkiej Brytanii i Francji, a od listopada 1919 roku Polsce odmawiano zarówno kredytu wojskowego, jak i wsparcia dyplomatycznego dla działań prowadzonych na wschodzie. Zapewnienia aliantów o tym, że zachowują oni neutralność, uważał - podobnie jak prasa zachodnia - za obłudne, a ponadto błędnie pojmował rolę Francuskiej Misji Wojskowej. W rezultacie zakładał, że wojna przeciwko Polsce musi prędzej czy później doprowadzić do bezpośredniego konfliktu z ententą, i musiał być mile zaskoczony, gdy Armia Czerwona dotarła do Warszawy, nie napotykając po drodze alianckich sił ekspedycyjnych.

Norman Davies "Mała Europa. Szkice polskie", tłumaczenie: Pietrzyk Bartłomiej, wyd. Znak, Kraków 2022, cena 74,99 zł

Agaton Koziński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Pro Media Sp. z o.o.