Nie będę księdzem, będę tatą, mężem. Zawróciłem z drogi

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Jolanta Mrukot

Nie będę księdzem, będę tatą, mężem. Zawróciłem z drogi

Jolanta Mrukot

- Widocznie tak miało być, widocznie Bóg tak chciał – tłumaczy sobie Mateusz Stadnicki z Opola. Żeby pokochał Monikę, ożenił się z nią i zaopiekował jej chorym synkiem. I

- Byłem pewien, że moja droga życiowa już jest oczywista – mówi 25-letni Mateusz. Od kiedy tylko pamięta, mówił, że będzie księdzem. Co do tego nie miał nigdy wątpliwości, a przykłady księży z rodziny tylko go w tym utwierdzały, że to też jego droga. Był już na czwartym roku seminarium duchownego w Kaliszu. Jeszcze tylko dwa lata i święcenia kapłańskie.

Mateusz nosił już dumnie sutannę, nie zdejmował jej nawet, kiedy jechał do domu. Wszystko było proste i wtedy zdarzył się ten turniej.

Był jednym z uczestników turnieju charytatywnego piłki nożnej - klerycy kontra żużlowcy. Grali na rzecz 4-letniego wówczas Wojtusia, chorego na nowotwór płuc. Po meczu podszedł do Moniki, mamy Wojtusia, z prośbą, żeby razem z synkiem sfotografowała się z klerykiem, do seminaryjnego albumu i na Facebooka. – Kiedy usłyszałem jej głos, zobaczyłem ten uśmiech… – Michałowi mimowolnie rozpromienia się twarz na wspomnienia sprzed roku. – Chciałem z nią pójść, odprowadzić chociaż do drzwi… Ale miałem obowiązki, tak jak inni klerycy, więc musiałem się wcześniej z nimi pożegnać.

Monika poszła, ale w głowie Mateusza pozostała i nie chciała wyjść. Nie wiedział jeszcze, że właśnie zmieniło się jego życie. I życiowa droga.
– Zacząłem się zastanawiać, po raz pierwszy, czy Pan Bóg chce zawrócić mnie z obranej przeze mnie drogi – mówi. – Coraz częściej myślałem o sakramencie małżeństwa. Myślałem też o samotności księdza i jego pustym pokoju.

Po roku…

Pochylają się z Moniką nad Wojtkiem, ale nie mogą go przytulić – w dostępie do 5-letniego chłopca przeszkadza gąszcz drenów. – Jest lepiej, wyniki coraz lepsze… – oznajmia, pełen troski o dziecko Mateusz. Jednocześnie pobrzmiewają mu w głowie słowa Wojtka: „Mnie już nie będzie, a będziesz miała dziecko”.

– Powiedział to niedawno Monice i jakby nigdy nic wrócił z powrotem do zabawy – opowiada Mateusz. – Zamurowało mnie, kiedy to usłyszałem. Nie mogę zrozumieć, skąd u małego dziecka takie dorosłe myślenie. No i w żaden sposób nie potrafiłem sobie odpowiedzieć, dlaczego tyle dzieci trafia na onkologię.

Bardzo często woził Monikę z Wojtusiem na onkologię do Wrocławia. Patrzył i zastanawiał się nad tym równoległym światem.
– Nie miałem o nim pojęcia, patrząc ze swojej wcześniejszej perspektywy – przyznaje.

Jeszcze w seminarium

Wtedy, przed rokiem, mało brakowało, żeby nigdy nie zobaczył Moniki i Wojtusia. Ich przyjazd na turniej stał pod znakiem zapytania, bo chłopczykowi za każdym razem wychodziły złe wyniki.

– Jednak było lepiej, więc przyjechali – wspomina Mateusz. Monika była już wdową, zaledwie przed rokiem jej mąż zmarł na raka.

– Kiedy zobaczyłem Wojtusia, jak biegał, swoją energią i zdrowym wyglądem był zaprzeczeniem wyobrażenia na temat chorego dziecka – dodaje. – Przy tym niezwykle komunikatywny dzieciak.

Po turnieju wymienili kilka esemesów, Mateusz szczerze zatroskany pytał o Wojtka. W następnych pytał też o samopoczucie mamy, bo przecież sama zmagała się z chorobą dziecka.
– Zaczęliśmy też do siebie dzwonić – przyznaje Mateusz. – I dużo rozmawialiśmy o Bogu.

Potem Monika przyjechała do Mateusza do Kalisza. – Jechała z Opola po to, żeby ze mną pójść na zaledwie półgodzinny spacer – opowiada. – Bo tyle mogłem mieć wolnego czasu. Bardzo dobrze nam się rozmawiało.

Wiedział, że nie potrafi i nie chce uciekać od przyjemności rozmów z Moniką. Czekał znowu na następny telefon.
– A między świętami i Nowym Rokiem pojechałem na obiad do Moniki do Opola – mówi. – Nie chciałem niczego ukrywać ani trzymać w tajemnicy. Wiedziałem, że jestem w Monice z wzajemnością zakochany. Przeżywałem to wszystko pierwszy raz. I nie zamierzałem temu zaprzeczać czy udawać, że nic się nie dzieje.

W tym całym okresie odbywał długie rozmowy ze swoim opiekunem duchownym z seminarium. Finał był taki, że zaczął ustalać dzień wyprowadzki. Zapakował zgromadzony księgozbiór, trochę rzeczy, które w tym czasie zdążył zgromadzić.

Dzień przeprowadzki, choć oczekiwany, wcale nie był taki łatwy. – W seminarium spędziłem cztery lata, do tego zaangażowałem się w to życie – tłumaczy. – Zaktywizowałem radio, gdzie klerycy mają swoje audycje. Radio działa do dzisiaj... To nie było takie proste – ot tak, zamknąć za sobą drzwi. Na zawsze.

Mamo, nie będę księdzem

Z seminarium trafił wprost do Opola. 
– I znowu tak się ułożyło, że trudno nie uwierzyć, że ktoś wysoko nad nami nie czuwa – podkreśla Mateusz.

Wojtuś nie mógł jeszcze chodzić do przedszkola, a Monika musiała być już w pracy. – A ja przez cztery miesiące byłem bez pracy, więc zajmowałem się dzieckiem – opowiada. – Monika zostawiała mi kartkę, czyli wiedziałem, co mam robić, ale skłamałbym, mówiąc, że się nie bałem. Po raz pierwszy zostawałem z dzieckiem, a jeszcze podawałem mu leki.

Dość szybko zaprzyjaźnili się z Wojtusiem.
– Wymyślaliśmy wspólnie różne zabawy, budowaliśmy z klocków gigantyczne konstrukcje. No i zacząłem gotować nam obiady. Wtedy odkryłem, że mam kulinarny talent, o czym wcześniej nie miałem okazji się przekonać.

Nie ukrywa, że od początku najbardziej całą sytuacją byli zszokowani jego rodzice.
– Byli przekonani, że będę księdzem, zresztą cała rodzina tak myślała – wyjaśnia. – A ja im nagle mówię, że będę mężem i już jestem tatą.

Nie brali pod uwagę, że w jego życiu pojawi się kobieta o siedem lat od niego starsza i z dzieckiem. – Dla mnie to wszystko odbywało się w niesamowitym tempie. Nie mogłem wymagać natychmiastowego zrozumienia sytuacji od nieprzygotowanych na taki scenariusz rodziców.

Powiedział do mnie „tato”

Wojtuś co trochę zaskakuje Mateusza swoją dojrzałością, podchodzi podczas zabawy i mówi: „mój tatuś Grzesiu jest już w niebie, teraz ty będziesz moim tatą”.

– To było nieprawdopodobne uczucie, kiedy po raz pierwszy usłyszałem od Wojtusia „tato” – przyznaje wzruszony Mateusz.
Kilkakrotnie się zdarzało, że chciał zabrać go na lody, a chłopczyk mówił: „Ja chcę do taty na cmentarz”. - Więc teraz już mówię, że jedziemy na cmentarz, a potem na lody - opowiada. - A kiedy Monika wyjeżdża zawodowo na cały dzień, to zamawiamy sobie pizzę, oglądamy bajki, idziemy na spacer. Nazywamy to męskim dniem.

Monika zauważa, że Wojtuś przejmuje jego nawyki – naśladuje gesty i powtarza słowa. Chłopiec zwraca się już też do rodziców Mateusza „babciu” i „dziadku”.

– Rozumiałem obawy moich rodziców, tym bardziej że narzeczeństwem byliśmy krótko. Czasem mi się wydawało, że sam w tym tempie zmian niewiele rozumiem. Ale jestem spokojny i uspokojony o zdrowie Wojtusia, bo wiem, że ktoś nad nami czuwa.
Nad całą ich rodziną, która wkrótce znów się powiększy. Wojtusiowi urodzi się siostra, a 5-latek już zapowiada, że będzie się nią opiekował.

- Miałem poświęcić życie Bogu… - zamyśla się Mateusz. - Najwidoczniej On jednak uznał, że lepiej będzie, jak poświęcę je komuś innemu.

Jolanta Mrukot

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.