Na święcie Beskidów chodzi o coś więcej niż tylko o podrygi na scenie [LINIA CZASU]

Czytaj dalej
Fot. Arkadiusz Ławrywianiec
Teresa Semik

Na święcie Beskidów chodzi o coś więcej niż tylko o podrygi na scenie [LINIA CZASU]

Teresa Semik

Kiedyś zabrakło sukna na góralskie portki, gdy miały się roztańczyć Beskidy, a każdy chciał pokazać, co górale potrafią. Teraz brakuje tiulu do kiecek, w którym paradują żywieckie mieszczki. Maleje zapotrzebowanie na sztukę ludową.

Gdy dogasały ogniska, zapalone w Ujsołach podczas kolejnego Tygodnia Kultury Beskidzkiej i opustoszała estrada, przy stole wciąż siedział Chińczyk. Samiuteńki. Tak mu się spodobało góralskie granie, a może i góralskie dziewczyny, że nie zauważył, kiedy jego zespół odjechał do hotelu. To jeszcze nic. Gdy zespół z Rumunii jechał na TKB, zgubił po drodze muzyka. W czasie postoju w Czechosłowacji, nikt nie zauważył, że skrzypek został w koniczynie. Bez dokumentów i pieniędzy.

Tydzień Kultury Beskidzkiej to szczęśliwa impreza. Gdyby nie to szczęście, pewnie też by przepadła pod biurkiem jakiegoś urzędnika. A tak od 52 lat wymyka się spod ich kontroli. Jest jak rozpędzona lokomotywa bez maszynisty. Dyszy i sapie, ale nie pozwoli się zatrzymać. Impetu powoli jednak zaczyna brakować. Milkną zespoły folklorystyczne, a sztuka ludowa przestaje być potrzebna. Mimo to TKB wciąż ma ogromny i niewykorzystany potencjał. Ma wielu sojuszników, ale brakuje menedżera, ludzi z pasją, którzy uczyniliby w Beskidach prawdziwe święto gór i górali. Baza już jest. Dzięki TKB wyrosły piękne amfiteatry w Wiśle, Szczyrku, Żywcu.

Pod urokiem Beskidów

- Gdy jestem na estradzie w Żywcu, na Festiwalu Górali Polskich, niczego bym nie zmieniała, cieszę się, że tam wciąż trwa spotkanie górali z całego łuku Karpat - mówi dr Małgorzata Kiereś, etnograf. - Inaczej jest podczas Tygodnia Kultury Beskidzkiej w Wiśle. Tu festiwal ma ludyczny, rekreacyjny charakter.
Entuzjazmu dr Kiereś, zachwyconej ściganiem się góralskich zespołów w Żywcu, nie wszyscy podzielają. Często są to widowiska dla jurorów, do pokazania w niedużej świetlicy, a nie w wielkim amfiteatrze. W czasie występów wykonawcy toczą jakieś ważne rozmowy, ale niewiele z tego dociera do publiczności. Robi się smętnie, a góralszczyzna to przecież żywioł.

- Myślimy, jak ten festiwal zmienić, uatrakcyjnić - zapowiada od dawna Leszek Miłoszewski, dyrektor Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej, odpowiedzialny za koordynację występów. Na tę koordynację otrzymał z kasy województwa dodatkowo 100 tys. zł.

Jaki jest pomysł na Tydzień Kultury Beskidzkiej, rozciągnięty między kilkoma estradami? Taniec za tańcem, przytup za przytupem, raz lepiej, raz gorzej. Jak na pospolitym festynie. Pół wieku to naprawdę dużo, żeby wypracować coś wystrzałowego, uczulić także profesjonalnych twórców na piękno tego regionu. Golec uOrkiestra, muzykowanie Józefa Skrzeka z góralami to stanowczo za mało. Beskidy nieco przespały modę na muzykę folkową. W latach 80. ubiegłego wieku odbył się konkurs na muzykę inspirowaną Beskidami właśnie dla profesjonalnych twórców, ale zarzucono ten świetny pomysł. Dziś pewnie mielibyśmy płytę z takimi utworami. Zarzucono konkurs poetycki o "Beskidzki Laur". Gdzie dawne zbratania góralskich serc, integracja ludzi rozmiłowanych w swoim tańcu i śpiewie? Gdzie takie przedstawienia, jak "Sałasznicy" Jana Sztwiertni z Ustronia. Tę operę ludową wystawiła w 1982 roku Wisła, przypominając, kim był utalentowany kompozytor. Pracował jako nauczyciel w Wiśle, uczył się w Śląskim Konserwatorium Muzycznym. Miał szanse na stypendium do Paryża, ale przyszła wojna. Zamordowany w obozie Mauthausen-Gusen w wieku 29 lat.

Budzi uzasadnioną dumę

Na TKB chodzi jednak o coś więcej niż tylko o podrygi na scenie. W coraz bardziej zunifikowanym świecie nowego znaczenia nabiera pytanie: skąd pochodzę, jaki jest bagaż moich tradycji. Barbara Rosiek, etnograf, przekonuje, że w okolicach Żywca widzi młodych ludzi, którzy świadomie zakładają strój góralski, także do ślubu. - Zachłysnęli się już światem i zaczynają szukać własnych korzeni - wyjaśnia. Trzeba im w tym pomóc.

Są wzorce, wystarczy po nie sięgnąć. Przed wojną odbywało się Święto Gór, na które zjeżdżali górale ze wszystkich stron Karpat, od Olzy po Czeremoszę. W 1935 roku spotkali się po raz pierwszy w Zakopanem. Jak pisał prof. Walery Goetel, jeden z najbardziej zasłużonych dla góralszczyzny naukowców, w tańcu i śpiewie wybijały się zespoły żywieckie i wiślańskie. Potem górale zebrali się w Sanoku, a w 1937 roku - w Wiśle, która zmieniła się nie do poznania na przełomie lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Wybudowano połączenie kolejowe z Ustroniem, drogi na Równicę, Kubalonkę, do Istebnej, Koniakowa i Jaworzynki. Zbudowano reprezentacyjny zamek prezydenta RP, linię wysokiego napięcia, szkoły, sanatoria. A działo się to w czasie wielkiego kryzysu. Nie było w Polsce drugiego uzdrowiska, które przeżyło taki awans.

Wisła miała swojego protektora, wojewodę śląskiego Michała Grażyńskiego, który już wcześniej zapowiedział: "Mam ambicję większą, aniżeli ci, co głoszą politykę zaścianka śląskiego. Pragnę, aby w burzy polskiej kultury doniośle brzmiał śląski piorun. (…) Dlatego dewizą moją jest jak najpieczołowitszą opieką otoczyć przeszłość dawną i świeżą Śląska".

Święto Gór odbywało się pod protektoratem prezydenta RP Ignacego Mościckiego i marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego. Specjalne pociągi ruszyły w stronę Wisły z ulgowymi biletami. Wtedy też otwarto sanatorium na Kubalonce i Dom Zdrojowy. Sensacją był występ Jana Kiepury, który dwie godziny śpiewał arie operowe stojąc na dachu samochodu. Odbywały się zbiorowe wycieczki do schronisk na Stożku, Równicy, Baraniej Górze, zawody pływackie, tenisowe, pokazy hippiczne. Toczyły się obrady gospodarcze na temat rozwoju ziem górskich. Codziennie koncertowały zespoły góralskie pod czujnym okiem jurorów. Warkocze nie mogły być sztuczne, nie wolno było używać szminek, nosić kolczyków, pierścionków, bo naliczano punkty karne.

Prof. Roman Reinfuss, wybitny polski etnograf, któremu Żywiec zawdzięcza Festiwal Górali Polskich, wzorem tamtych zasad karał za zegarki na scenie jeszcze w latach 80. Nikt po nim nie wkładał większej troski w zachowanie lokalnej kultury, bez chwastów na tej pięknej grządce, jak mówił. Przekonywał, że naszym atutem na forum międzynarodowym są właśnie zespoły autentyczne i zagranica z nas czerpie wzory. Na rozśpiewanych estradach słyszymy fujarkę, a była na wymarciu jak dudy. Odżyły trombity.

TKB powstał z myślą o tamtym Święcie Gór i trochę z zazdrości. Za górą, w Jabłonkowie polska społeczność organizowała Gorolskie Święto, którego hetmanem był Władysław Niedoba. W Wiśle mieszkał jego brat, Adam Niedoba, który prowadził zespół "Wisła". To on skomponował z końcem lat 60. wzruszającą pieśń, że nigdy nie zaginie w Beskidach góralska muzyka. "Szumi jawor" to niekwestionowany hymn górali beskidzkich. Dlaczego od tamtego czasu nie powstało nic równie pięknego? Gdzie tamten entuzjazm? TKB latami był wielką siłą mobilizująca ludzi do działań.

- Kiedyś dla organizatorów te imprezy były weselsze - przypomina Małgorzata Kiereś. - W Wiśle opustoszała drewniana koliba, koło estrady, w której godzinami toczyliśmy ze sobą rozmowy. Zacznijmy znów rozmawiać, jaki jest stan kultury i co robić dalej.
Do końca lat 80. TKB mobilizował lokalną społeczność. Zespoły regionalne powstawały jak grzyby po deszczu. Dziś większość młodych ludzi uczy się góralskich tańców i gwary od nowa. Wykonawców autentycznych jest coraz mniej, a to znaczy, że TKB przestał pełnić swoją główną rolę - kultywowania i wspierania rodzimej twórczości. Więcej mamy grup dziecięcych, co napawa optymizmem. Fenomenalną pracę wykonała Jadwiga Jurasz z zespołami: "Grojcowianie" i "Mali Grojcowianie" z Wieprza.

Nie ma mody na ludowość

Twórcom ludowym jest jeszcze gorzej. Kiedyś kupowało się na prezent koniakowskie serwetki, dziś jest to obciach. Na haft krzyżykowy, haft na tiulu nie ma zapotrzebowania. W ogóle nie ma w Polsce tiulu takiego, jak dawniej. Koronkarki ratują się dzierganiem stringów. Bibułkarki szukają innych form dla swoich papierowych bukietów.
Na Targach Sztuki Ludowej, organizowanych podczas TKB, pojawi się w tym roku około 40 twórców, nie tylko z województwa śląskiego. Twórczość wiejskich artystów rzadko jest dziś z potrzeby serca. Staje się biznesem.
Henryk Mercik, członek Zarządu województwa śląskiego odpowiedzialny m.in. za kulturę, zapowiada poszanowanie różnorodności regionu. - TKB był kiedyś imprezą sztandarową, napędzał koniunkturę. Musimy się zastanowić nad jego rangą i próbować coś naprawić - zapowiada.

Teresa Semik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Pro Media Sp. z o.o.