Stanisław S. Nicieja

Moje Kresy. Saga rodu Jurkiewiczów

Rodzina złoczowskiego piekarza Józefa Jurkiewicza. Siedzą rodzice: Maria i Józef, nad nimi stoi syn Longin, pierwsza z lewej - córka Janina, Złoczów Fot. Ze zbiorów Janiny Jurkiewicz-Goebel z Gdyni. Rodzina złoczowskiego piekarza Józefa Jurkiewicza. Siedzą rodzice: Maria i Józef, nad nimi stoi syn Longin, pierwsza z lewej - córka Janina, Złoczów 1938, rok przed wojenną tragedią.
Stanisław S. Nicieja

W II Rzeczypospolitej powszechnie znaną rodziną w Złoczowie byli Maria z Boreckich (1895-1942?) i Józef (1887-1980) Jurkiewiczowie. Przybyli tam ze Lwowa w 1922 roku po nabyciu od Austriaka Müllera piekarni miejskiej.

Józef Jurkiewicz jako rzutki przedsiębiorca rozbudował piekarnię do imponujących rozmiarów. Sprowadził z Czech nowoczesne urządzenia, zatrudnił 16 czeladników i ruszył na trzy zmiany z wypiekami chrupiących, wyrośniętych bochenków chleba i bułek. Piekarnia szybko zasłynęła w całej okolicy. Niektórzy złoczowianie byli skłonni twierdzić, że wypieki Jurkiewicza skutecznie rywalizowały ze słynnym chlebem kulikowskim, o którym Marian Hemar w jednym ze swych wierszy napisał:

A jak go przekrajać - to pod mosiądzem
skórki
Takie duże oka, takie duże dziurki!
Bo on lekki jak pączek!
Bo on lekki jak pianka, aż dotknąć się
frajda
I już w ręku pachnąca, gorąca jeszcze
pajda,
Jak żywa - ta zdaje się, że nagle tobie
powie:
Ta zjedz mnie i niech tobie wyjdzie
na zdrowie.

Piekarnia Jurkiewicza zaopatrywała w pieczywo miejscowy szpital, więzienie, kasyna wojskowe, przedszkole, zakony oraz sklepy spożywcze. Mieściła się przy ulicy Legionów 3, gdzie nad bramą wjazdową umieszczono dużych rozmiarów szyld z napisem: „Pierwsza mechaniczna piekarnia Józefa Jurkiewicza w Złoczowie”.

Jurkiewiczowie mieli siedmioro dzieci: pięciu synów i dwie córki. Bratem właściciela piekarni był Stanisław Jurkiewicz (1884-1954) - minister pracy i opieki społecznej w rządzie Kazimierza Bartla. Józef Jurkiewicz - poza obowiązkami związanymi z prowadzeniem piekarni - był społecznikiem: prezesował Związkowi Piekarzy, był radnym miasta Złoczowa, czynnym sportowcem (pływakiem, siatkarzem i bramkarzem), lubił paradować w sokolim mundurze. Jego żona - z wykształcenia nauczycielka - dotrzymywała mu kroku w działalności społecznej. Organizowała festyny, zbiórki pieniędzy w celach charytatywnych, sprawowała opiekę nad Domem Biednych w Złoczowie, w którym przebywali ludzie bezdomni i w podeszłym wieku.

Po wkroczeniu Sowietów do Złoczowa we wrześniu 1939 roku piekarnia Jurkiewiczów została znacjonalizowana. Kilka miesięcy później Józef Jurkiewicz „jako złoczowski burżuj” trafił wraz z miejscowymi lekarzami, sędziami, nauczycielami i policjantami do więzienia w zamku Sobieskich. Miał poniekąd szczęście, że nie zamordowano go w podziemiach zamku, a „jedynie” skazano na 10 lat łagru. Trafił w okolice Nowosybirska, gdzie pracował przy kopaniu gliny w stepie. Wydostał się stamtąd po amnestii dla Polaków na mocy umowy Sikorski-Majski. Ponieważ nie wyglądał na swój wiek (liczył wówczas 54 lata, a takich do armii Andersa nie przyjmowano), udało mu się zmylić rekrutującego do wojska i w marcu 1942 roku jako żołnierz wydostał się z ZSRR i przez Iran, Irak, Syrię i Palestynę dotarł do Włoch. Przez cały ten czas w armii Andersa kierował jako fachowiec polowymi piekarniami. Był ze swoją piekarnią również pod Monte Cassino, Anconą i Bolonią. Był szanowany, uważano go za mistrza wypieków.

Po demobilizacji w 1946 roku wyjechał do Anglii. Osiadł w Londynie i tam otworzył w dzielnicy Acton cukiernię o nazwie „Bettina”. W 1969 roku, mając 82 lata, przyjechał do Gdyni, do swej córki Janiny. Nabył mieszkanie przy Bulwarze Morskim, gdzie mieszkał jeszcze 11 lat, do swojej śmierci w 1980 roku (dożył 93 lat).

Los cichociemnego Longina Jurkiewicza

Najstarszy syn złoczowskiego piekarza, Longin Jurkiewicz (1920-1943), wraz ze stryjem Stanisławem Jurkiewiczem, byłym ministrem pracy, zbiegł z Polski i wstąpił do wojska polskiego w Coëtquidan we Francji. Został tam telegrafistą. W maju i kwietniu 1940 roku wziął udział w kampanii norweskiej. Za odwagę otrzymał pierwszy swój Krzyż Walecznych. Stał się pierwowzorem postaci bohaterskiego telegrafisty w reportażu Ksawerego Pruszyńskiego „Narwik”.

Po zajęciu Norwegii przez Niemców przedostał się do Wielkiej Brytanii. Przeszedł tam kurs dla skoczków spadochronowych. Był jednym z około 580 cichociemnych, których przeszkolono w Szkocji. W nocy 13/14 marca 1943 roku został zrzucony z kolegami przez angielski bombowiec Halifax do okupowanej Polski. Przyjął pseudonim „Mysz”. Od lipca aż do listopada 1943 roku działał w wileńskim ośrodku Komendy Głównej AK, obejmującego swoim zasięgiem Łotwę, Litwę i Białoruś.

Zrzucony razem z nim Franciszek Koprowski, pseudonim Dąb, przedwojenny major WP, stał się bezpośrednim sprawcą wpadki całego ośrodka wileńskiego. Ofiarą padł też Longin Jurkiewicz. Przesłuchiwany przez gestapo doświadczył straszliwego bestialstwa śledczych. Jego bohaterstwo opisał Henryk Żuk w książce „Na szachownicy życia” (Warszawa 1999).

Aresztowanie miało miejsce w listopadzie 1943 roku w Wilnie. Chcąc zmusić go do mówienia i jak najszybciej wydobyć od niego informacje, aby inni konspiratorzy nie zdążyli zmienić adresów zamieszkania i skrzynek kontaktowych, niemieccy oprawcy katowali go. Wiedząc, że Longin Jurkiewicz jest oficerem, chciano go złamać za wszelką cenę. Jego szef załamał się - nie wytrzymał przypalania pięt rozpalonym żelazem. Longin wytrzymał ból. Wykazał się w czasie przesłuchań nadludzką wytrzymałością. W ostatnich dniach listopada 1943 roku po „przesłuchaniu” nie odzyskał już przytomności. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Walecznych - czwartym w jego życiu.

Odyseja Janiny Jurkiewicz-Goebel

W przygotowywanym do druku tomie „Kresowej Atlantydy” o Złoczowie opisuję szczegółowo równie dramatyczne losy innych Jurkiewiczów. Ze względu na rozmiar tego artykułu skupię się tu tylko na dramacie siostry Longina - Janiny Jurkiewiczówny.

Czwórka rodziny Jurkiewiczów, która 13 kwietnia 1940 roku była w Złoczowie, została wywieziona do Kazachstanu. W wagonie, który doczepiono do transportu jadącego na wschód, oprócz wielu złoczowian znaleźli się: Maria Jurkiewiczowa - żona piekarza, jej 12-letnia córka Janina oraz dwaj synowie - Jerzy (lat 6) i Zbigniew (9 miesięcy). Wysadzono ich w wiosce Sadczykowce nad rzeką Tobol. Marię zatrudniono jako pomocnicę murarza z zadaniem noszenia cegieł. Rodzeństwem opiekowała się 12-letnia Janina, która pracowała równocześnie przy sianokosach w stepie i w kuchni kołchozowej. Praca trwała od rana do wieczora.

Gdy ogłoszono amnestię w sierpniu 1941 roku, Jurkiewiczowie postanowili dotrzeć do armii Andersa. Dla Stalina wojna była w momencie kulminacyjnym. Trwała ewakuacja Moskwy. Mróz w Kazachstanie sięgał -40°C. Jurkiewiczowie wysiadali na wielu stacjach i w wielkich chłodzie godzinami czekali na pociągi jadące na południe Rosji. Najmłodszy z Jurkiewiczów, Zbigniew, miał 2 lata, a Jerzy - 7. Około 50 km przed Oranienburgiem pociąg stanął w zaspach. Była noc. W dali migotały światła z okien domostw. Wobec zapewnień maszynisty, że czeka na nową lokomotywę, duża grupa podróżnych poszła w kierunku wioski po jakąkolwiek żywność. W grupie tej była Maria Jurkiewiczowa. Gdy oddalili się ok. 1 kilometra od pociągu, pojazd niespodziewanie ruszył, zostawiając ich bezradnych i zrozpaczonych w zaspach. Czy przeżyli? W każdym razie 14-letnia Janina Jurkiewiczówna nigdy już matki nie zobaczyła.

Z grupą Polaków Janina dojechała z braćmi do Uzbekistanu, do Katta-Kurganu. Tam siłą wyrzucono ich z pociągu do przydworcowej herbaciarni. Trafili na prycze dla podróżnych. Z powodu głodu i brudu wybuchła epidemia tyfusu plamistego i czerwonki. Grupę złoczowian z Jurkiewiczami wysłano do miasteczka Mitan, gdzie był szpital. Tam, u schyłku 1941 roku, zmarli na dyfteryt Jerzy i Zbigniew Jurkiewiczowie. 14-letnia Janina otrzymała łopatę i kazano jej pogrzebać rodzeństwo na przyszpitalnym cmentarzyku. Wkrótce po tym pogrzebie dzikie zwierzęta rozgrzebały mogiły i pożarły zwłoki.

Janina Jurkiewiczówna, która jako jedna z nielicznych przeżyła tyfus plamisty, trafiła do kołchozu „Mołotow”. Pracowała tam przy oczyszczaniu bawełny do kwietnia 1942 roku. Wówczas to otrzymała informację o powstaniu polskiego sierocińca w Katta-Kurganie. Udała się tam wspólnie z podobnym jak ona sierotą ze Złoczowa - Januszkiem Wawrzyniakiem. Panował tam głód i straszne warunki sanitarne. Ale kierownikiem sierocińca był Polak - inż. Kazimierz Kanarowski, człowiek wyjątkowej ofiarności i poświęcenia.

W sierocińcu było 100 polskich dzieci. W sierpniu 1942 roku Kanarowski otrzymał wiadomość telegraficzną, że wczesnym rankiem następnego dnia przez Katta-Kurgan będzie przejeżdżał pociąg z wojskiem polskim kierujący się do Krasnowocka i mogą się dołączyć do tego transportu polskie sieroty. Zapanowała euforia. Przystąpiono do likwidacji sierocińca. Radość była krótka, a wizja ocalenia szybko się oddaliła, bo przed wieczorem zjawili się enkawudziści i pod rygorem aresztowania całego personelu zakazali sierotom wyjazdu. Zapanowała skrajna rozpacz i beznadzieja. Tylko Kazimierz Kanarowski, obiecując, że zastosuje się do poleceń NKWD, postanowił w konspiracji przeprowadzić młodzież do pociągu. Uśpił czujność enkawudzistów i opracował desperacki plan ucieczki z sierocińca. Chodziło o to, aby niepostrzeżenie przeprowadzić wszystkie dzieci nocą w pobliże dworca kolejowego. Dzieci podzielono na 4-5-osobowe grupki. Najmłodsze - te dwu- i trzyletnie - otrzymały na drogę kromkę chleba, aby były spokojne. Droga nasza - czytamy we wspomnieniach Janiny Jurkiewicz - z peryferii miasta do dworca prowadziła przez most dla pieszych, bardzo długi i wąski (około 2 metrów szerokości), przerzucony nad budowanym przez więźniów kanałem. Z powodu trwającej wojny roboty zostały wstrzymane. Następnie, po przekroczeniu kanału, biegła droga jakby wąwozem, utworzonym z ziemi wydobytej z kanału. Stąd do dworca kolejowego Katta-Kurgan było jeszcze około kilometra. Przebycie tej drogi wiązało się z wielkim niebezpieczeństwem, bo mogliśmy być zatrzymani przez patrol milicyjny. Inż. Kanarowski, lustrując wcześniej teren przy dworcu, jako miejsce naszej zbiórki wyznaczył plac budowy ogrodzony wysokim płotem. Niezauważony przez nikogo wyłamał w płocie kilka desek, aby nam ułatwić wejście do naszego schronienia.

Potajemna ewakuacja sierocińca trwała parę nocnych godzin. Co 15 minut wychodziła grupka dzieci z terenu sierocińca, zmierzając „ku wolności”. W tym czasie w sierocińcu było też wiele dzieci chorych, które miały być przeniesione na dworzec przez personel. W trakcie tego przenoszenia zmarł Januszek Wawrzyniak. Był bardzo wycieńczony biegunką. Czekałam na niego na dworcu, mając przy sobie jego walizeczkę ze zdjęciami rodzinnymi z Polski. Zmarł, nie doczekawszy lepszych czasów. W końcu w ciemnościach nocnych cały sierociniec w wielkiej dyscyplinie i absolutnej ciszy zebrał się na placu budowy za wysokim płotem, oczekując „pociągu zbawienia”. Inż. Kanarowski stał na czatach, aby z chwilą pojawienia się pociągu dać sygnał gwizdkiem do ruszenia dzieci w kierunku pojazdu. Mieliśmy wówczas szybko wyskoczyć zza płotu budowy i biec na peron, pokonując rachityczne, pochylone ogrodzenie. Wszystko miało się odbyć przy akompaniamencie wrzasku i okrzyków hurra!! Chodziło o wprawienie w osłupienie i zaskoczenie pracowników dworca.

Plan w pełni się udał. Nasi żołnierze, widząc rozwrzeszczaną dziatwę biegnącą w kierunku pociągu i szybko zajmującą miejsca w wagonie, przywitali nas „smakołykami” w postaci sucharków wojskowych, rzucanych nam przez okna pociągu. Przypuszczali, że okrzyki „hura!” są na ich powitanie. W tym czasie zaskoczony niespotykaną o tej porze wrzawą personel dworca wyległ na peron. Oczywiście, pociąg został zatrzymany na jakiś czas, do pojawienia się dwóch funkcjonariuszy NKWD. Nic nas już nie obchodziło. Byliśmy przecież pod opieką naszego wojska.

Doszło wówczas do ostrej rozmowy Kanarowskiego ze stróżami sowieckiego porządku. Rozmowa odbywała się na oczach polskich żołnierzy patrzących z okien pociągu. Enkawudziści musieli skapitulować. Transport ruszył w kierunku Krasnowocka, a enkawudziści w swej bezsilności obłudnie pomachali nam rękoma na pożegnanie.

Tak zakończyła się batalia o wolność i życie około 100 polskich sierot, które mocno przetrzebione wyrwały się z sowieckiego piekła. Była to główna zasługa inż. Kazimierza Kanarowskiego, który wraz z żoną - równie jak on leciwą - przebywał jeszcze jakiś czas w obozie cywilnym w Teheranie. Miał nieprzyjemności związane z jego niezaplanowaną akcją. Bardzo to przeżył i przypłacił życiem. Zmarł u schyłku 1942 roku w Teheranie i tam został pochowany. Nigdy nie dano mu satysfakcji za ten czyn uratowania stu polskich sierot. Nie wyróżniono go żadnym odznaczeniem ani nawet prostym listem pochwalnym, a ryzykował wówczas nie tylko swoim życiem, ale i swojej żony.

Ten transport z Kisłowcka do portu Pahlevi był ostatni. Potem granica została zamknięta i rozpoczęły się represje w stosunku do Polaków ze strony władz sowieckich. Jeśli chodzi o dzieci z sierocińca w Katta-Kurganie, to już w Pahlevi zostały rozproszone i różnymi transportami trafiły do Teheranu. Stamtąd rozwieziono je w różnych kierunkach. Starsze wyjechały do junaków do Palestyny, część do Południowej Afryki, Indii, niektóre do Isfahanu (Środkowy Iran), wśród których była również Janina Jurkiewiczówna. Przebywała tam od początku 1943 roku do września 1945, to jest do likwidacji obozu dla sierot polskich w Isfahanie i przetransportowania ich do Libanu.

Isfahan leży na rozległej wyżynie u stóp gór Zagros. Była to dawna stolica Persji, drugie miasto po Teheranie, znane z dużej klasy zabytkowych meczetów. Był to jeden z głównych centrów przemysłowych, znany zwłaszcza z wyrobu dywanów perskich. W 1942 roku w Isfahanie utworzono 20 sierocińców polskich dla dziewcząt i chłopców wywiezionych z ZSRR. Przebywało w nich około 3 tysięcy polskich sierot. Finansowo wspierały je polski rząd emigracyjny, ambasada angielska w Teheranie i Watykan. Przebywały tam dzieci, które przeszły przez sowieckie piekło, o trudnych do wyobrażenia doświadczeniach.

W 1987 roku Koło Wychowanków Szkół Polskich w Isfahanie i Libanie wydało obszerny tom wspomnień wychowanków sierocińców pt. „Isfahan miasto dzieci polskich”. Jest tam znakomita dokumentacja o tym swoistym fenomenie nie tylko uratowania tysięcy polskich sierot, ale też ich wykształcenia i przysposobienia do godziwego życia.

Janina Jurkiewiczówna uczęszczała tam do szkoły powszechnej dla dziewcząt. Ukończyła dwie klasy gimnazjum oraz kurs drużynowych, prowadzony przez instruktorów sprowadzonych z Włoch. Był wśród nich późniejszy kapelan rodzin katyńskich i Sybiraków ks. Zdzisław Peszkowski. W 1944 roku Janinę Jurkiewiczównę odnalazł w Isfahanie dzięki pomocy Czerwonego Krzyża jej stryj Stanisław Jurkiewicz, ówczesny delegat ministra pracy i opieki społecznej rządu londyńskiego w Bernie.

Janina Jurkiewiczówna przebywała w Isfahanie do września 1945 roku, skąd przewieziono ją do Libanu pociągiem przez Basrę, Bagdad, Damaszek do Bejrutu. Po roku dzięki staraniom stryja Stanisława, odprawiona statkiem do Marsylii, a następnie pociągiem do Genewy, gdzie mieszkało jej stryjostwo. W grudniu 1946 roku opuściła Szwajcarię i wyjechała do Warszawy. Jej ojciec nie zdecydował się na powrót do kraju. Po kilku miesiącach zamieszkała w Zakopanem, gdzie zdała egzamin dojrzałości i podjęła naukę w Liceum Hotelarskim w Warszawie. Do roku 1952 pracowała w Sanatorium Akademickim w Zakopanem. Po studiach w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Częstochowie i uzyskaniu w 1956 roku tytułu inżyniera technologa żywienia została asystentką do spraw żywienia w sanatoriach przeciwgruźliczych. W 1958 roku wyszła za mąż za inż. budowy okrętów Tomasza Goebela, oficera w stoczni marynarki wojennej w Gdyni, i od tej pory związała się na trwałe z polskim Wybrzeżem. Została wykładowczynią w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni. Sprowadziła też z Londynu do Gdyni swego już wówczas ponadosiemdziesięcioletniego ojca Józefa Jurkiewicza, złoczowskiego i londyńskiego piekarza.

Barwne wspomnienia Janiny z Jurkiewiczów Goebel opublikował w roku 1999 w Londynie Zbigniew Siemaszko - wydawca dokumentacyjnej książki pt. „Świadkowie przeżyć sowieckich lat 1939-1946”. W tym samym mniej więcej czasie Jagna Wright - córka złoczowianki Izabeli Raph, londyńska dziennikarka, zrealizowała na podstawie wspomnień Janiny Jurkiewicz-Goebel film pt. „The forgotten Odyssey” (Zapomniana Odyseja).

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.