Moje Kresy. Prominentni mieszkańcy Międzyrzeca Koreckiego

Czytaj dalej
Fot. Archiwum (o)
Stanisław S. Nicieja

Moje Kresy. Prominentni mieszkańcy Międzyrzeca Koreckiego

Stanisław S. Nicieja

Na podstawie archiwum, skrupulatnych notatek i relacji mieszkańca Brzegu Juliana Jamroza udało się ustalić nazwiska wielu mieszkańców Międzyrzeca Koreckiego, których w większości pokryła mgła zapomnienia. Dziś nawet ta miejscowość nosi inną, ukraińską nazwę – Wełyki Meżyriczi.

Ponieważ celem tej serii artykułów, podobnie jak całej „Kresowej Atlantydy”, jest wydobycie z niepamięci tamtego świata i tamtych ludzi, przywołajmy te postacie, po których zachowały się jakieś wspo­mnienia i relacje świadków.

Restauratorzy Witkowski i Arendt

Właścicielem największej restauracji w Międzyrzecu Koreckim był Bolesław Witkowski (1892-1965), który miał w swym życiorysie działalność w polskim kontrwywiadzie. Prowadził swoją restaurację z dużym rozmachem: z szeroką ofertą zarówno gastronomiczną, jak i wyszynkiem trunkowym. Gościł u siebie dawnych swoich kolegów, częstokroć wysokich rangą oficerów. Z racji bliskości granicy z Sowietami teren ten był – czemu nie należy się dziwić – mocno kontrolowany przez polski kontrwywiad.

Gdy tylko do Międzyrzeca 17 września 1939 roku weszli bolszewicy, wykazał się dużą roztropnością. Wiedząc, że może być odnotowany na listach sowieckiego wywiadu, ukrył się w okolicach Ludwipola, a później w Nie­wirkowie. To uratowało mu życie, gdyż na pewno skończyłby w Katyniu bądź w Bykowni. Przeżył wojnę i trafił na Śląsk. Przez pewien czas mieszkał w Opolu.
Ponieważ jego rodzina nie spodziewała się aresztowania przez Sowietów, pozostała w Międzyrzecu i poniosła tego konsekwencje. Pierwszym transportem wywieziono ją na Sybir. Losy Witkowskich były podobne jak setek tysięcy polskich sybiraków. Musieli pod kołem biegunowym wykonywać katorżniczą pracę.

Po podpisaniu porozumienia polsko-sowieckiego przez gen. Władysława Sikorskiego najstarszy syn międzyrzeckiego restauratora, Stefan (1923-1972), został żołnierzem gen. Andersa i z tą armią przeszedł cały szlak, walcząc m.in. pod Monte Cassino. Do Polski już nie wrócił. Zmarł na uchodźstwie w Szkocji. Jego młodszy brat, Kazimierz (1928-1991), osiadł po wojnie w Opolu, gdzie przez wiele lat pracował w Zakładzie Energetycznym. Spoczywa na cmentarzu na Półwsi. Jego najmłodszy brat, Stanisław (1935-1972), zamieszkał po wojnie w Wambierzycach na Dolnym Śląsku. Zginął tragicznie pod Radkowem w wypadku na motocyklu. Wpadł na stojącą nieoświetloną furmankę z pniami drewna.

Jedyna córka Bolesława Witkowskiego, Halina Witkowska, po wojnie osiadła w Opolu przy rodzinie ogrodników Bokackich. W naszym mieście ukończyła liceum hotelarskie. Opole opuściła w 1952 roku po zawarciu związku małżeńskiego i mieszka do dziś we Wrocławiu, gdzie przez lata była księgową w urzędzie wojewódzkim. Witkowscy byli jedną z najbardziej prominentnych rodzin w Międzyrzecu Koreckim.

Warto w tym miejscu dodać, że w Mię­dzyrzecu Koreckim była jeszcze jedna restauracja, której właścicielem był Niemiec – Arnold Arendt, postać bardzo szlachetna. Gdy Wołyń zajęli hitlerowcy, nie wykorzystał swej przynależności do narodu III Rzeszy. Nie zerwał swych przyjacielskich relacji z polskimi sąsiadami, a nawet – wykorzystując swój autorytet – potrafił ich osłaniać i chronić w sytuacjach niebezpiecznych. Arendt był człowiekiem niezwykle przedsiębiorczym, pomysłowym i ciągłym eksperymentatorem.

Oprócz restauracji posiadał młyn wodny i masarnię. W młynie zainstalował absolutną nowość w tamtych czasach na Wołyniu – generator prądotwórczy sprzężony z maszyną parową. To dzięki temu urządzeniu oświetlany był kościół pw. św. Antoniego w Międzyrzecu Koreckim. Po raz pierwszy żarówki elektryczne zapłonęły w tej świątyni 6 lutego 1938 roku w czasie ślubu Elżbiety Starek i Stanisława Bokackiego – dziadków Elżbiety Wilk, właścicielki kwiaciarni w Ozimku, o czym pisałem w jednym z poprzednich odcinków.

Chmurkowscy

Drugą powszechnie znaną w Międzyrzecu Koreckim polską rodziną byli Chmurkowscy. Wyróżniał się wśród nich senior rodu, mężczyzna o potężnej, masywnej sylwetce – Tomasz Chmurkowski (1885-1966), który do 17 września 1939 był naczelnikiem poczty w tym miasteczku i wielce wpływową postacią tamtejszej społeczności. Jego żona, Marta Chmurkowska (1901-1986), była aktywną działaczką Akcji Katolickiej. Wszędzie było jej pełno. Na zachowanych zdjęciach widać ją zawsze w centrum, otoczoną wiankiem współpracowniczek.

Tomasz Chmurkowski pochodził z okolic Kamieńca Podolskiego. Nim trafił do Mię­dzyrzeca, kierował urzędami pocztowymi w Szumsku, Zdołbunowie i Równem na Wołyniu. Po wojnie osiadł we Wrocławiu i do emerytury był naczelnikiem poczty na wrocławskim dworcu głównym. Jego córką była zmarła przed rokiem we Wrocławiu Jadwiga Chmurkowska, której udało się przywieźć z Wołynia plik fotografii i dokumentów, będących dziś znakomitym źródłem obrazującym polskie życie w Międzyrzecu Koreckim. Gdyby te fotografie zaginęły gdzieś w czasie transportu, jak to się stało w setkach innych przypadków, nie byłoby dziś możliwe odtworzenie wizerunków wielu dawnych mieszkańców tego miasteczka oraz wielu aspektów życia tamtejszej polskiej społeczności.

Tomasz Chmurkowski był spokrewniony z rodziną znanego aktora i reżysera teatralnego oraz filmowego Feliksa Chmurkowskiego (1896-1971), występującego przed wojną m.in. w Teatrze na Pohulance w Wilnie oraz w Teatrze Miejskim w Grodnie, któremu popularność przyniosły przedwojenne filmy m.in. „Antek Policmajster” i „Jaśnie pan szofer”, a po wojnie zdobył sympatię widzów szczególnie dwoma filmami: „Cafe pod Minogą” – według prozy Stefana Wiecheckiego-Wiecha (w którym zagrał restauratora Aniołka), a później w filmie Janusza Morgensterna „Dwa żebra Adama” – według prozy Józefa Hena.

Rektor Seminarium Duchownego w Nysie

Z Międzyrzecem Koreckim związana jest też biografia urodzonego w Uściługu na Wołyniu, absolwenta Seminarium Duchownego w Łucku ks. Kazimierza Gaworskiego (1911-1993), który w czasie wojny pracował jako proboszcz w parafii w Niewirkowie i w Mię­dzyrzecu. Tam też przeżył tragiczne chwile, będąc o krok od śmierci, gdy latem 1943 roku został otoczony przez banderowców w pobliskim zagajniku, skąd udało mu się szczęśliwie zbiec.

Po wojnie osiadł na Śląsku Opolskim – początkowo w Popielowie, później w Opolu, a wreszcie w Nysie, gdzie w październiku 1958 roku, po nagłej śmierci ks. Jana Tomaszewskiego (1906-1958) – również Kresowianina, z Horodenki, został drugim rektorem Wyższego Seminarium Duchownego Śląska Opolskiego. Pełnił tę funkcję 13 lat w trudnym okresie – ostrego konfliktu kościół-państwo, kiedy to alumnów zmuszano do odbywania obowiązkowej służby wojskowej. Ks. Gaworski wykazywał się wówczas dużymi zdolnościami dyplomatycznymi i mimo licznych kontroli państwowych różnych czynników w seminarium wychodził z trudnych sytuacji obronną ręką.

A były to lata, gdy seminarium nyskie kończyło rocznie około 150 kapłanów. Za swoją pracę duszpasterską i organizacyjną ks. Gaworski otrzymał godność szambelana Jego Świątobliwości Papieża, a po złożeniu urzędu rektorskiego był konsultantem diecezjalnym i proboszczem jednej z parafii w Opolu. Spoczywa na cmentarzu Jerozolimskim w Nysie obok swego starszego kolegi rektora ks. Jana Tomaszewskiego.

W życiu społeczności Międzyrzecza ważną rolę odegrali też dwaj księża, Jan Pająk – proboszcz – i Błażej Wolanin – wikary.

Ukraińcy i Żydzi międzyrzeccy

Fotografem w Międzyrzecu był Ukrainiec Iwan Kalistrat. W jego zakładzie wykonywano tysiące fotografii przy różnych rodzinnych uroczystościach. Ale w czasie wojny ten pogodny i życzliwy fotograf stał się aktywnym członkiem UPA. Zaczął denuncjować Żydów, a później Polaków. Miał nawet z polecenia swej organizacji wykonać wyrok na rodzinie Jamrozów. Nadgorliwie wysługiwał się Niemcom i zginął z ich rąk zastrzelony przez schutzmana, gdy znaleziono przy nim karabin maszynowy, na który nie miał pozwolenia.

Kierownikiem szkoły w Międzyrzecu Koreckim był Witold Nowak, który w 1934 roku został zamordowany na polu koło Charaługi przez swego ukraińskiego ucznia Filemona Fedko. Zbrodnia ta wstrząsnęła miasteczkiem, gdyż zabójstwa tego dopuścił się wspólnie ze swym ojcem uczeń siódmej klasy za to, że z powodu złych wyników w nauce nie otrzymał promocji. Fedkowie zostali skazani na wieloletnie więzienie. Karę odbywali w Równem, ale po wejściu Sowietów odzyskali wolność. I wtedy mścili się na Polakach. W 1943 roku, w lipcu, swemu sąsiadowi Marianowi Bagińskiemu wycięli na piersi orła: umierał w mękach przez tydzień. Fedko własnoręcznie zamordował również Naftułę – żydowskiego sklepikarza i jego żonę.

Po Witoldzie Nowaku kierownikiem szkoły został Jan Fedoryszyn, który również zginął z rąk banderowców. Jego pogrzeb w 1943 roku był wielką manifestacją żałoby. Uczestniczył w nim prawie cały Międzyrzec. Razem z Fedoryszynem miał zostać zabity pracownik suszarni chmielu w majątku Lipki, któremu udało się zbiec i wskazał miejsce, w którym leżały zmasakrowane zwłoki kierownika szkoły.

Julian Jamróz w swoim raptularzu zanotował też nazwiska innych, zapomnianych dziś doszczętnie mieszkańców Międzyrzeca Koreckiego. Są wśród nich: Michał Starczewski – naczelnik straży pożarnej, Antoni Lewandowski – organista w kościele, Michał Żygadło – kościelny (jego rodzina po wojnie osiadła w Opolu), Józef Żaklicki – kierownik Kasy Stefczyka, Władysław Szołkajtis – Litwin, właściciel dużej apteki. W czasie okupacji sowieckiej w piwnicy tej apteki był areszt, w którym zabito m.in. majora Wacława Kryńskiego – dowódcę KOP w pobliskim Niewirkowie.

Gdy go aresztowano, dał słowo honoru komendantowi NKWD, że wróci do więzienia, gdy tylko pozwolą mu wywieźć żonę – dentystkę do Generalnej Guberni (czyli pod okupację niemiecką), gdyż z pochodzenia była Niemką. Enkawudzista zaryzykował i przyjął tę propozycję, a major Kryński wywiązał się z obietnicy. Wrócił do Międzyrzeca, mimo że wiedział czym się dla niego to skończy. Otrzymał strzał w tył głowy w piwnicy apteki.

Przy ulicy Mickiewicza była duża kuźnia Gaby Moszko, którego zięć, Berek Don, okazał się w czasie okupacji sowieckiej jednym z najbardziej gorliwych aktywistów komunistycznych w Międzyrzecu. Wysługiwał się okupantom: denuncjował ukrywających się żołnierzy polskich. W dniu, w którym Armia Czerwona wkroczyła do Międzyrzeca, zapisał się niechlubnie swoim okrzykiem na głównym placu miejskim do oszołomionych sytuacją swoich sąsiadów-Polaków: „Skończyła się wasza zasr... Polska”. Berek Don miał szczęście, przeżył okupację hitlerowską, nie zginął podczas likwidacji getta. Po wojnie Julian Jamróz spotkał go we Wrocławiu. Nosił wówczas polskie nazwisko Kazimierz Witaszewski i był aktywnym działaczem partyjnym.

Lekarzami pałacowymi i miejskimi w Międzyrzecu byli Henryk Nanowski (Nanoski) i Horochowicz (Ukrainiec ożeniony z Niemką). Majątkiem hrabiów Steckich – liczącym 10 tysięcy hektarów – zarządzał Bronisław Martynowicz, a boną w pałacu była Zofia Zubowa.

Maziarzowie z Aleksandrówki

Z Aleksandrówką – wioską na Wołyniu – związana jest rodzina Maziarzów. Z rodziny tej wywodzi się opolski historyk dr Antoni Maziarz, były wicedyrektor Instytutu Historii, a obecnie prodziekan Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Opolskiego. Nazwisko wskazuje, iż nim Maziarzowie osiedli na Wołyniu, któryś z ich przodków przybył tam z Galicji – maziarzami bowiem nazywano przewoźników i handlarzy mazią (smarami i naftą) wydobywaną z roponośnych okolic Krosna, Borysławia czy Schodnicy. Legendarnym maziarzem był jeden z bohaterów powieści „Zaklęty dwór” (1861) Walerego Łozińskiego. Literacki maziarz, krążąc swoim wozem z beczką mazi po okolicznych wioskach, podobnie jak ksiądz Robak w „Panu Tadeuszu”, splatał nici konspiracji antyzaborczej w 1846 roku.

Nestorzy wołyńskich Maziarzów – Antoni (1897-1970) i Stanisława (1907-2007) – byli w Aleksandrówce właścicielami domu otoczonego półhektarowym ogrodem i sadem owocowym. Antoni Maziarz był człowiekiem wielu zdolności i zawodów. Prowadził jedyny w Aleksandrówce sklep, w którym sprzedawano wszystko: sól, mydło i powidło, a nawet pomarańcze, szproty wędzone i chałwę. Wyrabiał wiadra i budował ule, był szewcem i bednarzem, handlował nierogacizną. O jego różnorakich zdolnościach świadczy fakt, że gdy w pobliżu Wiślicy (do której rodzina trafiła w 1944 roku) rozbił się niemiecki samolot, Antoni ze swym synem Tadeuszem wyrabiali z tego lotniczego złomu aluminiowe łyżki i widelce. Źródłem ich utrzymania było wówczas także mydło, wytwarzane chałupniczym sposobem z przetopionego łoju, sody kaustycznej i żywicy.

W przedwojennej Aleksandrówce Antoni Maziarz wyrósł na lidera polskiej społeczności. Jako jedyny we wsi posiadał patefon i radio na kryształki ze słuchawkami, prenumerował „Rycerza Niepokalanej”, był więc dla mieszkańców wioski źródłem informacji o tym, co dzieje się w „wielkim świecie”. Według wspomnień syna Antoniego – Tadeusza Maziarza (rocznik 1933), zróżnicowana narodowościowo społeczność Aleksandrówki nie była skonfliktowana: wspólnie obchodzili święta i brali udział w różnorakich świeckich uroczystościach i obrzędach. Wybuch II wojny światowej i zajęcie tej części Wołynia przez Rosjan a później Niemców zaburzyły relacje między ludźmi. Szczególny ostracyzm w pierwszej fazie wojny spotkał Polaków. W 1940 roku Rosjanie wywieźli na stepy kazachskie tę część rodzin, którą uznano za „kułacką” – przejawem ich bogactwa był „srebrny dach na domu” (czyli budynek pokryty blachą cynkową, co uznano za dowód nadmiernego zbytku).

Tadeusz Maziarz w swych wspomnieniach mocno akcentuje, że nie można utożsamiać wszystkich Ukraińców z banderowcami. Przytacza dowody, że nawet w apogeum rzezi wołyńskiej (lato – jesień 1943) wielu Ukraińców ratowało swoich polskich sąsiadów, ostrzegało o grożących im napadach, ukrywało Polaków i niejednokrotnie płaciło za to życiem.

Najlepszym kolegą w Aleksandrówce Tadeusza Maziarza był Ukrainiec Hrysza Moczybroda – ofiarny i solidarny z Polakami, choć nie wszyscy z jego rodziny zachowywali się tak samo. Przez rodziny przebiegał podział. Matka Hryszy – Olga Moczybroda – chodziła „rizaty Lachiw”. Widziano ją, jak mordowała Polaków i podpalała ich domy. AK wydała na nią wyrok: została zastrzelona na polu, gdzie poszła kopać ziemniaki.

Sympatyzowanie Ukraińców z Polakami było dla nich niebezpieczne. Według ustaleń Ewy i Władysława Siemaszków co najmniej 350 Ukraińców zostało zamordowanych przez banderowców za ukrywanie Polaków. W swojej „Kresowej księdze Sprawiedliwych” Romuald Niedziałko podał nazwiska około 1300 Ukraińców, którzy okazali pomoc swoim polskim sąsiadom w czasie czystek etnicznych na Wołyniu. Nie ma tam nikogo z Aleksandrówki. Sądzę, że do listy Romualda Niedziałki należy dopisać Hryszę Moczybrodę – syna Olgi, bo zasługuje na pamięć i szacunek.

Po tragedii w Kisielinie i spaleniu tam 11 lipca 1943 roku kościoła z zamkniętymi w tej świątyni Polakami, wśród których była Czesława Bajor z Aleksandrówki, Maziarzowie postanowili uciekać na zachód. Do Włodzimierza Wołyńskiego ruszyło 40 wozów. Na jednym z nich jechali Antoni i Stanisława Maziarzowie oraz ich ośmioro dzieci – pięć córek: Genowefa (najstarsza, trzynastoletnia), Zofia, Adolfina, Leokadia i Felicyta oraz trzech synów: Tadeusz, Józef i Władysław (który liczył wówczas kilka tygodni).

Władysław Filar tak opisuje sytuację we Włodzimierzu Wołyńskim po 11 lipca 1943 roku: Miasto przepełnione było uciekinierami, którym udało się uniknąć tortur i śmierci z rąk banderowców. Place i ulice pełne były zrozpaczonej ludności. Szpitale przepełnione rannymi. Brak odzieży i głód zagrażał tym nieszczęśliwcom. Miasto było poważnie zagrożone atakami UPA wobec szczupłej załogi niemieckiej. Nocami łuny wywoływały grozę i popłoch.

W tym czasie Niemcy w pośpiechu likwidowali włodzimierskie getto. Ten fakt głęboko zapadł w pamięci dziesięcioletniego wówczas Tadeusza Maziarza. Żydów rozstrzeliwano z broni maszynowej i zakopywano za miastem w przygotowanych wcześniej dołach.

Po kilku tygodniach Mazia­rzowie przekroczyli Bug i dotarli do Zamościa. Stamtąd Niemcy wywieźli ich do obozu pracy przy ulicy Krochmalnej w Lublinie. Rodziców przetrzymywano z dziećmi. Przez ten obóz przeszło w sumie około 60 tysięcy osób. Większość wywożono na roboty przymusowe do Niemiec.

U schyłku marca 1944 roku Maziarzów załadowano do wagonów i wysłano w kierunku Krakowa. Jechali przez Pińczów i Jędrzejów. Przez pewien czas przebywali w Wiślicy. Ostatecznie osiedli po wojnie w Trzebnicy na Dolnym Śląsku, gdzie Tadeusz Maziarz był przez lata listonoszem. Jego synem jest dr Antoni Jan Maziarz (rocznik 1972) – historyk, który – opierając się na dokumentach rodzinnych i pamięci ojca, Tadeusza Maziarza – napisał studium o historii swojej rodziny pt. „Gniazdo. Maziarzowie: z Wołynia na Dolny Śląsk” (Opole 2015). Wpisał się tym samym na listę strażników pamięci o polskich Kresach.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.