Stanisław S. Nicieja

Moje Kresy. Miłośnicy Krzemieńca

Maria Danilewicz-Zielińska, po osiedleniu się w Portugalii, w pobliżu Lizbony, nazywana „Latarnikiem w Feijó”. Fot. Fot. Ludomir Danilewicz, ze zb. autora Maria Danilewicz-Zielińska, po osiedleniu się w Portugalii, w pobliżu Lizbony, nazywana „Latarnikiem w Feijó”.
Stanisław S. Nicieja

Urokowi Krzemieńca i jego niezwykłemu położeniu uległo wielu Polaków: artystów, uczonych, polityków. Pochodzili z różnych stron, uprawiali różne dziedziny twórczości, ale Krzemieniec był dla nich wielką inspiracją.

Krzemieńczanka honoris causa

W scenerię artystycznego Krzemieńca znakomicie wpisała się Maria Danilewicz-Zielińska (1907-2003) - pisarka i eseistka, która po wojnie na uchodźstwie w Anglii położyła wybitne zasługi jako twórczyni Biblioteki Polskiej w Londynie. Kierowała nią ponad trzydzieści lat, tworząc jedną z największych książnic polskich na emigracji. Korzystali z niej przez dziesięciolecia i nadal korzystają wybitni pisarze emigracyjni, intelektualiści i szerokie rzesze Polonii.

Stefania Kossowska - lwowianka, mistrzyni w kreśleniu portretów psychologicznych swych przyjaciół - już w połowie lat 50. XX wieku z właściwą sobie przenikliwością stwierdziła, iż Maria Danilewicz-Zielińska to w polskiej diasporze kobieta instytucja. Jej nazwisko stało się synonimem kojarzonym nieomylnie z książką polską na obczyźnie. Jeśli ktoś w Londynie - pisała Kossowska w swej „Galerii przodków” - chce znaleźć książkę, której tytułu i autora zapomniał; jeśli ktoś inny chce dowiedzieć się, jaki jest dokładny tytuł broszury o Mickiewiczu wydanej po angielsku przed pół wiekiem w Ameryce; a kto inny musi zaraz sprawdzić, czy ten cytat jest z Norwida, a jeśli tak, to skąd, a jeśli nie, to czyj; a jeszcze inny szuka artykułu w prasie krajowej, tylko nie wie, w którym piśmie, na to jest tylko jeden sposób: „Pani Danilewicz będzie wiedziała”, „Najlepiej zadzwonić do Pani Danilewicz”.

I ta rada była zawsze skuteczna. Nie była to zdawkowa pochwała erudycji i ludzkiej uczynności twórczyni Biblioteki Polskiej w Londynie, ale cienka kreska w portrecie, która pociągnięta właśnie w tym miejscu mówi tak wiele o wnętrzu portretowanego.

Sam Julian Tuwim doświadczył niegdyś boleśnie wielkiej erudycji Danilewicz-Zielińskiej. W jakimś archiwum natrafił na dziewiętnastowieczny rękopis wiersza podpisanego inicjałami A.M. i natychmiast ogłosił w „Wiadomościach Literackich”, że odkrył nieznany wiersz Adama Mickiewicza. Był z tego powodu wyjątkowo dumny. A tu zaskoczenie, bo po tygodniu wpłynął do redakcji list mało znanej jeszcze wówczas adeptki polonistyki, która stwierdziła, że jest to wiersz Adama Goreckiego - i miała rację.

Często dziedziczy się urodę, a rzadziej talenty. Maria Danilewicz-Zielińska skłonność encyklopedysty i zdolności literackie mogła dziedziczyć po swych przodkach (i to zarówno ze strony matki, jak i ojca): Zygmuncie Glogerze, folkloryście, archeologu, twórcy Encyklopedii staropolskiej; Wincentym Korotyńskim, poecie, krytyku literackim, oraz Maksymilianie Jakubowiczu, profesorze Liceum Krzemienieckiego. Od najmłodszych lat wyrastała w domu pełnym książek.

Właściwie przypadek zrządził, że urodziła się na Kujawach. W 1907 roku ojciec jej - Wilhelm Markowski, świeżo po ukończeniu studiów farmaceutycznych w Moskwie, wydzierżawił aptekę w Aleksandrowie Kujawskim i tam właśnie tego roku urodziła się Maria. Po ukończeniu gimnazjum we Włocławku studiowała w Warszawie. Za namową prof. Józefa Ujejskiego podjęła pracę nad biografią Tymona Zaborowskiego - ucznia Liceum Krzemienieckiego, nieszczęśliwego podolskiego poety (zwanego „wieszczem Miodoboru”), który skończył życie samobójstwem, topiąc się w Zbruczu.

Praca nad biografią Zaborowskiego zawiodła Marię Danilewicz-Zielińską na Kresy i wówczas uległa fascynacji tamtejszymi krajobrazami. W 1927 roku wyszła za mąż za Ludomira Danilewicza - radiotelegrafistę i fotografika, który wykonał setki znakomitych zdjęć, podróżując z żoną po całej Europie. Wspólne wakacyjne wędrówki oraz zainteresowania zawiodły Danilewiczów początkowo na Podole, a później na Wołyń. Po ukończeniu biografii Zaborowskiego Danilewiczowa pracowała nad edycją jego pism i pojechała wspólnie z mężem do Liczkowiec nad Zbruczem (gdzie utopił się Zaborowski), a później do Trembowli - tak mocno związanej z jego twórczością. W drodze powrotnej Danilewiczowie zatrzymali się w Krzemieńcu i wówczas narodziła się fascynacja Marii miastem Słowackiego, co zaowocowało m.in. rozprawą doktorską pt. „Życie naukowe dawnego Liceum Krzemienieckiego”, a później świetnym esejem „Ateny Wołyńskie. Dawne Liceum Krzemienieckie”.

W latach 1929-1939 bywała w Krzemieńcu co najmniej dwa razy w roku i organizowała stamtąd wycieczki do Poczajowa, Łucka, Ostroga i do rozrzuconych po Wołyniu majątków Liceum Krzemienieckiego. Z bliska obserwowała entuzjastów Wołynia, takich jak wojewoda Henryk Józewski i minister Juliusz Poniatowski. Owładnięta urokiem tych miejsc znalazła się w gronie organizatorów Instytutu Wołyńskiego. Wówczas to prof. Stanisław Pigoń nazwał ją „doktorem honoris causa Krzemieńca”. Gdy tam przyjeżdżała, mieszkała zazwyczaj u państwa Maczków. Franciszek Maczek był nauczycielem geografii w Liceum Krzemienieckim.

Ulubionym miejscem Danilewicz-Zielińskiej w Krzemieńcu była znajdująca się w kamieniczce przy zabudowaniach licealnych cukiernia Dionizego Turka. W jednym ze swych opowiadań pt. „Maj w Krzemieńcu” pisała z atencją i nostalgią o smakowitych „Turkowych wypiekach” - lukrowanych rogalikach i nadziewanych bakaliami pierożkach. Pracowała w tym czasie w Bibliotece Narodowej w Warszawie, umacniając swą pozycję zawodową.

Wybuch II wojny światowej zrujnował jej warsztat pracy i zniszczył z trudem osiągniętą stabilizację materialną. 7 września 1939 roku rozpoczęła z mężem swą wojenną odyseję. Ludomir Danilewicz, związany z produkcją maszyn szyfrowych („Enigma”), otrzymał od władz wojskowych rozkaz wycofania się na Wołyń. Zabrał ze sobą żonę, która niepokoiła się o los eksponatów znajdujących się na przygotowywanej przez nią wspólnie z bibliofilem Janem Michalskim i młodziutką wówczas plastyczką Haliną Centkiewiczówną wystawie w Krzemieńcu w związku z uroczystościami rocznicowymi na cześć Słowackiego. Wystawa miała mieć imponujący rozmach: zgromadzono tam najważniejsze autografy poety - m.in. rękopis „Balladyny”, listy do matki, wczesne wiersze - a także cenne teatralia ze zbiorów Ireny Solskiej i Juliusza Osterwy oraz liczne afisze i fotosy z przedstawień.

Wystawa była gotowa już w maju 1939 roku, ale jej oficjalne otwarcie zaplanowano na 4 września, w 130. rocznicę urodzin poety, i przewidywano, że zainauguruje ją wykład prof. Juliusza Kleinera na temat „Słowackiego czar i potęga”. Wybuch wojny przekreślił wszystkie plany.

Danilewiczowie dotarli do Krzemieńca tuż przed tragicznym niemieckim nalotem i spotkali tam wiele osób, w tym Wiktora Weintrauba - później profesora na Uniwersytecie Harvarda. Bombardowanie miasta pochłonęło dziesiątki istnień ludzkich i obróciło w perzynę wiele domów. Wystawa na szczęście ocalała. Po latach w wywiadzie z Włodzimierzem Paźniewskim Danilewiczowa wspominała: Z tragicznych dni, kiedy wypadło mi likwidować wystawę Słowackiego w Krzemieńcu, zostało mi wspomnienie, jak jednymi drzwiami wynosiliśmy eksponaty, a drugimi wnoszono już walizki i łóżka polowe dla urzędników MSZ, którzy, uciekając z Warszawy, dotarli do Krzemieńca. Jakiś urząd kwaterunkowy rozmieszczał ich w różnych miejscach, od plebanii zaczynając, a na szkolnym internacie kończąc. Dotyczyło to personelu MSZ, bo za rządem ciągnął korpus dyplomatyczny. Krzyżowanie się tych łóżek z wynoszonymi eksponatami robiło makabryczne wrażenie. Pamiętam taką scenę: jakaś radczyni z MSZ poganiała mnie: „Prędzej! Proszę się tutaj mi odsunąć z tymi książkami, ja tutaj muszę postawić walizki!”. Przeżyłam nieprzyjemny moment. W Krzemieńcu zaskoczył nas potężny nalot niemiecki. Bomby posypały się na uliczkę zabudowaną drewnianymi dworkami. Przebywałam wówczas w prowizorycznym lokalu jednego z nauczycieli. Gospodyni w panice kazała nam wybiec do ogrodu. Trzymając na rękach jej małego synka, wybiegłam i na nierówności przewróciłam się i bardzo potłukłam. Uszkodziłam sobie jakiś krąg i kilka dni męczył mnie straszliwy ból.

Po zabezpieczeniu eksponatów z wystawy Słowackiego Danilewiczowie ruszyli w kierunku granicy polsko-rumuńskiej w Kutach.

Latarnik z Feijó

Maria Danilewicz-Zielińska miała dwóch mężów, z których każdy był renesansową indywidualnością i zapisał piękną kartę w dziejach polskiej diaspory. Wielu jej przyjaciół należało do elity polskiej kultury. W Londynie - na Wembley, a później w Portugalii - w miasteczku Feijó nad Tagiem przez dziesięciolecia prowadziła otwarty dom, w którym ciągle bywał ktoś z artystów, dziennikarzy, muzyków czy kolekcjonerów.

Miałem zaszczyt korespondować z Marią Danilewicz-Zielińską i z pietyzmem przechowuję jej listy; zwłaszcza ten ostatni, z 12 stycznia 1996 roku, w którym pisała: Znając Pana energię i wyczuwając życzliwość dla mnie, zwracam się z zapytaniem, czy nie widziałby Pan możliwości wydania zbioru moich opowiadań kujawskich w takiej samej formie i ujęciu redakcyjnym, jak to Pan uczynił wspólnie z małżonką Haliną przy wydaniu opowiadań Ireny Bączkowskiej pt. „Krajobrazy i ludzie”. Niestety, nie zrealizowałem tego zadania. Na przeszkodzie stanęła choroba pani Marii.

U schyłku życia Maria Danilewicz-Zielińska mieszkała w pięknym, otulonym ogrodem domu w Feijó w Portugalii, nazywanym Domem pod Granatowcem. Gdy zmarła w 2003 roku, napisano, że „zgasła nad Atlantykiem jasno świecąca latarnia polskiej kultury”, nazywano bowiem Marię Danilewicz-Zielińską u schyłku jej życia Latarnikiem z Feijó. Taki też nosi tytuł mój esej biograficzny o Marii Danilewicz-Zielińskiej opublikowany w „Więzi” w marcu 1993 roku. Tam też oprócz przywołanego wyżej wątku krzemienieckiego ukazałem przestrzenie jej wręcz renesansowej działalności i twórczości.

Jan Skłodowski - fotografią i piórem

Do licznej grupy artystów zafascynowanych Krzemieńcem należy niewątpliwie dr Jan Skłodowski (rocznik 1950) - historyk sztuki, fotografik, poeta i podróżnik. Swoje pasje, które określiły rytm jego artystycznego życia wypełnionego dziesiątkami wypraw, odziedziczył po ojcu - Danielu Skłodowskim (1916-2003), wyrosłym w kulcie legionistów gen. Hallera i ich czynów militarnych na Huculszczyźnie: pod Rafajłową, Mołotkowem i na Przełęczy Legionów.

Jan Skłodowski dogłębnie poznał historię walk II Brygady Legionów i gdy w 1991 roku powstała niepodległa Ukraina i można było tam jechać, wielokrotnie przemierzył szlak bitewny hallerczyków w Karpatach Wschodnich. Napisał na ten temat wiele wierszy i artykułów opublikowanych w różnych pismach oraz monografię „Rzeczpospolita Rafajłowska”. Na renowację tamtejszych cmentarzy wojennych gromadził fundusze, nadzorował prace remontowe, organizował uroczystości patriotyczne i konferencje naukowe. Wówczas też uległ urokowi kultury huculskiej, co zaowocowało jego artystycznymi albumami i wystawami na temat Huculszczyzny.

Tak zaczął się pierwszy etap fascynacji Skłodowskiego historią kultury Kresów. Drugi wiązał się z Krzemieńcem. Napisał wówczas: Należę do pokolenia powojennego. Urodziłem się w czasach, gdy Krzemieniec znajdował się już poza granicą Polski. Z tego powodu nie miałem możliwości nie tylko mieszkać w tym mieście, ale choćby w swym dzieciństwie czy młodości odwiedzić go. Co więcej - nie łączyły mnie z nim więzy rodzinne: nikt bowiem z moich przodków nie pochodził z tego miasta, nikt też nie był zmuszony opuszczać Krzemieńca w dramatycznych okolicznościach.

Interesując się twórczością Słowackiego, próbował dostać się do Krzemieńca jako student na początku XX wieku. Niestety, realizację tego marzenia wówczas mu uniemożliwiono. W Związku Radzieckim utrudniano wszelkimi sposobami podróże Polaków poza Lwów i Wilno. Sytuacja zmieniła się po powstaniu niepodległej Ukrainy. I wtedy drugim szlakiem wędrówek, poza wspomnianą wyżej Huculszczyzną, stał się Wołyń - z Krzemieńcem jako centrum. Pojechał tam ze swoim aparatem fotograficznym i zrobił setki znakomitych, wysmakowanych artystycznie zdjęć. Okiem obiektywu wychwytywał wszelkie pozostałości dawnej wielkości i oryginalności Krzemieńca.

Krzemieniec pogrążony był już wówczas w biedzie: zaniedbane, walące się dworki, pokryte liszajami wilgoci elewacje kamienic, pałacyków i świątyń, porośnięte chwastami cmentarze z porozbijanymi nagrobkami i połamanymi krzyżami. Wszystko to rejestrował swoim aparatem. Uwieczniał też na kliszy ludzi, którzy w tych siermiężnych warunkach, w spostponowanym mieście żyli. Z tych fotografii powstały najpierw dwie wystawy prezentowane w kilku miastach Polski i Ukrainy, a później fascynująca książka „Krzemieniec. Ateny Wołyńskie” (Warszawa 2006) z osobistymi komentarzami Skłodowskiego o mieście Słowackiego i okolicach. Pokazując uroki miejsc (np. Góry Królowej Bony), komentował swe wysmakowane fotografie. Oto jeden z takich podpisów: Góra Bony tym jest dla Krzemieńca, czym Wieża Eiffla dla Paryża, Krzywa Wieża dla Pizy, Forum Romanum dla Rzymu. Z każdego niemal miejsca w Krzemieńcu widać ją, zaś z jej wierzchołka - cały Krzemieniec.

Jest w tym albumie kilkadziesiąt unikatowych fotografii Krzemieńca świadczących o artystycznej wrażliwości autora: jakiś fragment secesyjnego rdzewiejącego żeliwnego ogrodzenia o zadziwiającej urodzie, wystające macewy z chaszczowiska na żydowskim kirkucie (któremu w innym miejscu Skłodowski poświęcił artykuł monograficzny), walące się dworki (w tym ten najważniejszy wówczas w Krzemieńcu, w którym mieszkała jeszcze Irena Sandecka - tonący w ogrodzie pełnym georginii), dwa domy bliźniacze przy dawnej ulicy Rynkowej, o spękanych elewacjach i zardzewiałych kutych balustradach balkonu, wykrzywione przez czas potężne piaskowcowe schody prowadzące do krzemienieckiego liceum (które mogłyby być znakomitą ilustracją do krzemienieckich esejów Włodzimierza Paźniewskiego). A wszystkie te fotografie przeplecione są twarzami współczesnych mieszkańców Krzemieńca.

Dokumentując historię krzemienieckich cmentarzy, Skłodowski uległ kolejnej fascynacji: urokowi starych kresowych nekropolii. Następstwem była wydana w 2013 roku jedna z najpiękniej edytorsko pomyślanych książek początku XXI wieku pt. „Cmentarze na Żmudzi. Polskie ślady przeszłości Obojga Narodów”, którą w warstwie treściowej opublikowano w dwóch językach - polskim i litewskim. W tej erudycyjnej monografii Jan Skłodowski zamieścił informacje ze 154 miejscowości na Żmudzi i 208 cmentarzy i miejsc pochówków. Udokumentował 1942 nagrobki z inskrypcjami w języku polskim: spisał nie tylko nazwiska spoczywających tam Polaków, ale również wierszowane epitafia, sfotografował dziesiątki porcelanowych nagrobnych fotografii i setki tabliczek epitafijnych, sporządził kartotekę nagrobków na tych cmentarzach. Jest to dzieło ponadczasowe, o wartości nie do przecenienia, bo każdy rok powoduje znikanie tych nagrobków, przekopywanie grobów, dewastację i kradzieże żeliwnych ogrodzeń i tabliczek. W tym wypadku papier okaże się trwalszy od żeliwa i piaskowca: nagrobki i tabliczki z nazwiskami Giedroyciów, Ogińskich, Puzynów, Zabiełłów, Tyszkiewiczów, Chodkiewiczów, Giełgudów, Bilewiczów, Radziwiłłów, Dowgirdów, Śnieżków, Broel-Platerów i Hutten-Czapskich czy Gepnerów być może znikną za jakiś czas, ale ich zdjęcia zostaną w tej niezwykłej książce - wspaniałym dziele artystyczno-dokumentacyjnym Skłodowskiego. Są w tej monografii również fotografie zadziwiającej urody bram i kaplic cmentarnych, które czas kruszy coraz bardziej, a wandale przyśpieszają jego dzieło.

Wędrówki Jana Skłodowskiego po Kresach obrodziły też unikatową książką poświęconą trzem uczelniom kresowym, które ze względu na poziom kształcenia i znaczenie w kulturze wpisały się na trwałe w dzieje Rzeczypospolitej. Jedną z nich jest Liceum Krzemienieckie, do historii którego Jan Skłodowski ciągle nawraca artykułami i esejami, uzupełniając wiedzę o nowe, nieznane fakty, odkrywając nowe osoby, które tę uczelnię kończyły. Drugą uczelnię, usytuowaną w Krożach na Żmudzi, Skłodowski nazwał „Atenami Żmudzkimi” i na jej temat napisał (na podstawie bogatej literatury przedmiotu) wnikliwe, erudycyjne studium. Trzecia uczelnia, na której skupił swe zainteresowanie, znajdowała się w Podolińcu na Spiszu, gdzie od roku 1642 istniało kolegium jezuickie, nazwane przez Jana Skłodowskiego „Spiskim Oxfordem”. Uczelnie te należały do największych osiągnięć edukacyjnych i kulturotwórczych Rzeczypospolitej szlacheckiej i świeciły blaskiem niczym w Anglii sławne uniwersytety w Cambridge i Oxford.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.