Moje Kresy. Miasto Słowackiego

Czytaj dalej
Fot. Archiwum autora
Stanisław S. Nicieja

Moje Kresy. Miasto Słowackiego

Stanisław S. Nicieja

Krzemieniec każdemu Polakowi kojarzy się jednoznacznie z Juliuszem Słowackim i z jego wielką twórczością. Powszechne stało się przekonanie, że Krzemieniec dał Polsce Słowackiego, a Słowacki dał temu miastu wyjątkową sławę, której nie uzyskało żadne inne miasteczko na Wołyniu.

Warto przypomnieć krzemienieckie daty w biografii jednego z trzech polskich wieszczów - Juliusza Słowackiego, który swym krótkim, 40-letnim życiem wpisał się na trwałe na karty kultury polskiej i europejskiej.

Juliusz Słowacki urodził się 4 września 1809 roku w pobliżu Góry Królowej Bony. Jego ojciec, Euzebiusz Słowacki, był profesorem w Liceum Krzemienieckim, a matka, Salomea z Januszewskich, była córką zarządcy dóbr krzemienieckich. W Krzemieńcu mieszkali również dziadek i babka Słowackiego Aleksandra i Teodor Januszewscy oraz jego wuj Teofil Januszewski z rodziną.

Słowacki opuścił Krzemieniec, mając trzy latka, i wyjechał z rodzicami do Wilna, ale po śmierci ojca, w 1814 roku (miał wtedy pięć lat), wrócił. W roku 1818 jego matka wyszła powtórnie za mąż, za dr. Augusta Bécu (1771-1824) - chirurga, profesora na Uniwersytecie w Wilnie, i dziewięcioletni Juliusz znów opuścił Krzemieniec. Od tego czasu corocznie przyjeżdżał w odwiedziny do swoich dziadków, spędzając u nich wakacje.

W latach 1828-1829 spędził tam niemal cały rok. Ten czas dwudziestoletniego studenta chyba najbardziej zaważył na jego uczuciowych związkach z Krzemieńcem. Mimo że nieporównanie dłużej mieszkał w Wilnie niż w Krzemieńcu, to wszyscy badacze jego biografii są zgodni, twierdząc, iż Wilno niewiele zaważyło na jego twórczości. Może dlatego, że uważał je za miasto swego głównego rywala - Adama Mickiewicza.

Ojczym Słowackiego, August Bécu, zginął niespodziewanie rażony piorunem. Mickiewicz w III części „Dziadów” oskarżył go o wysługiwanie się polakożercy - rosyjskiemu senatorowi i kuratorowi oświaty Nikołajowi Nowosilcowowi, który rusyfikował Wilno i prześladował polską młodzież uniwersytecką - filomatów i filaretów. Słowacki, nie mogąc pogodzić się z tym - jego zdaniem - gołosłownym oszczerstwem, wyzwał Mickiewicza na pojedynek, do którego nie doszło, ale zadra między poetami pozostała już na zawsze.

Mieszkając u dziadków w Krzemieńcu i mając wówczas dużo czasu, Słowacki wędrował po mieście i okolicy. Częstym gościem był w Wierzchówce, w majątku państwa Michalskich. Robił też wyprawy na Podole. Był w Tulczynie i poznał słynną Zofiówkę Potockich. W 1828 roku razem z matką pojechał do Żytomierza, do stryja - Erazma Słowackiego. Po raz ostatni Słowacki był w Krzemieńcu w czasie wakacji w 1830 roku. Stamtąd wyjechał do Warszawy, a później do Drezna i Paryża.

Słowacki w swej twórczości zmitologizował Krzemieniec. Pisał o nim z zadumą, tkliwością, nostalgią i rozrzewnieniem.

Jeżeli kiedy w tej mojej krainie,

Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie,

Gdzie góry moje błękitnieją mrokiem,

A miasto dzwoni nad szmernym potokiem,

Gdzie konwaliją woniące lewady

Biegną na skały, pod chaty i sady -

Jeśli tam będziesz, duszo mego łona,

Choćby z promieni do ciała wrócona -

To nie zapomnisz tej mojej tęsknoty,

Która tam stoi jak archanioł złoty (...)

Krzemieniec we wspomnieniach Słowackiego był arkadią, krainą spokojności, synonimem domu rodzinnego i najlepszych lat chłopięcych przeżytych z matką. O swoim mieście Słowacki nie tylko pisał, ale próbował go też malować. Krzemieniec był dla niego tym, czym dla George’a Orwella był Dublin, dla Güntera Grassa - Gdańsk, a dla Alberta Camusa - Algier.

Piękny esej o związkach Słowackiego z Krzemieńcem, zatytułowany „Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie”, napisała Barbara Wachowicz, wplatając weń fragmenty poezji autora „Snu srebrnego Salomei”.

We współczesnym Krzemieńcu zachowało się wiele pamiątek po Juliuszu Słowackim. Jest tam dziś ulica jego imienia, przy której się urodził. Na tej ulicy jest dom (zbudowany w roku 1810 przez jego ojca - Euzebiusza) odbudowany w 2002 roku, w którym dwa lata później minister kultury RP Waldemar Dąbrowski otworzył muzeum poety.

Obok odsłonięto granitowy postument z popiersiem Słowackiego, wykonanym przez kijowskiego rzeźbiarza Wasylija Borodaja. Jedną z najważniejszych pamiątek po Słowackim jest jednak zachowany do dziś w kościele polskim w Krzemieńcu pomnik wieszcza, z brązu, z 1910 roku, dłuta Wacława Szymanowskiego - jednego z najwybitniejszych polskich rzeźbiarzy, autora m.in. secesyjnego pomnika Fryderyka Chopina stojącego dziś w warszawskich Łazienkach

W Krzemieńcu zachowało się do dziś pięć starych cmentarzy. Dla Polaków najważniejszy jest cmentarz Tunicki. Tam - pod empirowym piaskowcowym nagrobkiem w kształcie obelisku zwieńczonego urną - spoczywają dziadkowie Słowackiego: Teodor Januszewski (1757-1837), do roku 1830 pełniący funkcję generalnego zarządcy dóbr Liceum Krzemienieckiego, według znawców twórczości Słowackiego stanowiący pierwowzór jednej z postaci w „Złotej Czaszce”, oraz Aleksandra z Dumanowskich Januszewska (1775-1833).

Na tym obelisku wyryto też nazwisko Jana Januszewskiego (1798-1831) - wuja poety, powstańca listopadowego, który został „zarąbany przez chłopa danego mu za przewodnika”, gdy przedzierał się z obławy po rozbiciu jego powstańczego oddziału. W tym samym grobie spoczywa jego urodziwa żona Julia z Michalskich (1804-1832), w której podkochiwał się Słowacki. Pogrążona w depresji po wstrząsie, jaki przeżyła w związku ze śmiercią męża, zmarła, osierocając kilkumiesięcznego Stasia. To o nim Słowacki napisał w jednym z wierszy:

Kazano w kraju niewinnej dziecinie

modlić się za mnie co dzień...

W tym grobie pochowano też w 1855 roku matkę poety - Salomeę Słowacką-Bécu, zmarłą w wieku 63 lat dość niespodziewanie, podczas epidemii cholery, która nawiedziła Krzemieniec. Pod nazwiskiem Salomei na pomniku wyryto napis: „Najdroższej Sally”. Juliusz Słowacki nie przewidział, że przyjdzie mu spocząć wśród królów na Wawelu. W jednym z listów do matki pisał, że chce być kiedyś pochowany w Krzemieńcu, w rodzinnym grobowcu. Stało się jednak inaczej, głównie za sprawą marszałka Piłsudskiego, który bardzo wysoko cenił twórczość „wieszcza z Krzemieńca” i doprowadził do złożenia prochów Słowackiego na Wawelu. Uważał, że Słowacki - podobnie jak Mickiewicz - dzięki swej poezji stał się równy królom. 14 czerwca 1927 roku przy prochach Słowackiego złożonych w krypcie wawelskiej umieszczono garść ziemi, którą uroczyście pobrano z miejsca spoczynku jego matki.

Na cmentarzu Tunickim zachował się też nagrobek Józefa Pitschmanna (1758-1834) - malarza, urodzonego w Trieście, absolwenta wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, który do Polski przybył na zaproszenie Czartoryskich i stworzył kilka wysokiej klasy portretów, m.in. Stanisława Augusta Poniatowskiego. Artysta mieszkał we Lwowie, a u schyłku życia w Krzemieńcu, gdzie w Liceum uczył rysunku i malarstwa. Był jednym z najbardziej wziętych portrecistów. Wykształcił kilku krzemienieckich malarzy, m.in. Jana Królikowskiego, Bonawenturę Klembowskiego i Ksawerego Kaniewskiego. Spoczywa wspólnie z żoną Agnieszką Pitschmannową (1776-1850), córką warszawskiego lekarza i uczonego Jana Baudouin de Courtenay.

Odwiedzający Krzemieniec Polacy idą też na cmentarz Bazyliański, gdzie spoczywa kilkunastu profesorów Liceum Krzemienieckiego, m.in. Willibald Besser (1784-1842) - ojciec polskiej florystyki.

Na trzecim cmentarzu krzemienieckim, zwanym Polskim (założonym w 1891 roku), pochowano około 2,5 tysiąca osób. Dzięki pracom inwentaryzacyjnym i publikacjom Beaty Marcisz i Stefana Rudki znamy nazwiska 900 spoczywających tam Polaków. Najbardziej okazałą budowlą na cmentarzu Polskim jest wzniesiona w okresie międzywojennym kaplica Moczulskich. Budowę jej nadzorował Piotr Moczulski (1890-1941) - dyrektor Seminarium Nauczycielskiego oraz radca prawny Liceum Krzemienieckiego, zamordowany przez Niemców pod Górą Krzyżową. Dramat i losy tej rodziny w czasie II wojny światowej spowodowały, że nikt z Moczulskich w tej kaplicy nie spoczął.

Na tym cmentarzu spoczywają również Ryszard (1865-1930) Sandecki i jego żona, Maria (1879-1955) - nauczycielka języka francuskiego w Seminarium Nauczycielskim w Krzemieńcu. Są tam też groby ofiar niemieckiego nalotu na Krzemieniec z 12 września 1939 roku oraz krzemieńczan pomordowanych przez banderowców, a także zmarłych podczas epidemii cholery w Krzemieńcu w 1944 roku.

Jest na tym cmentarzu zbiorowa mogiła pomordowanych przez Niemców w latach 1941-1944 na stokach Góry Krzyżowej przedstawicieli polskiej inteligencji. W 1991 roku wzniesiono w tym miejscu pomnik i dużych rozmiarów tablicę, na której umieszczono nazwiska profesorów i wychowanków Liceum Krzemienieckiego oraz informację, że spoczywają oni wśród około 2 tysięcy mieszkańców Krzemieńca i okolic, których nazwisk nie ustalono.

W tej zbiorowej mogile pochowani są m.in. Halina Paliwodzianka (1884-1941) - nauczycielka geografii i dyrektorka Seminarium Nauczycielskiego w Krzemieńcu, Franciszek Mączak (1898-1941) - dyrektor Muzeum Ziemi Krzemienieckiej oraz Zdzisław Opolski (1884-1941) - geolog, doktor nauk przyrodniczych, redaktor „Życia Krzemienieckiego”.

Jedną z najważniejszych postaci powojennego Krzemieńca była Irena Sandecka (1912-2010). Swoją działalnością zasłużyła sobie na miano kobiety-instytucji i już za życia stworzyła wokół siebie legendę. Ktokolwiek z Polski przyjeżdżał na przełomie XX i XXI wieku do Krzemieńca, nie mógł pominąć wizyty w jej domu z widokiem na Górę Królowej Bony. Mieszkała w pobliżu dawnego Liceum Krzemienieckiego w dworku Willibalda Bessera - wybitnego folklorysty.

Urodziła się w polskiej, patriotycznej rodzinie na dalekiej Ukrainie - w Humaniu, który w latach dwudziestych musiała opuścić, bo w wyniku traktatu ryskiego to miasto zostało poza granicami Polski. Do Krzemieńca trafiła wspólnie z rodzicami, gdyż jej matka otrzymała posadę nauczycielską w Liceum Krzemienieckim.

Irena w wieku 16 lat uzyskała świadectwo maturalne, następnie ukończyła Studium Nauczycielskie w Krzemieńcu i poszła na studia filozoficzno-pedagogiczne do Krakowa. Jako wykwalifikowana nauczycielka zaczęła pracę w Równem, później uczyła w Krzemieńcu i Sosnowcu.

Z pasją angażowała się w działalność harcerską. W czasie wakacji jeździła na obozy żeglarskie nad jezioro Narocz pod Wilnem, gdzie krzemieńczanie mieli swoją stanicę wodną. W 1939 roku wspólnie z przyjaciółmi wypłynęła na jachcie „Swarożyc” w rejs z Gdyni do Szwecji, a stamtąd do Belgii. I tam zastał ją wybuch wojny. Gdy inni uciekali z kraju przez mosty w Kutach, Śniatynie i Zaleszczykach do Rumunii i na Węgry, Sandecka ruszyła w przeciwną stronę. Pod prąd. Postanowiła wrócić do Polski.

Nie zamierzałam - wspominała po latach - dekować się w Belgii, gdy kraj krwawił. Przedarłam się przez Francję, Szwajcarię, Węgry i Rumunię. W połowie września 1939 roku byłam już w Śniatynie, czyli w Polsce. Na dworcu roiło się od „szczurów” uciekających z kraju. Patrzyłam na nich z pogardą. Od harcerek sprzedających pod dworcem kupiłam maskę przeciwgazową i wsiadłam do pociągu jadącego do Lwowa. Później gdzieś przeczytałam, że w tym samym czasie w przeciwną stronę samochodem przez Śniatyn jechali Hemar i Wierzyński.

Sandecka przyjechała do Lwowa, aby podjąć walkę w obronie miasta. Tam też przeżyła okupację sowiecką. W 1942 roku wróciła na stałe do Krzemieńca. Angażowała się w działalność konspiracyjną i broniła ludzi przed banderowcami. Był to dla niej czas wielu udręk i upokorzeń. Jej zasługą była m.in. brawurowa akcja uratowania kilkuset polskich sierot - dzieci, których rodzice padli ofiarą ukraińskich pogromów. Wspólnie z Wandą Żółkiewską wykorzystała życzliwość niemieckiego naczelnika aprowizacji w Krzemieńcu i doprowadziła do wyjazdu polskich sierot z Wołynia do Krakowa, czym niechybnie uratowała im życie. W 1944 roku trafiła za to do więzienia NKWD w Zbarażu - pod zarzutem kolaboracji z Niemcami.

Po wojnie Irena Sandecka pracowała jako laborantka w krzemienieckiej służbie zdrowia, prowadziła chór parafialny i grała na organach w kościele krzemienieckim, który jako jedyny ze 169 świątyń katolickich na Wołyniu nie został zamknięty. Uczyła w tym czasie potajemnie języka polskiego i prowadziła wśród dzieci katechizację, przygotowując je do pierwszej komunii. Napisała podręcznik do nauki języka polskiego pt. „Elementarz krzemieniecki”. To dzięki jej działalności kilkusetosobowa grupa młodzieży polskiej utrzymała w ZSRR swój język narodowy. Po upadku komunizmu w Związku Radzieckim była jedną z założycielek Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego i inicjatorką utworzenia w Krzemieńcu muzeum tego wieszcza.

W 2003 roku, gdy z Jerzym Janickim (1928-2007), wybitnym pisarzem i scenarzystą, doktorem honoris causa Uniwersytetu Opolskiego, i Henrykiem Janasem, operatorem filmowym, realizowaliśmy dla TVP Polonia film o twierdzy krzemienieckiej, odwiedziliśmy Irenę Sandecką w jej słynnym dworku z widokiem na Górę Bony. Liczyła już wówczas 91 lat, a zadziwiła żywotnością, energią, znajomością historii miasta, erudycją, gościnnością i serdecznością. Jej wypowiedź, którą zarejestrowaliśmy w tym filmie, wzbogaciła narrację, ukazując i dokumentując wizualnie jej charyzmatyczną osobowość. Były to już jej lata przedostatnie.

Czas biegł nieubłaganie i prawa biologii działały. Jerzy Janicki powiedział o niej, „iż była stara jak świat i mądra jak sowa”. Opiekowała się polskim cmentarzem, zwłaszcza grobami Willibalda Bessera i matki Słowackiego. Zbierała krzemienieckie legendy. Pisała wiersze. W tomiku „Spod Góry Bony” (wydanym przez Mariusza Olbromskiego), gdzie zgromadzono jej poezję rozproszoną po różnych periodykach i wydobytą z rękopisów, jest również ten wiersz mówiący o jej miłości do Krzemieńca i widoku na Górę Bony:

Jak piękny jest Krzemieniec

We mgłach listopada

W płaszczu pielgrzymim Bona

na zachód spogląda.

Wierne góry ciasnym otoczyły ją kołem

Kruki - wspaniałym lotem krążą

nad jej czołem

„Czemu smętna?” - pytają.

„Kogo widzieć żąda?”

W 2009 roku Marek Koprowski nagrał obszerny wywiad z Ireną Sandecką, pt. „W cieniu ukraińskich noży”, który został opublikowany dwa lata po jej śmierci. Jest to najobszerniejszy (70 stron) zapis biografii Ireny Sandeckiej - jednej z najpiękniejszych postaci, która swym życiem dowiodła, jak w najtrudniejszych nawet warunkach chronić polskość i dawać świadectwo prawdzie poza granicami swej ojczyzny. Mogła opuścić sowiecki Krzemieniec, co byłoby nawet na rękę tamtejszym władzom - nigdy tego nie uczyniła.

W 2010 roku, po długim, 96-letnim życiu, spoczęła na cmentarzu Polskim, pod Górą Królowej Bony.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.