Stanisław S. Nicieja

Moje Kresy. Kresowianie - opolscy ogrodnicy

Opole 1946. Wystawa ogrodnicza w sali Starostwa Powiatowego przy ulicy Krakowskiej. Na fotografii opolscy ogrodnicy i sadownicy, m.in. Stefan i Stanisław Fot. Archiwum Opole 1946. Wystawa ogrodnicza w sali Starostwa Powiatowego przy ulicy Krakowskiej. Na fotografii opolscy ogrodnicy i sadownicy, m.in. Stefan i Stanisław Bokaccy, Marian i Maria Deblessemowie oraz Wilhelm i Janina Jurkiewiczowie. Na ścianie portrety: marszałka Michała Roli-Żymierskiego, premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego i sekretarza PPR Bolesława Bieruta.
Stanisław S. Nicieja

Nazywali się Bokaccy i byli absolutnie pionierami życia gospodarczego w powojennym Opolu. Przyjechali 24 kwietnia 1945 roku tu, nad Odrę, pociągiem z Wołynia.

List z Ozimka

Byli to moi dziadkowie - czytamy w liście pani Elżbiety - Stefan i Józefa Bokaccy oraz moi rodzice - Stanisław i Elżbieta Bokaccy. W Opolu nie było jeszcze żadnej władzy - trwała wojna, miasto było prawie puste. Wysadzono ich z transportu na torach Opole Wschód. Ludność z transportu, z dziećmi i swoim dobytkiem (krowy, kury, nasz pies - jamnik), koczowała pod gołym niebem. Niektórzy znaleźli dach w ogrodach działkowych (altanki). Przez całe dwa tygodnie lał deszcz. Moja babcia układała dzieci w szafie, a ponad główkami śpiących trzymała talerze, aby ten deszcz ich nie moczył. Później pojawiła się już pierwsza władza w mieście - PUR, zaczęła ludzi umieszczać w opuszczonych domach i gospodarstwach. Jako że mój dziadek i ojciec byli ogrodnikami, uzyskali zgodnie z zawodem ogrodnictwo w Opolu przy ulicy Reymonta 2, a dziadkowie osiedlili się w Opolu-Zakrzowie.

Moi rodzice zaprzyjaźnili się z państwem Jurkiewiczami i Deblessemami. Ja też znałam ich dobrze, bo często z rodzicami bywałam w ich domach. Mój dziadek i ojciec brali udział w pierwszej wystawie ogrodniczej w 1946 roku, za co otrzymali dyplom (mam go do dzisiaj - pamiątka rodzinna). Mam zdjęcia z tego okresu. Moi dziadkowie i rodzice nie żyją. Ja urodziłam się na Opolszczyźnie i bardzo jestem z nią związana. To jest moje miejsce na ziemi, ale tej trudnej i tragicznej historii moich przodków nie można zapomnieć. Jeśli chciałby Pan Profesor poznać historię mojej rodziny i mogłabym być pomocna, to proszę o kontakt.

Taki był początek pracy nad historią Bokackich. A oto po kilku tygodniach rezultat wczytywania się w źródła i wsłuchiwania w opowieści rodzinne.

W pałacu hrabiów Steckich

W życiu społeczności Międzyrzeca Koreckiego i pałacu hrabiów Steckich, któremu poświęciłem już dwa poprzednie odcinki, ważną rolę odegrała rodzina Bokackich. Nestorami byli małżonkowie Józefa z Bieleckich (1891-1978) i Stefan Bokacki (1891-1958). Józefa, urodzona w Czertieżu koło Korca, szlachcianka, wcześnie osierocona, trafiła na służbę do Załęskich - właścicieli Hołownicy (majątku oddalonego o 3 kilometry od Korca). Była tam pokojówką. I właśnie w Hołownicy wypatrzyła ją sobie hrabina Aleksandra Stecka (siostra ostatniego właściciela pałacu) i zatrudniła jako swoją pokojówkę w pałacu w Międzyrzecu Koreckim. Dziewczyna była sprytna, ładna, o dużym wyczuciu taktu i z wrodzoną ogładą towarzyską. Nic dziwnego, że szybko awansowała w hierarchii służby pałacowej, stając się kierowniczką pralni, a nawet przez pewien czas ochmistrzynią.

W tym samym mniej więcej czasie zatrudniono w pałacu Steckich przystojnego, o dużym uroku osobistym Stefana Bokackiego, który pracował początkowo jako lokaj, a później kamerdyner i prawa ręka majordomusa w zarządzaniu pałacem.

Bokacki zwrócił od razu uwagę na ładną pokojówkę i zyskał jej przychylność. Była ona w tym czasie zaręczona z młodzieńcem odbywającym siedmioletnią służbę w armii rosyjskiej. Ale cóż, serce nie sługa. Józefa nie wytrwała długiej rozłąki i wyszła za mąż za Stefana Bokackiego. Ślub odbył się w 1911 roku, a później pojawiła się liczna gromadka dzieci: pięciu synów i dwie córki.

Bokaccy mieszkali w oficynie dworskiej, na tyłach pałacu. Byli całkowicie oddani swojej pracy. Józefa systematycznie awansowała. Po okresie kierowania pralnią pałacową nadzorowała liczny personel zamkowy i zajmowała się prasowaniem sukienek pań, koronek koszul męskich i żabotów. Wymagało to dużych umiejętności przy żelazkach z duszą na węgiel, bo łatwo można było wypalić dziurę w drogich strojach hrabiowskich.

Stefan Bokacki również szybko awansował na kamerdynera. Przyjmował w specjalnym uniformie przybywających do pałacu gości oraz pomagał przy organizacji polowań. Z zamiłowaniem zajmował się ogrodem pałacowym wspólnie z ogrodnikiem Korejwą. Poznał wówczas wiele tajników ogrodnictwa, budowę nowoczesnych oranżerii oraz warunki uprawy roślin i drzew sprowadzanych z całej Europy.

W 1920 roku wpisał się w historię rodziny Steckich, bo w czasie inwazji bolszewickiej uratował życie hrabiemu Adamowi Steckiemu.

„Ludzie, za godzinę stanę przed Bogiem i poskarżę się na was”

Scena, która się wówczas rozegrała pod pałacem Steckich w Międzyrzecu, mogła być śmiało wpisana do słynnej książki Zofii Kossak-Szczuckiej pt. „Pożoga”, mówiącej o dramacie Kresów w czasie rewolucji bolszewickiej, kiedy masowo płonęły dwory i pałace, i z rąk zrewoltowanych chłopów ginęli ich właściciele.

Przypomnę tu jedną ze scen, którą opisała Zofia Kossak-Szczucka (1890-1968), uważana za następczynię Kraszewskiego i Sienkiewicza na niwie polskiej powieści historycznej. W „Pożodze” - utworze uznawanym swego czasu za genialny, przedstawiając zagładę polskich dworów na Kresach w czasie rewolucji bolszewickiej, Szczucka ubolewała, że tylko niektóre z tych pogromów zostały odnotowane w pamiętnikach rodzinnych.

Oto relacja o zagładzie jednego z takich dworów na Wołyniu: Noc ostatnia przed pogromem - notowała Szczucka - w znajomym dworze. Wieś zbuntowana stoi na nogach i od rana pije, czekając chwili ruszenia na dwór, by go ograbić i spalić. W dworze starym, białym cała rodzina zebrana przy łóżku konającej matki właściciela. Z bohaterską pogodą, wiedząc o zamiarach wsi, kryją przed chorą faktyczny stan rzeczy i proszą Boga, aby pozwolił jej umrzeć prędzej, zanim się dowie, co grozi jej dzieciom. Powoli idą chwile, ciężkie jak mogiły. Dzikie wrzaski i śpiewy, blisko, już w ogrodzie, dają znać, że pogrom się zbliża. Tłum, wyjąc, otacza dom i żąda wydania dziedzica. Zaniepokojona hałasem staruszka dowiaduje się od służby przyczyny tej wrzawy. Ogarnięta grozą porywa się z łóżka, chwyta mocno krucyfiks, który przed chwilą kładła jej synowa w stygnące już, bezwładne dłonie i - widmo żywe - idzie na ganek do tłumu. Noc jesienna, mroźna. Pomiędzy czernią a wylękłym dworem staje wysoka zjawa jakby już zza świata, w długiej białej nocnej koszuli, z krzyżem w wyschłej ręce. „Ludzie! - woła - ja na sąd Boga już idę! Ja za godzinę z Bogiem będę już mówić! Jemu samemu na was się poskarżę! Ja straszyć po śmierci was będę, wygubię wszystkich. Precz stąd natychmiast! Precz! Słyszycie?!” I czerń się cofa przerażona do wsi.

Staruszka rzeczywiście godzinę później skonała. Jej syn z rodziną zaledwie zdążył uciec, zabierając zwłoki, gdy chłopi wrócili i roznieśli dwór doszczętnie.

Podczas rabowania innego szlacheckiego dworu na Wołyniu właściciele zdążyli zbiec, ratując życie. Ale pani domu przebrała się w pobliskim przysiółku w strój wiejskiej baby i wróciła do swego domu, aby razem z tłumem uczestniczyć w rabunku. W ten sposób, nierozpoznana przez swoich chłopów, odzyskała część swego majątku, a zwłaszcza fotografie rodzinne, które wrzucano z książkami do ogniska. Widziała, jak rozbijano i deptano jej saską porcelanę, jak stary, szesnastowieczny gobelin cięto na chodniczki. Tak ginęły polskie dwory na Wołyniu zimą 1918, a później 1920 roku.

Czyn Stefana Bokackiego

Scena podobna, jak opisana wyżej przez Zofię Kossak-Szczucką, rozegrała się w Międzyrzecu pod pałacem Steckich podczas gorącego lata 1920 roku. Idąca na zachód, na Warszawę, armia bolszewicka paliła na swej drodze dwory i pałace i zabijała polskich pomieszczików i „krwiopijców”. Zagrożona przez nawałnicę rodzina Steckich postanowiła opuścić pałac i wycofać się w kierunku Warszawy. Na miejscu pozostał hrabia Adam Stecki, który uważał, że musi ktoś z rodziny zostać i pilnować dobytku. Ale gdy pałac został otoczony przez czerwonoarmistów i w jego ogrodach palono ogniska, szykując się do ostatecznej rozprawy z hrabiowską rezydencją, wpadł w panikę. Było jednak za późno, aby uciekać. Bolszewicy otoczyli pałac. Przez ich kordon nie mógł przeniknąć nierozpoznany.

I wtedy jego kamerdyner Stefan Bokacki wykazał się roztropnością, zimną krwią i pomysłem na fortel iście z powieści Henryka Sienkiewicza. Zasugerował, aby hrabia Adam skrył się w drewnianej skrzyni. Skrzynię ułożono na wozie chłopskim i obrzucono obornikiem. Bokacki przebrał się w strój chłopski, umazał twarz i furą wypełnioną obornikiem, ciągnioną przez chuderlawego konia, ruszył w kierunku bolszewickiego kordonu. Gdy go zatrzymano, pytając gdzie jedzie, odpowiedział, że wiezie obornik na pole. Pozwolono mu odjechać. W ten sposób wywiózł hrabiego i tym samym uratował mu życie.

Gdy po bitwie warszawskiej i drugiej bitwie, nad Niemnem, wojska polskie odrzuciły bolszewików na wschód, Adam Stecki wrócił do swego pałacu i w podzięce za uratowanie życia podarował Bokackiemu 10 hektarów ziemi oraz belki bukowe na budowę domu. Józefa i Stefan Bokaccy założyli swoje gospodarstwo w Błudowie - wsi oddalonej o 3 kilometry od Międzyrzeca Koreckiego, gdzie mieszkali i gospodarowali do czasu, gdy musieli stamtąd wyjechać na zawsze i osiąść w Opolu.

Dramat Marceliny i Izydora

Spośród siedmiorga dzieci Bokackich pragnę skoncentrować uwagę na dwojgu, których losy miały kontynuację na Śląsku. Byli to Marcelina i Stanisław Bokaccy.

Marcelina Cecylia (1922-1943), zwana Czesią, w bardzo młodym wieku (17 lat) wyszła za mąż za Izydora Kasperkiewicza (1917-1943) pochodzącego z Beresteczka. Po ślubie zamieszkali w sąsiadującej z Międzyrzecem wsi Witków. Było to małżeństwo szczęśliwe, ale nie było im dane długie życie. Mieli dwie córeczki: Krystynę (1940-2000) i Wandę (1943-2013). Rok 1943 przyniósł w okolice Międzyrzeca Koreckiego, podobnie jak na cały Wołyń, banderowską pożogę. W Witkowie żyły tylko dwie rodziny polskie. W obawie o swe życie Marcelina i Izydor Kasperkiewiczowie wynajęli mieszkanie w pobliskiej Hoszczy i tam zamieszkali z dobytkiem (konie i krowy). Izydor jeździł codziennie do Witkowa dwa kilometry po paszę dla bydła oraz uprawiać pole. 20 czerwca 1943 roku pojechał wspólnie z żoną: on miał obgarniać ziemniaki, a żona zagrabiać siano. Gdy byli zajęci pracą, otoczył ich oddział UPA. Izydorowi zgotowali okrutną śmierć. Po skatowaniu, zakopali go żywcem. Jego żonie, ponieważ wśród bandytów byli jej koledzy ze szkoły, kazali uciekać. Ale widząc okrutne cierpienia i śmierć męża, poprosiła, aby i ją zabili. Banderowiec strzelił jej w głowę. Miała wówczas 21 lat. Ukryty w krzakach świadek tej zbrodni, który później złożył relację Bokackim, widział, jak Marcelina padła na ziemię i w ostatnim odruchu przyłożyła do cieknącej z głowy strugi krwi garść ziela. Po kilku dniach Bokackim udało się sprowadzić zwłoki córki i zięcia na cmentarz w Międzyrzecu. Dziś nie ma śladu po tym grobie. Jest tam park. Ale płytę pamiątkową z nazwiskami Marceliny i Izydora Kasperkiewiczów postawiono na cmentarzu parafialnym w Wołczynie na Opolszczyźnie. Dwiema dziewczynkami-sierotami zaopiekowali się dziadkowie Bokaccy, którzy po wojnie osiedli w Opolu.

Tu obie ukończyły szkoły średnie, a następnie studia w opolskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Krystyna poślubiła Edmunda Strażnikiewicza - syna Józefa, legionisty, lwowianina, który za udział w Legionach otrzymał ziemię w okolicach Międzyrzeca. Rodzinę Strażnikiewiczów spotkał podobny los, jak rodziny wszystkich legionistów na Wołyniu - wywózka na Sybir. Edmund wrócił stamtąd jako dziecko już bez ojca i po skończeniu Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Opolu wspólnie z żoną wybudował dom na ulicy Dalekiej, gdzie doczekali się licznego potomstwa.

Młodsza wnuczka Bokackich - Wanda, po uzyskaniu tytułu magistra elektroniki, wyszła za mąż za Eugeniusza Gurbę i przez wiele lat uczyła w szkołach w Opolu, a później w Gorlicach oraz dokumentowała historię swej licznej rodziny. Tuż przed śmiercią (w 2013 roku) przygotowała do druku wręcz rewelacyjną książkę pt. „Wołynianka. Historia wołyńskiej rodziny”, w której z wielkim pietyzmem odtworzyła losy swoich krewnych i powinowatych, a więc: Bieleckich, Bokackich, Kasperkiewiczów, Bazylińskich, Struzików, Strażnikiewiczów i Żygadłów. Większość wymienionych mieszkała po wojnie w Opolu i Ozimku. Śmierć przerwała jej pracę nad wydaniem książki. W 2015 roku opublikował ją jej syn - Piotr Gurba (rocz. 1978), prawnik, mieszkaniec Krakowa, wzbogacając treść książki matki o swoje osobiste, współczesne wątki oraz ilustrując 210 unikatowymi fotografiami, z bardzo szczegółowym opisem oraz rodzinnym drzewem genealogicznym.

Bardzo interesujący jest wątek biograficzny brata Marceliny Cecylii - Stanisława Bokackiego (1913-1988), który 6 lutego 1938 roku wziął ślub z Elżbietą Starek - Czeszką, mieszkanką jego rodzinnej wsi Bułdów. Dzień tego ślubu przeszedł do historii Międzyrzeca, bo wówczas po raz pierwszy w tamtejszym kościele św. Antoniego zapłonęło światło elektryczne. Stanisław był ogrodnikiem i świetnym myśliwym. W czasie wojny uczestniczył w Samoobronie przed banderowcami. 24 kwietnia 1945 roku wspólnie z żoną i rodzicami przyjechał pierwszym transportem z Wołynia do Opola. Osiedli przy ulicy Reymonta. Stefan i Stanisław Bokaccy z racji swoich doświadczeń międzyrzeckich zajęli się ogrodnictwem. Otworzyli pierwsze w Opolu polskie przedsiębiorstwo ogrodnicze - z licznymi inspektami i szklarniami. Wyprzedzili tym samym o wiele miesięcy działalność ogrodniczą Jurkiewiczów i Deblessemów. Prowadzili w Opolu swoje przedsiębiorstwo z dużym sukcesem. Byli organizatorami w sali Starostwa w Opolu pierwszej wystawy ogrodniczej - z pokazem kwiatów i owoców. Ale po pięciu latach wróciła z Niemiec dawna właścicielka ogrodów przy ulicy Reymonta: przyjęła obywatelstwo polskie i sąd zadecydował o zwrocie jej majątku. Wówczas Bokaccy przeprowadzili się do Ozimka, gdzie za utracony majątek na wschodzie otrzymali zrujnowane ogrodnictwo w sąsiedztwie Huty Małapanew: wypalony dom i szklarnie bez szyb. Po kilku miesiącach udało im się odbudować dom, szklarnię i rozpocząć produkcję warzyw i kwiatów. Była to pierwsza w Ozimku kwiaciarnia. Istnieje ona tam do dziś, bo Bokaccy wykształcili swe dzieci: Aleksandra (rocznik 1945) i Elżbietę (rocznik 1951) na ogrodników, ukończyli oni słynną Pomologię w Prószkowie, po wojnie jedną z najlepszych szkół ogrodniczych nie tylko w Polsce.

Dziś w Ozimku kwiaciarnię Bokackich prowadzi ich wnuczka - Elżbieta Wilk. W 2007 roku wspólnie z synem Witoldem i bratankiem Robertem Bokackim postanowiła odwiedzić ziemię przodków. Jej rodzice po ciężkich doświadczeniach z banderowcami nigdy nie chcieli tam pojechać.

Stanęliśmy - czytamy w jej relacji z wyprawy - przy ogrodzeniu, gdzie był kiedyś dom moich dziadków, Czechów - Józefy i Wacława Starków. Rośnie tam jeszcze kilka starych drzew owocowych i krzaki. Później wąwozem pojechaliśmy na miejsce, gdzie był dom i gospodarstwo dziadków - Józefy i Stefana Bokackich. Zobaczyliśmy pustą przestrzeń. Przywitało nas tylko spłoszone stadko przepiórek. Było to ogromne wzruszenie stanąć na tej ziemi. Naokoło zaorane pola. W oddali było widać kościół parafialny w Międzyrzecu. Miłka, mieszkająca tam moja kuzynka, wskazała miejsce, gdzie była brama i gdzie stał dom Bokackich. Mówiła, jak tu było pięknie: kwiaty, żywopłoty, sad - po prostu bajka. Nasze oczy były pełne łez. Nabraliśmy pachnącej ziemi (może z fundamentów domu), a ja zerwałam kilka polnych kwiatów. Wokół piękny, pagórkowaty krajobraz. Teraz wiem, za czym tęsknili moi rodzice.

Następnie pojechaliśmy na cmentarz polski. Pozostało po nim kilka porozbijanych płyt nagrobkowych, skoszona trawa, a przecież tam, pod tą trawą, gdzieś w tej ziemi znajdują się szczątki naszych przodków. Tam zmówiłam „Wieczny odpoczynek” przy jednym kamieniu i zapaliłam znicze. Dobrze, że była z nami Miłka, bo inaczej pewnie nie zorientowalibyśmy się, że to był cmentarz. Z cmentarza pojechaliśmy do pałacu hrabiego Steckiego. Obecnie mieści się tam szkoła dla dzieci upośledzonych. Tu poznali się moi dziadkowie - Józefa i Stefan Bokaccy. Mieszkali w oficynie. Tu urodził się mój tato - Stanisław i jego rodzeństwo. Za zgodą dyrektorki szkoły, pani Mielnyk, zwiedziliśmy pałac. Zostało jeszcze trochę oryginalnych malowideł ściennych i jeden oryginalny mebel - toaletka, przy której pani dyrektor powiedziała, że to dla nich „relikwia”. Nic nie wiedzą o właścicielach pałacu.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.