Matka Ewa była prawdziwą matką dla wszystkich

Czytaj dalej
Fot. Fot. Muzeum Domek Matki Ewy
Krzysztof Ogiolda

Matka Ewa była prawdziwą matką dla wszystkich

Krzysztof Ogiolda

Urodziła się w rodzinie śląskich przemysłowców i bogaczy. Mogła żyć wygodnie i bez trosk. Postanowiła inaczej. 


Była żywym zaprzeczeniem stereotypu, według którego ludzie niezamożni dzielą się chętnie z biedniejszymi od siebie, a bogaci widzą tylko siebie samych. Tiele-Wincklerowie byli właścicielami Miechowic (dziś dzielnicy Bytomia), gdzie – na miejscowym zamku – Ewa przyszła na świat, i jednym z najbogatszych rodów w Niemczech. Ewa była przedostatnim z dziewięciorga dzieci Waleski i Huberta von Tiele-Wincklerów.

- Od dzieciństwa była niezwykle wrażliwa na krzywdę innych ludzi – mówi Anna Seemann-Majorek, kustosz w Muzeum „Domek Matki Ewy” w Bytomiu. - Wyssała tę wrażliwość z mlekiem matki, ale i wyniosła jako swego rodzaju rodzinną tradycję. Jej dziadek Franz von Winckler zrobił karierę „od hajera (prostego górnika - przyp. red.) do milionera”. Był ambitny, kształcił się, zdobył pozycję. Ożenił się z bogatą kobietą, a po jej śmierci odziedziczył i pomnożył majątek. Był znany z tego, że troszczył się o swoich pracowników i pomagał im. Tak bardzo, że stanęli za nim murem podczas Wiosny Ludów.

Dobry przykład córce dawała także mama Ewy, Waleska. Chodziła osobiście do ubogich mieszkańców Miechowic z jedzeniem i opatrunkami.

Swojej mamie Ewa dedykuje z czasem szpital w Miechowicach (po niemiecku nazywany Waleska-Stift). W tej placówce poza chorymi miały miejsce kobiety - starsze, często zniedołężniałe, mające problemy z poruszaniem się, także niepełnosprawne intelektualnie.

Ale zanim dzieło Matki Ewy ruszy na dobre, jako 13-latka Ewa traci mamę i przechodzi pod opiekę ojca. Trzy lata później podejmuje decyzję o poświęceniu życia ludziom biednym i cierpiącym. Ojciec zgadza się takie dzieło sfinansować.

- Już we wczesnej młodości uczył mnie Duch Boży – napisze po latach – kochać biednych i wzbudził we mnie pragnienie, abym powierzone mi dobra uważała jedynie za pożyczone i możliwie jak najwięcej udzielała bliźnim.

Symbolem tego, jak traktuje wartości materialne, był napis, który umieściła nad wejściem do niewielkiego drewnianego domku w sąsiedztwie parafii ewangelickiej, tzw. Domku Matki Ewy, gdzie przeżyła wiele lat. Brzmiał on: „Własność Pana Jezusa”.
Ale póki co szesnastoletnia Ewa decyduje się przyjąć wyznanie ewangelickie, a dwa lata później zostaje w Kościele ewangelickim konfirmowana (konfirmacja to w uproszczeniu ewangelicki odpowiednik Pierwszej Komunii Świętej i bierzmowania jednocześnie – przyp. red.). Pierwotnie Ewa była ochrzczona w Kościele katolickim, zgodnie z wyznaniem mamy, ojciec był ewangelikiem.

Dziś, w dobie ekumenizmu, taka decyzja o zmianie kościelnej przynależności nie wzbudziłaby pewnie specjalnej sensacji. Chrześcijanie różnych wyznań – jak pisał Karol Barth – wierzą wprawdzie inaczej, ale nie w Innego. Wówczas nie było to takie proste. Pojawiły się plotki, a i zarzuty, że ojciec uczynił ze zmiany wyznania warunek, by córka mogła otrzymać swoją część majątku i dopiero wtedy przeznaczyć ją na cele dobroczynne.

Anna Seemann-Majorek stanowczo takim hipotezom zaprzecza. – Staram się uciekać od samego pojęcia „zmiana wyznania” – mówi. – Majątek Ewa dostała sporo później, po konfirmacji, i była zaskoczona tym, że w ogóle ma jakieś swoje pieniądze i dobra na własność. Na pewno ojciec nie stawiał takiego warunku. Nie ma wątpliwości, że została ochrzczona w Kościele katolickim. Ale rodzina jej mamy, Waleski, też była wyznaniowo niejednolita. Waleska swojej biologicznej matki – ewangeliczki z dziada pradziada – nigdy nie poznała. Zmarła, gdy Waleska była małą dziewczynką. Ojciec był katolikiem, podobnie jak macocha, przekazali więc córce taką wiarę, jaką wyznawali. Ewa więc została ochrzczona, jak powiedziałam, w Kościele katolickim, ale nie przystąpiła ani do komunii, ani do bierzmowania. Trudno zatem mówić o zmianie wyznania. Po śmierci mamy Ewie w ogóle nie było blisko do Boga ani do żadnej religii. Nawróciła się dopiero w czasie konfirmacji, czytając przypowieść o Dobrym Pasterzu.

Aby mogła spełnić swoje marzenie o pomaganiu innym, ojciec posyła ją – po naukę – do bardzo wówczas znanych i cenionych Zakładów Opiekuńczych „Bethel”, które w Bielefeld prowadzi Kościół ewangelicko-augsburski. Przez osiem miesięcy uczy się służby charytatywnej.

- To było protestanckie wychowanie i przygotowanie do życia, zgodnie z zasadą, że jak chcesz coś robić, to musisz to robić dobrze. Masz być przygotowany i wykształcony. Ojciec bardzo tego pilnował – mówi kustosz muzeum. – W Bielefeld przyjmowano pod opiekę także najcięższe przypadki nedyczne. Trzeba się było zmierzyć nie tylko z samą opieką nad chorymi, ale i z ciężką pracą fizyczną. Ewa dostała tam niezłą szkołę.

W 1892 roku dostaje od ks. Friedricha von Bodelschwingha z Bielefeld zgodę na założenie własnego diakonatu, placówki dobroczynnej. Zyskuje nazwę Ostoja Pokoju.

Dzieło rośnie w oczach. W Bytomiu-Miechowicach znajdują miejsce starcy, sieroty i dzieci wyrzucone z domu, chorzy, samotni mężczyźni. Matka Ewa opiekuje się dziewczynami, które zeszły na złą drogę, i próbowała je resocjalizować. Z myślą o ludziach uzależnionych działała placówka Międzynarodowego Błękitnego Krzyża. Więźniowie mogli tu odpracowywać zasądzone kary. Z myślą o dzieciach, które zostały w domu same, bo rodzice są w pracy, działało coś w rodzaju świetlicy środowiskowej, gdzie można było zyskać pomoc w nauce. Dla dorastających dziewcząt odbywały się kursy gospodarstwa domowego, szycia. Działały i dawały pracę drukarnia, piekarnia i młyn.

- Samo istnienie diakonatu nie było czymś aż tak szczególnym – uważa Anna Seemann-Majorek. - Powstało ich na Śląsku przed rokiem 1901 dziewięć. Natomiast Matka Ewa była jedyną – spośród tych placówek, które zbadałam – założycielką, która nie nastawiała się na żadną wąską specjalizację. Ona prace rozszerzała, jeśli tylko pojawiała się osoba potrzebująca tej, a nie innej pomocy. Nie odsyłała tego człowieka gdzie indziej, bo „my się tym nie zajmujemy”, tylko tak poszerzała profil, by przyjąć każdego. Tam powstał swoisty mikrokosmos pomocy.

Ewangelickie siostry (sama Matka Ewa została diakonisą w roku 1893) prowadziły w Miechowicach m.in. kuchnię dla dzieci w potrzebie. Część korzystała tam z posiłków stale, ale garnuszek zupy dostało każde dziecko, które przyszło i było głodne. Diakonisy powszechnie wzywano do okolicznych „familoków”, żeby robiły zastrzyki i opatrywały chorych. Kto mógł przyjść na opatrunek, korzystał z ambulatorium. U Matki Ewy działał punkt dentystyczny pomagający tym, których na usługę w mieście nie było stać.

Jej biografowie podkreślają, że Matka Ewa chciała być i była matką wszystkich, niezależnie od wyznania czy narodowości. Chciała po prostu pomagać bliźniemu.

- Myślę, że była pionierem praktycznego ekumenizmu – dodaje pani Anna. - To jej otwarcie nie zawsze było rozumiane i doceniane. - Natknęłam się na tekst z prasy katolickiej po polsku, w którym Matka Ewa była szkalowana. Przestrzegano w nim rodziców, by nie posyłali dzieci do jej ośrodków, bo grozi to zarówno utratą katolickiej wiary, jak i polskości.
Ten stan świadomości z pewnością z czasem zmieniał się na lepsze. A Matka Ewa zyskiwała powszechne zaufanie i szacunek. Powstają domy Matki Ewy nie tylko poza Miechowicami, ale i za granicą, m.in. w Chinach, Egipcie, Indiach, Syrii i Gwatemali.
Matka Ewa umiera w czerwcu 1930 roku. Działo było kontynuowane tak długo, jak to było możliwe.

- Na przełomie 1944 i 1945 roku cały ośrodek, łącznie z pastorem i niemal wszystkimi siostrami, ewakuuje się, uciekając przed nadciągającym frontem z Miechowic do Heiligengrabe - mówi pani Anna. - W latach 60. udało się pozyskać pieniądze na powstanie nowego ośrodka we Freudenbergu i tam fundacja obecnie działa. W Miechowicach parafia ewangelicka kontynuuje działalność Matki Ewy, prowadząc dom opieki dla seniorów, powstają mieszkania wspomagane dla osób starszych. Streetworkerzy zajmują się także dziećmi ulicy w ramach Centrum Misji i Ewangelizacji.

- Matka Ewa jest przykładem luterańskiego etosu i postawy – mówi ks. Wojciech Pracki, proboszcz parafii ewangelickiej w Opolu. - Zrezygnowała z życia w bogatym domu, z dostatku i komfortu i poświęca się służbie bliźniemu. Można by ją nazwać luterańskim Franciszkiem z Asyżu. Nie czyni różnicy między ludźmi, w każdym widzi kogoś bliskiego, nie szukając podziałów. Tak dzisiaj działa zarówno ewangelicka Diakonia, jak i katolicki Caritas.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.