Marta Straszna wcale nie była straszna, czyli o frezerce, która u Kutza gwiazdą filmu została

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prof. Teresy Smolińskiej
Krzysztof Ogiolda

Marta Straszna wcale nie była straszna, czyli o frezerce, która u Kutza gwiazdą filmu została

Krzysztof Ogiolda

Koniec jej życia był równie zaskakujący jak ono samo. U szczytu sławy Marta zabrała walizkę i wyjechała do Niemiec. Jak na Ślązaczkę przystało, miała dwa pogrzeby w dwóch językach.

Spotkałem Martę Straszną jeden raz w życiu. Dawno, bo na początku lat 80. Jako student polonistyki znalazłem się, razem z grupą kolegów zachęcony przez prowadzącego zajęcia, w Klubie Akademickim w Opolu na spotkaniu z gawędziarzami. Była wśród nich pani Marta. W ludowym śląskim stroju z czerwonymi koralami na szyi prezentowała się ładnie. Ot, starsza pani z klasą.

Po ponad 30 latach nie bardzo pamiętam, co mówiła. Znacznie lepiej – jak mówiła. Uderzyło mnie wtedy, że potrafi – co nie było wtedy częste wśród Ślązaków bez formalnego wykształcenia – przechodzić gładko z gwary na język literacki i z powrotem. Bardzo mi to jako Ślązakowi z urodzenia i wychowania zaimponowało.

Jej gawędy z tego wieczoru nie zostały mi w głowie. Za to kiedy doszło do serii pytań, ktoś z sali zaczepił ją o rolę w zupełnie świeżym wtedy filmie „Na straży swej stać będę” Kazimierza Kutza.

Pytać było o co, bo 63-letnia Marta Straszna wystąpiła tam w jednej ze scen nago. Nieubrana otwiera drzwi gestapowcom, którzy przychodzą po głównego bohatera, Janka, założyciela tajnej antyniemieckiej organizacji. Podstęp zadziałał. Speszeni Niemcy odchodzą. Chłopak ratuje życie. Pani Marta nie ukrywała, że musiała do tej sceny przełamać wstyd. Miała już przecież swoje lata.
– Po prostu zaufałam Kutzowi – mówiła wtedy. – Uwierzyłam, że pokaże mnie tak, że nie zrobi mi krzywdy.

– Zaprosiłam wtedy z czarnego Śląska na koncert gawędziarski dla studentów Martę Straszną, Irenę Majzel, Agnieszkę Hajdugę i Józefa Magierę, autentycznego górnika w galowym mundurze – wspomina profesor Teresa Smolińska z Katedry Kulturoznawstwa i Folklorystyki UO. – Oni popakowali swoje regionalne stroje do walizek i przyjechali do Opola. Marta Straszna, urodzona w 1920 roku w Siemianowicach, pracowała jako frezer w Fabryce Sprzętu i Narzędzi Górniczych w Katowicach. Miała predyspozycje, żeby być gawędziarką – duże poczucie humoru, optymizm, życzliwość dla ludzi. A w dodatku talent narratorski i doskonałą pamięć. Znalazła się w gronie pań, które skupiły się w katowickim oddziale Towarzystwa Kultury Teatralnej. I ono zapewniło im kursy żywego słowa. Pani Marta miała znakomitą dykcję i występowała w domach wczasowych i hotelach robotniczych. Startowała w konkursach gawędziarskich. Film był dla niej formą nobilitacji. Znalazła się piętro wyżej.

O roli w filmie „Na straży swej stać będę” Marta Straszna opowiadała nie tylko w opolskim Klubie Akademickim. Aleksandra Klich notuje w biografii twórcy filmu („Cały ten Kutz”) taką jej wypowiedź: – Rutko, jo mom to wszystko w dupie, co ludzie godajom, jo wcale niy chciała nago grać – zwierzała się przyjaciółce Rucie Kubac. – Mówiłam Kutzowi, że nagie to powinny być młode. Ale on mnie przekonał. Wytłumaczył mi to tak: Nagich dup to ja mam na kopy. A ty masz z łóżka wstać i zrobić tak, żeby szlag trafił tych esesmanów.

Młodą łączniczkę, która zdradziła z powodu odtrąconej miłości i ściągnęła na głowę bohatera filmu gestapowców, grała w tym filmie żona reżysera, Iwona Kutz. O grze pani Marty (w tej samej książce) mówiła tak: – Pani Marta bardzo to przeżywała. Wytłumaczyłam jej, żeby skupiała się na słowach, nie na swojej nagości. Gdy zobaczyłam film, pomyślałam, że to najpiękniejsza scena – nagość starej kobiety ratuje życie młodych ludzi. Moje nagie ciało, ciało młodej kobiety, niszczy je. Jeśli ktoś poczuł się obrażony tą jej nagością, to znaczy, że nic nie zrozumiał z tego filmu.

– To najpiękniejszy w polskim kinie obraz starej kobiety. W jej nagości jest pierwotna świętość – pisał o tej scenie krytyk filmowy Tadeusz Sobolewski.

Ale do historii kina Marta Straszna przeszła jednak filmem „Paciorki jednego różańca”. Amatorka, która miała być tylko statystką, tak się spodobała Kazimierzowi Kutzowi, że zagrała razem z Augustynem Halottą, górnikiem z Bogucic, małżeństwo Habryków – parę głównych bohaterów.

On, dawny przodownik pracy, nie chce się pogodzić z decyzją kopalni, która każe mu opuścić prywatny domek i przenieść się – jak mówi – do szuflady z betonu, czyli do bloku. Halotta gra w filmie – pewnie nieświadomie – swój własny los. Za honorarium za film sprawia sobie nowe zęby i przenosi się do nowego miejsca w życiu. Niedługo później – podobnie jak grany przez niego bohater – umiera.

Ty Staro Demokracjo!

Marta Straszna przeniosła do swojej roli całe życiowe doświadczenie. Urodzona w Siemianowicach wyszła za mąż za młodego Niemca i szybko została wdową. Jako wdowa po żołnierzu Wehrmachtu zaraz po wojnie została zatrzymana w obozie dla ludności niemieckiej w Rudzie Śląskiej (lokalnym odpowiedniku naszych Łambinowic). Wkrótce wychodzi za mąż powtórnie. Zwierza się przyjaciółkom, że nie całkiem szczęśliwie. Lepiej od niej wykształcony mąż nie szanuje jej przesadnie. Do tego stopnia, iż Marta wyznaje, że „przi chopie” czuje się nikim. Żeby być panią, wychodzi z domu. Podczas jednego z takich wyjść trafiła do domu kultury katowickiej kopalni „Gottwald”. Zgłasza się na krasomówczy konkurs i – niespodziewanie dla samej siebie – wygrywa.

Habryka przez większą część filmu też traktuje ją z góry. On filozof, chociaż z pyrlikiem w ręku, któremu nie myli się – jak mówi – Karol Marks z Karolem Mayem, nazywa swoją żonę niezbyt elegancko Starą Demokracją. Pokłady wzajemnej czułości objawią się widzom dopiero pod koniec filmu. Szczęście burzy śmierć Habryki we śnie.

W „Paciorkach” oboje z Augustynem Halottą byli fantastyczni. Właśnie tak: byli fantastyczni, a nie fantastycznie grali. Marta nie grała. Ale zachowywała się tak naturalnie, tak po śląsku prosto, że widz wierzy, że ogląda prawdziwe życie. Ale jak nie wierzyć, skoro nad łóżkiem wiszą obrazy takie same jak u ciotki. A Habryka z sąsiadem, który złamie się pierwszy i przeniesie do bloku, śpiewa pamiętany z dzieciństwa (i wtedy przeze mnie nierozumiany) refren piosenki: „Lampecka zgasła, celynder puk, a jo z Marikom do łóżka fuk”.
Przed pisaniem tego tekstu obejrzałem film na nowo. Patrząc na Bronię Habrykową, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że na ekranie widzę moją ciotkę Klarę z bytomskiego familoka. Ten sam gwarowy zaśpiew, wykrochmalona zopaska, podobna fryzura, taka sama pobożność, nawet krok lekko kołyszący i przez to jakby ciut niepewny.

– Efekt był taki, że warszawiacy w ogóle filmu nie rozumieją – uważa Rafał Mościcki, prezes Stowarzyszenia Opolskie Lamy. – Domagali się, żeby pod filmami Kutza były napisy. Nie tylko dlatego, że nie rozumieli gwarowych tekstów i nie wiedzieli, że gelender to poręcz. Oni nie rozumieli także odległych kulturowo realiów. Oglądali film i często nie wiedzieli, o czym on jest. A moda na aktorów amatorów wraca. I powody są takie same jak wtedy, pod koniec lat 70. Ludzie mają dość opatrzonych twarzy. Agata Kulesza uczy się śląskiego, żeby móc zagrać Ślązaczkę. I to wychodzi średnio. A ludzie tacy jak Marta Straszna wciągnięci do filmu zyskują drugie życie.

Spotkałem się niedawno z dziewczyną, która przyjechała z Rudy Śląskiej w charakterze przedstawiciela handlowego elektrowni. Młody reżyser Damian Kocur wziął ją do filmu krótkometrażowego. Ty chyba grałaś w filmie – mówię. Tak, to była największa przygoda mojego życia – odpowiada.

Rafał Mościcki przyznaje, że nie każdy umie zachować naturalność przed kamerą. Marta Straszna umiała w sobie „kamerę wyłączyć”, zapomnieć, że będzie oglądana w kinie. Sztuką reżysera jest, żeby taką perełkę nieodczuwającą skrępowania przed kamerą znaleźć. Znaleźć ludzi, którzy mają jakąś prawdę do przekazania i ją głoszą.

Profesor Smolińska nie ma wątpliwości, że nie byłoby Marty Strasznej aktorki, gdyby najpierw nie było fantastycznej gawędziarki, nie domowej, która „łosprowio” wnukom, ale scenicznej – występującej dla publiczności.
– Jeździłam za nią na występy. Miała bardzo szeroki repertuar. Inny dla seniorów, inny dla młodych górników, inny dla dzieci. Mawiała nieraz, że może gwarą opowiedzieć wszystko, czego publiczność sobie zażyczy. Ona mnie tym zafascynowała – mówi pani profesor – że bazując na otwartym stosunku do ludzi, znalazła sposób na życie. Jak ją zobaczyłam na ekranie, pomyślałam, że wkracza w nurt innej kultury. Najpierw trzymała się tego, co jej przekazały babcia i matka. Kiedy poznała Kutza, obudziły się w niej inne apiracje. Chciała być aktorką. Zresztą wszyscy ją chwalili, że tyle o życiu wie, że ma taką dobrą dykcję. Była dumna, że z grupy gawędziarek Kutz właśnie ją wybrał. Patrzyła w niego jak w obraz. To był dla niej awans społeczny.

– Była na ekranie uosobieniem typowej Górnoślązaczki, pilnującej domowego ogniska – pisał o niej w dwudziestą rocznicę śmierci w miesięczniku „Śląsk” Jan F. Lewandowski. – Zagrała z niesłychaną werwą, przekonująco, a była na ekranie po prostu sobą. Za tę kreację nagrodzono ją Srebrnym Globem Lubuskiego Lata Filmowego w Łagowie w 1980 roku. Wspólnie z Augustynem Halottą byli wtedy sensacją filmowego sezonu.
Co stało za sukcesem Marty Strasznej? – Miała wrodzony talent i wielki temperament aktorski – pisał w „Ścinkach i klapsach” Kazimierz Kutz. – Miała w sobie energię, która pozwalała jej przekraczać granice własnych możliwości. To droga do poznania siebie, droga do szczęścia. Straszna była szczęśliwa.

Niedługo po roli w filmie „Sławna jak Sarajewo” wyjechała do Niemiec, zostawiając mieszkanie dorosłej wnuczce. Chciała załatwić sobie emeryturę po mężu.
– Zachowała to w tajemnicy, zresztą ja aż tak w jej życie prywatne nie wkraczałam – przypomina sobie profesor Smolińska. – Dopiero z Niemiec napisała mi list i poinformowała o swojej decyzji.

– Patrzcie na mnie! Jestem zwykłą Ślązaczką. Ani Polką, ani Niemką - mówiła w obozie dla przesiedleńców we Friedlandzie - zanotował Jan F. Lewandowski. - Wybrałam lepsze życie, choć prawie 70 lat przeżyłam w Siemianowicach. Bo mamy takie prawo. Wiela lot tam czekałam na paszport albo na głupi telefon. Bo komunisty myśleli chyba, że jak się bydymy łączyć kożdy z kożdym, no to się dogadamy i któregoś dnia to wszystko dupnie.

W Moguncji żyła niewiele ponad trzy lata. Zmarła na zawał 6 lutego 1992 roku. Zanim syn zdążył przyjechać, została skremowana i pochowana. Wydobył urnę, przywiózł ją do kraju i tu pogrzeb odbył się po raz drugi. W Siemianowicach.
– Ta niezwykła kobieta miała dwa katolickie pogrzeby odprawiane w dwóch językach, jak to często w naszych stronach bywa – zanotował Kazimierz Kutz.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.