Krzysztof Strauchmann

Lekcja szacunku do policjantów

Lekcja szacunku do policjantów Fot. pixabay.com
Krzysztof Strauchmann

Pięciu nyskich policjantów od 9 lat jest sądzonych za bicie aresztantów na komendzie. To śledztwo od początku było stronnicze - dowodził w sądzie ich dawny przełożony.

O godzinie 2.30 w nocy 24 sierpnia 2007 roku nieoznakowany policyjny samochód mknął do Nysy. Dwóch policyjnych wywiadowców po cywilnemu wiozło na tylnym siedzeniu dwóch młodych mężczyzn, zatrzymanych w Łambinowicach w związku z wezwaniem do awantury w barze. O 2.38 dowódca patrolu przez radio wezwał dyżurnego komendy w Nysie.

- Hary z tej strony. Wyślijcie mi radiowóz pilnie na trasę Kubice. Niech wezmą ode mnie jednego agresora. Ja jestem w Jasienicy, mam dwóch agresorów. Rozumiesz?

Po chwili patrol odezwał się jeszcze raz: - W tej Jasienicy stoi gościu bez koszulki i demoluje wioskę. Ja się tam nie zatrzymam, bo mam dwóch agresorów na pokładzie i jadę do Nysy.

Młode koty lubią się włóczyć

Wersje wydarzeń są dwie, całkowicie rozbieżne w zasadniczych sprawach. Jedno jest jednak pewne. To była gorąca noc na nyskiej komendzie. Sobota, koniec wakacji, upał. Młodzież w takie noce zbiera się na świeżym powietrzu, albo w knajpie jak ma pieniądze. Piją piwo, gadają, czasem się awanturują. Nawet grzeczni na co dzień, spokojni chłopcy potrafią nieźle popić i dokazywać. Mieszkańcy sąsiednich domów nie mogą spać z powodu hałasów, więc dzwonią na policję i proszą, żeby interweniować. I tak się zaczyna.

Tego dnia późnym wieczorem w rejonie ul. Narutowicza w Paczkowie zebrało się około 20 młodych ludzi.

- Nie wiem, jaka była przyczyna interwencji, bo nie było awantur, ale zachowywaliśmy się głośno - zeznawał w sądzie jeden z uczestników zajścia. Policjant, który w ramach wewnętrznego śledztwa sprawdzał potem te wydarzenia, w raporcie zanotował, że młodzi pili alkohol, rozbijali butelki, a kiedy na miejsce przyjechał miejscowy radiowóz, zaczęli krzyczeć do patrolu: Pały, wyjdźcie! Nas jest więcej!

Miejscowi funkcjonariusze wezwali posiłki. Do Paczkowa zajechały dodatkowe radiowozy i trzy cywilne samochody z wywiadowcami. Część zebranych zaczęła się rozchodzić po okolicy, ale policjanci rozjechali się po mieście i zatrzymywali podejrzanych ludzi. Spędzano ich w jedno miejsce, ustawiono w szereg, legitymowano.

- Jak ktoś zgłaszał zastrzeżenia do policji, to był przewracany na ziemię i skuwany. Boleśnie - mówił w sądzie 26-letni wtedy Łukasz. - Kiedy już siedziałem skuty w radiowozie, policjant trzy razy psikał mi gazem w twarz mówiąc: Inhalacje!

- Chciałem zapalić papierosa, ale mi zakazali - zeznawał inny poszkodowany, 23-letni Grzegorz. - Mimo to włożyłem papierosa do ust. Wtedy chwycili mnie za ręce i wrzucili do radiowozu. Psikali gazem.

Tej samej nocy podobna interwencja miała miejsce w rejonie Nysy, nad jeziorem.

- Byliśmy głośno, ale nie awanturowaliśmy się - relacjonował przed sądem zatrzymany wtedy 25-letni Kornel. - Mój kolega Andrzej był pewny siebie. Mówił do policjantów, że czepiają się bez powodu. To się nie spodobało policjantom. Skuli nas. Byłem zły, w radiowozie krzyczeliśmy swoje żale. Być może też wulgarnie. Wtedy policjanci powiedzieli nam: Na komendzie porozmawiamy inaczej!

- Nasze gadulstwo zdenerwowało policjantów - zeznawał 29-letni Andrzej.

Trzeci tej nocy poprosił o pomoc właściciel baru w Łambinowicach, bo pijani klienci demolowali mu lokal i rozbijali kufle. Miejscowi funkcjonariusze poprosili o wsparcie.

Kiedy na miejsce dojechali cywilni wywiadowcy, pijani klienci już się rozeszli. Na ulicy obok zatrzymano dwóch głośno zachowujących się mężczyzn: Tomasza i Bogusława. To oni byli przewożeni o 2.30 do nyskiej komendy.

Policjant z patrolu w służbowym notatniku zapisał wtedy: „Kopali po wnętrzu samochodu, uderzali głową i ciałem o drzwi i oparcie foteli. Krzyczeli, że zrobią sobie krzywdę i oskarżą policjantów o pobicie”.

Nie można obrażać policji

Trzy dni po feralnej nocy ojciec jednego z zatrzymanych - Mateusza z Paczkowa - pojechał do komendanta w Nysie i złożył formalną skargę, że na komendzie pobito mu syna. Komendant zlecił przeprowadzenie wewnętrznego postępowania wyjaśniającego. Kontrolujący ustalił, że Mateusz z Paczkowa w czasie przewożenia radiowozem na komendę w Nysie groził, że załatwi policjantów. Pluł. W czasie wyprowadzania z pojazdu głośno krzyczał: „Ludzie, jak mnie biją!”. Wielokrotnie krzyczał, żeby sugerować pobicie. Policjanci musieli użyć wobec niego gazu i chwytów obezwładniających. Wniosek końcowy: funkcjonariusze nie dopuścili się przewinienia dyscyplinarnego. Komendant zatwierdził raport. Prokuratura w Nysie też nie miała do niego zastrzeżeń.

Jesienią 2007 r. sprawą zainteresowało się Biuro Spraw Wewnętrznych, czyli „policja w policji”. Policjanci z BSW dotarli do uczestników zdarzeń, a swoje wnioski wysłali do prokuratury. Śledztwo trafiło do prokuratury w Prudniku, żeby uniknąć podejrzeń o stronniczość. Prowadził je emerytowany dziś prokurator, którego syn też pracuje w policji, choć w innej jednostce. Prokurator osobiście przesłuchał wszystkich zatrzymanych wtedy na nyskiej komendzie. Ich zeznania w śledztwie, generalnie potwierdzone w sądzie, jeżą włosy na głowie.

- Kiedy już byłem na komendzie, ściągnięto mi buty i bito po stopach chyba pałką - zeznawał Łukasz z Paczkowa. - Ktoś uderzył mnie w krocze, ktoś inny w ucho. Leżałem tak chyba 3-4 godziny, bity do przeraźliwego bólu. Obok bito moich dwóch kolegów. Policjanci się śmiali i nagrywali to na telefon.

- Chyba z 10 razy uderzono mnie książką po plecach. Ten co bił, mówił, że nauczy mnie prawa - mówił Grzegorz z Paczkowa. - Bito mnie pałką po stopach, aż wyłem z bólu. Jeden z nich powiedział, że będą mnie bić, aż się zesram. Mnie nawet moja matka nie bije. Jakim prawem robią to policjanci?

- Kiedy prowadzono mnie skutego na komendzie, rosły policjant popychał mnie na ścianę i meble, a gdy upadłem, podnosił mnie za kajdanki - mówił Kornel zatrzymany nad jeziorem. - Zebrali się wokół mnie mówiąc, że cwaniakuję, że jestem pyskaty. Byłem tym oburzony. Sam zacząłem krzyczeć i wymyślać. Wtedy ściągnęli mi buty i skarpetki. Jeden siedział mi na plecach, a inny bił czymś po bosych stopach, że krzyczałem z bólu.

- Przykuto mnie do kaloryfera - zeznawał Andrzej, którego policja zgarnęła nad jeziorem. - Jeden z policjantów bił mnie rękami i pałką i pouczał, że nie można obrażać policji.

Do trzech razy w sądzie

Tej nocy na komendzie było mnóstwo ludzi. Prudnicka prokuratura oskarżyła w sądzie pięciu policjantów, których poszkodowani potrafili w jakiś sposób zidentyfikować.

- Nigdy nie trafiłem na tak bezczelnych mężczyzn - wyjaśniał w sądzie funkcjonariusz oskarżony o pobicie aresztantów zatrzymanych w Łambinowicach. - Byli wulgarni, krzyczeli, że mają znajomości. W aucie uderzali o zagłówki, a jeden zaczął otwierać okno wołając, że co mu zrobimy, jak wyskoczy? Wzywany do pomocy radiowóz nie dojechał. Musieliśmy się zatrzymać, po kolei wyciągnąć ich z radiowozu i skuć kajdankami do tyłu.

Żaden z oskarżonych nie przyznał się do winy i nie obciążył kolegów. Tej nocy owszem, trzeba było użyć siły, żeby uspokoić „agresorów”, ale zrobiono to w niezbędnych zakresie, nie przekraczając uprawnień policji. Nikt nikogo nie bił po stopach, po plecach, nie zakładał parcianego worka na głowę. Nikt nie widział i nie słyszał krzyczących z bólu. Część oskarżonych dostała też świetną opinię na swój temat od związków zawodowych. Natomiast jeden w 2010 roku został skazany w innej sprawie za przemoc wobec zatrzymanych. Wyleciał z policji.

W czerwcu 2011 r. nyski sąd rejonowy uniewinnił wszystkich oskarżonych. Sąd nie uwierzył młodym ludziom. Prokuratura złożyła apelację i sąd okręgowy kazał sądowi rejonowemu jeszcze raz zbadać sprawę.

Drugi wyrok zapadł w kwietniu 2013. Tym razem wszyscy oskarżeni policjanci zostali skazani na kary od 2 lat do 4 miesięcy więzienia, ale w zawieszeniu. Dla funkcjonariuszy taki wyrok oznacza pożegnanie ze służbą. Tym razem apelację napisali adwokaci. Od 2 lat kolejny sędzia z Nysy prowadzi rozprawę. A nie jest to proste. Minęło 10 lat, część świadków rozjechała się po świecie, zapomniała, nie stawiają się na wezwania. Sąd ustala, dlaczego i jedni, i drudzy, i poszkodowani, i policjanci, czasem zmieniali swoje zeznania. Przypominali sobie więcej trzy lata po zdarzeniach, niż pamiętali w czasie przesłuchania po paru miesiącach.

- Uważam, że ta sprawa od początku jest prowadzona stronniczo - oświadczył na ostatniej rozprawie ówczesny przełożony wywiadowców. - U żadnego z nich nie zauważyłem skłonności do agresji. Tygodniowo zatrzymywaliśmy 7-8 osób i nie pamiętam, żeby ktoś się skarżył. Tak dobrzy policjanci dzisiaj już rzadko się zdarzają.

Krzysztof Strauchmann

Jako dziennikarz zajmuję się wszystkimi wydarzeniami związanymi z powiatem nyskim i prudnickim. Piszę reportaże o ciekawych ludziach, interesuję się życiem społecznym i gospodarczym, zachęcam do uprawniania turystyki. Interesuję się historią regionu, zwłaszcza tą najnowszą. Staram się dostrzegać przemiany we współczesnym świecie. Zależy mi na tym, aby dotrzeć do dociekliwego Czytelnika z interesującym tematem w ciekawej formie.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.