Krzemieniec w mitologii Paźniewskiego

Czytaj dalej
Fot. Archiwum autora
Stanisław S. Nicieja

Krzemieniec w mitologii Paźniewskiego

Stanisław S. Nicieja

Pisząc esej o Włodzimierzu Paźniewskim, wybitnym pisarzu mieszkającym w Katowicach, przywołałem jeden z mitów krzemienieckich, który wyszedł spod pióra tego świetnego stylisty. Oto inne jego krzemienieckie opowieści w mojej trawestacji.

Sklep Izaaka Moszkowicza

W Krzemieńcu przed wybuchem II wojny światowej było kilkadziesiąt sklepów – głównie żydowskich, co na Wołyniu było regułą. Znamy nazwiska ich właścicieli zapisane w księgach meldunkowych i telefonicznych.

Nie ma wśród nich nazwiska Izaaka Moszkowicza, właściciela sklepu, któremu Paźniewski poświęcił bodaj najpiękniejsze i najdowcipniejsze strony swej powieści. Możemy się domyślać, że w fikcyjnej postaci kupca Moszkowicza autor skumulował wiele prawdziwych opowieści o krzemienieckich i wołyńskich właścicielach sklepów korzennych, bławatnych czy owocowo-warzywnych z bogatym wyszynkiem. Ten legendarny powieściowy sklep Izaaka Moszkowicza w Krzemieńcu wyróżniał się tym, że na jego wystawie wylegiwał się wypchany krokodyl, a szyld – wypisany koślawymi literami – głosił: „Artykuły kolonialne, bławatne i pozostałe”.

Specjalnością sklepu Moszkowicza były fajki z drzewa czereśniowego, przepalane koniakiem w celu uzyskania odpowiedniego aromatu. Cieszyły się wielką popularnością i zjeżdżali po nie klienci nawet spod Łucka, Pińska i Lwowa. Leciwy ksiądz Kuczyński, namiętny palacz dobrego tytoniu, przyjeżdżał do Krzemieńca rozklekotaną bryczką i wchodząc do sklepu z wypchanym krokodylem w oknie wystawowym, oznajmiał:

– Ty, drogi Moszkowicz, choć jesteś obcej wiary, na fajkach znasz się jak prawdziwy chrześcijanin i ten fakt zostanie wzięty pod uwagę na Sądzie Ostatecznym, co spraw, miłościwy Boże, amen. A teraz pokaż, kochanieńki, towar.
– Nu – mówił Moszkowicz – przywiózł ja tytuń buczacki, nu, co ja mówię, to nie jest żaden tytuń, to jest rublowe złoto, nie tytuń. Takiemu klientowi ja go za darmo dam i jeszcze dopłacę. A ty wiesz, ksiądz – pytał, zniżając głos – że tytuń buczacki palili apostołowie, nie żaden warszawski czy lubelski, tylko buczacki. I święty Piotr palił tytuń buczacki, i święty Łukasz. Nu, jeśli idzie o Judasz, ten palił tytuń kijowski. Mówił mi o tym w Łucku pewien zakonnik posiadający bardzo starą księgę.
– Oj, Moszkowicz, Moszkowicz – groził mu palcem ksiądz.
– To jest interes, z którego każdy wychodzi ze stratą – powiedział Moszkowicz i zabrał się do przeglądania grubej księgi buchalteryjnej.

Oto jedna z opowieści Paźniewskiego o roz­mowach w sklepie Moszkowicza. Jest ich tam wiele i każda podobnie pyszna, jak zacytowana wyżej.

Moszkowicz sprowadzał do swego sklepu bele pociętych na kawałki skórek tygrysich – do przykładania, gdy ktoś cierpiał na reumatyzm. Przyjeżdżali po te „skórki” klienci i spod Równego, i spod Kosowa Poleskiego, i spod Ostroga, płacąc po 2 złote od sztuki. Paźniewski kreśli w swej powieści taki m.in. dialog między sprzedawcą a klientami:

– Drogo – krzywili się co poniektórzy. Na Matkę Boską Sienną kupowali my w Kowlu takie skórki po złotówce.
– U Moszkowicza to jest prawdziwy bengalski tygrys – bronił się kupiec – w Kowlu to musiał być ufarbowany kot. Nu, otrzymał ja wczoraj list z Krakowa, w którym jeden profesor medycyny pisze: „A zwłaszcza proszę Szanownego Pana o przysłanie trzech kawałków skóry tygrysiej, bo reumatyzm dokucza, a wiadomo, gdy skórką tygrysią bolące miejsce wygrzejesz, to i rwanie przejdzie”.

Wizyta wnuczek
Powyższy list przyszedł miesiąc po tym, jak najstarsza córka Moszkowicza – Tina, przygotowująca się do studiów prawniczych we Lwowie i dla rozrywki namiętnie czytająca wieczorem książki Dołęgi-Mostowicza – niespodziewanie pod koniec sierpnia uciekła z oficerem flotylli rzecznej do Pińska, zostawiwszy na ladzie sklepu swego ojca list złożony z jednego zdania: Kochani Rodzice! Nie usiłujcie mnie szukać. Tina

Kilka lat później pod krzemieniecki sklep Moszkowicza podjechała dorożka z piękną młodą damą, w kapeluszu z wielkim rondem i woalką, z muszkami na twarzy, w towarzystwie dwóch dziewczynek. Po wejściu do sklepu, wskazując na brodatego kupca z kopiowym ołówkiem za uchem, powiedziała do córek podziwiających wypchanego krokodyla na wystawie:
– Basiu, Alinko, podejdźcie bliżej. Ten pan za ladą to wasz dziadek. Powiedzcie mu grzecznie „dzień dobry”.
Tę scenkę kwituje Paźniewski stwierdzeniem, że tego dnia na drzwiach sklepu Moszkowicza pojawiła się kartka z napisem: „Kupiec przeprasza, kupiec musiał pojechać po towar do Łucka”.

Moszkowicz słynął z tego, że potrafił sobie dać radę w każdej sytuacji życiowej i wychodził z różnych opresji. Gdy którejś jesieni dwóch młodych ludzi pikietowało przed jego sklepem, trzymając transparent z napisem: „Nie kupuj u Żyda”, kupiec umieścił w swojej witrynie napis: „Nie kupuj u Żyda – kupuj u człowieka Izaaka Moszkowicza”. I wtedy dwaj pikietujący zwinęli swój transparent i poszli.

Legenda o przyjeździe Mesjasza na żydowskiej furce

Izaak Moszkowicz po przestudiowaniu w Wiedniu pewnej starej księgi nabrał przekonania o rychłym nadejściu Mesjasza, który miał zbawić ludzi na świecie. Zbawca miał przyjechać z Podola na Wołyń ubogą żydowską furką, ciągnioną przez chuderlawego konia. Miał być podobny do Kuby Leyba, jeżdżącego po wsiach i miasteczkach wołyńskich z nawoływaniem: „Szmaaaty kupuję, stare ubrania, żelazo!”.

Wybawca miał pewnego dnia zatrzymać się przed sklepem z wypchanym krokodylem w oknie wystawowym i poprosić o bochenek chleba bądź o nocleg. Ponieważ po okolicy jeździli nędzarze zbierający niepotrzebne już ludziom butelki, złom czy szmaty, Mosz­kowicz obawiał się, że nie rozpozna tego, który będzie prawdziwym Mesjaszem.

Zasięgnął więc porady u rabina z Dubna, pytając, co się stanie, gdy nie rozpozna Mesjasza. Rabin po długim milczeniu podniósł oczy znad księgi, którą czytał, i odpowiedział krótko: „Wtedy wszyscy zginiemy i nastąpi koniec świata”. Moszkowicz bardzo się przejął tą przepowiednią i gdy tylko przed jego sklepem zatrzymywała się nędzna furka ze śmiertelnie zmęczonym koniem, z kołami oblepionymi błotem, w twarzy zmęczonego furmana uważnie szukał rysów tego, który miał przybyć z Podola w podartym chałacie i przetartej lisiurce na głowie, niosąc upragnione ocalenie. Aby się nie pomylić, każdego z takich przybyszy wchodzących do jego sklepu witał serdecznie pytaniem: „Może herbaty?” I gdy nabierał podejrzenia, że być może jest to przybyły z Podola Mesjasz, wołał do córek: „Tina, Mila, gdzie jesteście? Nastawcie czajnik. Herbaty gruzińskiej, szybko! Nie – poprawiał się – może być nawet angielska!”. A do przybysza mówił: „Skąd to prowadzą drogi? Oby zawsze były krótkie”.
Moszkowicz nigdy nie doczekał się Mesjasza w swoim sklepiku z wypchanym krokodylem na wystawie. Zginął prawdopodobnie w krzemienieckim getcie.

Wypychacz ptaków

Do Krzemieńca od czasu do czasu przyjeżdżał utrudzony podróżą po bezdrożach Wołynia wypychacz ptaków, z małą walizeczką zawierającą ostre, przypominające chirurgiczne narzędzia skalpele, szczypce do wyciągania flaków i wyłuskiwania kości oraz wiele innych dziwnych przyrządów.

Najczęściej proponował zakup wypchanego szczygła na kawałku czereśniowej gałęzi albo dużego dropia. Gdy przychodził do sklepu Moszkowicza, najczęściej żalił się, że coraz trudniej o robotę: Wypychacza teraz nikt nie zamawia, nawet dziedzice we dworach. Przed wojną, panie, to miałem robotę przez cały rok, jak zaczynałem objazd dworów pod Kamieńcem Podolskim, to kończyłem w Brześciu nad Bugiem. Jednego razu wypychałem konia dla pewnego rosyjskiego pułkownika. Był do niego tak przywiązany, że kiedy łoszak padł na zapalenie płuc, nie chciał go oddać rakarzowi na mydło i skórę i zaraz tego samego dnia posłał po wypychacza. A dziś, Boże mój kochanieńki, w miesiącu człowiek jakiegoś bekasa lub pawia oporządzi, ot, i cała robota. Pisał mi brat z Ameryki, że tam wypychacze są w cenie. I chce, żebym ja tam przybył. Dlatego muszę uciułać trochę grosza

Zawód wypychacza ptaków rzeczywiście upadł tuż po pierwszej wojnie światowej. Jednym z wypychaczy na Kresach był w swej młodości znany później poeta Marian Ja­chi­mowicz z Borysławia, który po wojnie osiadł w Wałbrzychu i tam zmarł – ma tam dzisiaj bibliotekę swego imienia.

Legenda o austriackim konsulu w Krzemieńcu

Na jednym z przedmieść Krzemieńca osiadł tuż po I wojnie światowej elegancki starszy pan, często spacerujący po mieście w cylindrze na głowie, z jedwabnym szalem, w prążkowanych spodniach, w lakierkach na nogach, z czarnym parasolem i białą muszką. Oszczędny w ruchach, chodził najczęściej słoneczną stroną rynku. Zachodził na kawę i ciastko z kremem do kawiarni Lewickiego. Znajomi tytułowali go konsulem, panowało więc w Krzemieńcu przekonanie, że był to dawny konsul monarchii austro-węgierskiej. On sam nie protestował. Pewnego razu nawet w przypływie dobrego humoru potwierdził ten fakt, mówiąc, iż tuż przed upadkiem Austro-Węgier i abdykacji cesarza Karola I pełnił funkcję konsula w Sztokholmie.

Mieszkał w małym domku, spędzając całe godziny za biurkiem, nad którym wisiało małe mosiężne godło nieistniejącego już państwa. Gdy tylko mógł, były konsul bronił wyśmiewanej i wykpiwanej dawnej monarchii. Był jej gorącym patriotą.
Na początku lat trzydziestych przed podniszczonym domkiem, gdzie mieszkał były dyplomata c.k. monarchii, zatrzymał się elegancki różowy buick z chorągiewką Republiki Austriackiej na masce i wysiadło zeń dwóch elegantów we frakach. Jak się okazało, był to ambasador austriacki w Warszawie ze swoim sekretarzem.

Konsul przyjął ich z wielką godnością. Włożył nawet na tę okoliczność połyskliwy frak z białą muszką i czekał przed wejściem do domu. Wiedząc wcześniej o tej wizycie, kazał pomalować zabrudzoną klatkę schodową i pociągnąć zieloną farbą sztachety na starym parkanie otaczającym zubożały dom.

Opowiadano później w Krzemieńcu, że dyplomaci zaproponowali mu objęcie funkcji austriackiego konsula honorowego na wschodnim obszarze Polski – bez specjalnych obowiązków, z wysoką pensją miesięczną i dużym apartamentem w hotelu „Austria” we Lwowie. Były konsul c.k. odmówił jednak przyjęcia tego zaszczytu, bo – jak tłumaczył później w kawiarni kilku przyjaciołom – nie potrafił zmienić się z zajadłego monarchisty w republikanina. Wierzył, że monarchia habs­burska jeszcze się odrodzi. Wycinał z gazet informacje o księciu Ottonie Habsburgu, urodzonym na dwa lata przed wojną potencjalnym następcy tronu.

„Zobowiązania dyplomatyczne są w obecnych czasach lekceważone. Oto dlaczego nie chciałem przyjąć posady państwowej” – powiadał do żony jakby na usprawiedliwienie.

Mariusz Olbromski – bard dzisiejszego Krzemieńca

Mijają kolejne dziesięciolecia odcięcia Krzemieńca od państwowości polskiej, a mimo to nie ubywa w Polsce piewców oryginalności tego miasta, głosicieli jego wagi i znaczenia w kulturze polskiej. Czas robi swoje. Starsi odchodzą, ale ich miejsce zajmują przedstawiciele młodszych generacji. Tak jest w przypadku urodzonego w 1955 roku w Lubaczowie Mariusza Olbromskiego – poety, eseisty, prozaika, muzealnika i działacza kultury.

Wywodzący się z rodziny o kresowych korzeniach Olbromski – absolwent filologii polskiej i klasycznej stał się u schyłku XX wieku jednym z najbardziej aktywnych strażników pamięci o Kresach, ze szczególnym uwzględnieniem Krzemieńca. W latach 90. XX wieku jako dyrektor Wydziału Kultury w Urzędzie Wojewódzkim w Przemyślu wspierał odradzające się na Kresach polskie środowiska i szukał porozumienia z Ukraińcami.

Inicjował i współorganizował festiwale kultury polskiej na Kresach, dni Zbigniewa Herberta we Lwowie, konkursy literackie im. Kazimierza Wierzyńskiego, dni Franciszka Karpińskiego w Stanisławowie i w Kołomyi, uczestniczył w organizacji Muzeum im. Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu i Muzeum Conrada-Korzeniowskiego w Berdyczowie. Po 2001 roku jako dyrektor Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej doprowadził w Przemyślu do wzniesienia imponującego nowoczesnością gmachu muzealnego. Był inicjatorem utworzenia w Przemyślu Muzeum Dzwonów i Fajek, ale szczególne zasługi położył, organizując przez kilkanaście lat wspólnie z polskimi i ukraińskimi artystami i intelektualistami „Dialog Dwóch Kultur”.

Mariusz Olbromski napisał setki artykułów i wiele książek o tematyce kresowej, m.in. „W poszukiwaniu zaginionych miejsc”, „Lato w Krzemieńcu – legendy znad Ikwy”, „Po­mniki pisarzy i poetów polskich na Kresach w dawnej Rzeczypospolitej” (trzy edycje), „Podróże na Kresy” oraz „Śladami słów skrzydlatych” – o miejscach pochówku wybitnych Polaków na Kresach.

Bodaj najbardziej oryginalną z wymienionych książek jest „Lato w Krzemieńcu” (Warszawa 2009). Poeta i literaturoznawca prof. Jacek Łukasiewicz – nauczyciel uniwersytecki Olbromskiego, recenzując ją, napisał: Jest to książka pełna uroku, dziwnie jednolicie proza łączy się w niej z wierszami. W połowie jest to antologia wierszy Olbromskiego zilustrowana znakomitymi, wysmakowanymi artystycznie fotografiami okolic Krzemieńca. Aby ułatwić czytelnikom recepcję tej poezji, autor opatrzył swoje wiersze komentarzami mówiącymi o okolicznościach ich powstania oraz objaśnieniami historyczno-biograficznymi.

Druga część zawiera antologię legend krzemienieckich, m.in. o Skałach Dziewiczych i Górze Bony, o zakopanych dzwonach czy też o wędrujących krzyżach z krze­mienieckich cmentarzy. Są to legendy po­wszechnie znane, przypominane codziennie przez krzemienieckich przewodników, ale Olbromski opowiedział je po swojemu: nasycił narrację wielką dozą poezji, nostalgii, zadumy i mocno osadził w historycznym oraz literackim kontekście. Wprowadzając czytelnika w mitologię okolic Krzemieńca, napisał: Legendy i historia są jak sen i jawa. Rzeczywistość często odbija się w snach, ale niekiedy one ją wyprzedzają lub ukazują jeszcze inną, głębszą jej treść. Tak jest z legendami, które pozornie naiwne, są tajemniczym stopem wydarzeń, przeczuć i myślenia ludzi.

Wiersze Mariusza Olbromskiego o tematyce kresowej, opublikowane w dziesiątkach różnych periodyków – od „Arki” i „Lwowskich Spotkań” po londyńską „Biesiadę Krze­mieniecką” – zebrane są w kilku tomikach. Swoista antologia tych wierszy znalazła się w obszernej (256 stron) publikacji pt. „Dwa skrzydła nadziei” (Lubaczów-Lwów 2014). Jest w niej wiele wierszy poświęconych Krzemieńcowi i okolicom. Oto fragment jednego z tych wierszy:

Świta – i morzem mgieł pod nami płynie
nad krętą, krzemieniecką pradoliną,
gdzie miasto w lotnych falach zatopione
przez chwilę trwa mityczną Atlantydą (...)
I znów, Juliuszu, w tym czarownym
mieście,
gdzie wieże te same pośród gwiazd
błądzące,
nad twym rodzinnym domem
lecą meteory
i w ciemnych szybach nagle objawiają
przez jasne mgnienie – wersy przelotne.

Mariusz Olbromski – długoletni dyrektor i budowniczy Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej w Przemyślu, od kilku lat kieruje Muzeum Marii i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku pod Warszawą. Organizuje tam regularnie spotkania z pisarzami, poetami, malarzami, muzykami, promując ich dzieła. Jest od lat jednym z najbardziej aktywnych animatorów polskiej kultury. Bardzo często jeździ do Krzemieńca, utrwalając legendę tego niezwykłego wołyńskiego miasteczka.

Stanisław S. Nicieja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.