Konsulat Niemiec w Opolu istnieje już ćwierć wieku

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda

Konsulat Niemiec w Opolu istnieje już ćwierć wieku

Krzysztof Ogiolda

Powstanie konsulatu w Opolu uzgodnili Helmut Kohl i Tadeusz Mazowiecki. Nie od razu się przyjął. W latach 90. bywał oblewany farbą. Dziś spotyka się tu mniejszość i większość. Nie tylko na tradycyjnym letnim grillu.

Jeszcze dziesięć lat temu większość Opolan przybywających po paszport z różnych stron regionu pytała o niemiecką ambasadę albo jeszcze bardziej bezpośrednio: o to miejsce, gdzie można wyrobić sobie czerwoną książeczkę na wyjazd do pracy w Niemczech. I nic dziwnego. Przez wiele lat opolska placówka dyplomatyczna wytwarzała najwięcej paszportów na świecie. Nawet 25 tysięcy rocznie. Kiedy z polskiego krajobrazu znikały kolejki, przed konsulatem „ogonek” ustawiał się każdego dnia.

Dziś nazwa „konsulat” przebiła się już do świadomości na dobre. Wnioski o paszporty, stwierdzenie obywatelstwa czy inne niemieckie dokumenty nadal się tu załatwia. Bo wielu mieszkańców regionu wciąż ich potrzebuje, zarówno ze względów praktycznych, jak i symbolicznych. Ale zasięg działania konsulatu jest o wiele szerszy.

To tu mogą liczyć na pomoc w różnych potrzebach obywatele Republiki Federalnej - turyści, którzy zgubili dokumenty czy pieniądze albo zostali okradzeni. Pracownicy konsulatu pomagają w nawiązaniu kontaktu w Niemczech z rodzinami osób, które zmarły w Polsce (tak było m.in. po katastrofie hali w Katowicach) i pomagają załatwić formalności związane z przewiezieniem zwłok. Placówka opiekuje się też niemieckimi obywatelami, którzy weszli w konflikt z prawem i odsiadują w Polsce karę więzienia. Pomaga Polakom i Niemcom chcącym studiować w Republice Federalnej Niemiec lub uczyć się tam języka. Konsulat pamięta o obywatelach Niemiec, którzy leczą się w szpitalach południowej Polski, a czasem musi wspierać niemieckie szpitale w poszukiwaniu polskich obywateli, którzy leczyli się w Republice Federalnej, a nie wywiązali się ze zobowiązań.

W sprawach pilnych do dyspozycji interesantów jest telefoniczny dyżur całodobowy. - Pamiętam - akurat wtedy nie miałem dyżuru, ale zostałem poproszony o przyjazd do pracy - opowiada Franciszek Skrzypczyk, pracownik działu konsularno-prawnego. - Na stacji w Lublińcu stał pociąg z wracającymi z ćwiczeń w Polsce żołnierzami Bundeswehry. Było to jeszcze przed wstąpieniem Polski do NATO. Poprzedniego dnia w nieodległym Kłobucku zginął od strzału z karabinu człowiek. Żołnierze byli więc przesłuchiwani przez polski aparat prawa. Był na miejscu attaché wojskowy Niemiec z Warszawy. Byli też obecni pracownicy konsulatu. Okazało się, że ze śmiercią tego człowieka wojsko nie miało nic wspólnego. Sprawca znalazł gdzieś starą broń, wycelował w jakieś - zdawało mu się puste - szopy i nacisnął spust. Okazało się, że w środku znajdował się nabój, a za drzwiami szopy przebierał się jakiś pracownik budowlany. Kula utkwiła mu w głowie.

W konsulacie zdarzają się interesanci całkiem nietypowi. Kilka lat temu do opolskiej placówki trafił mężczyzna, który koniecznie chciał przekazać władzom w Niemczech swój fantastyczny plan przekształcenia całego Górnego Śląska w park narodowy.

- Jak przystało na placówkę dyplomatyczną, staramy się każdego klienta traktować poważnie - mówi Leonard Malcharczyk, asystent konsula z ponaddwudziestoletnim stażem pracy w konsulacie. - Prosimy o opisanie problemu i uzyskujemy odpowiedź właściwego niemieckiego urzędu. Nikt nie może poczuć się tutaj lekceważony.

Opolski konsulat ma jeszcze jedną cechę szczególną. A mianowicie... szczęście do kobiet. Ponad ćwierć wieku temu organizowała go hrabina Ingeborg von Pfeil. Obecnie kieruje nim - jako ósmy konsul w historii - Sabine Haake.

- Hrabina Ingeborg von Pfeil przyjmowała mnie do pracy w Opolu - wspomina Leonard Malcharczyk. - Była ujmującą kobietą i jednocześnie osobą z klasą, jak na szlachciankę przystało. I podobnie jak Manfred Gerwinat, nasz pierwszy konsul, miała w sobie mnóstwo entuzjazmu. Zgodnie z niemieckim zwyczajem dzień pracy konsulatu przecina półgodzinna przerwa obiadowa. Pani hrabina potrafiła w tym czasie po prostu położyć się na ziemi. Zasypiała natychmiast. A po drzemce brała się ze zdwojoną siłą do pracy. Oboje konsulowie wprowadzili taką atmosferę życzliwości i zaufania, że nikt z nas nie przychodził do roboty z niechęcią. Byliśmy zespołem i tak zostało właściwie do dziś. Od tamtych czasów wśród pracowników opolskiego konsulatu (jest ich obecnie 23) przetrwał zwyczaj wspólnego obchodzenia - przy kawie i cieście - urodzin, a także integracyjnych wyjazdów i wycieczek.

Na początku lat 90. niektóre pomysły przyjmowały się z trudem.

- W 1993 roku w ramach integracji pracowników konsulatu wpadliśmy na pomysł wspólnych wyjazdów na basen w Gogolinie. Pan konsul Gerwinat zaproponował także wspólną saunę. Wchodzimy do środka, a tu konsul i jego małżonka siedzą, jak ich Pan Bóg stworzył. Dla nich, światowych ludzi, nie był to prawdopodobnie żaden problem, ale my rumieniliśmy się solidnie - dodaje ze śmiechem pan Malcharczyk.

Obecna konsul Sabine Haake mieszka na Pasiece i zdaje się czuć w Opolu jak w domu. Można ją spotkać na łyżwach na „Toropolu” albo podczas biegu po ścieżkach na wyspie. Jest w świetnej kondycji i wielu biegaczy mężczyzn przekonało się, jak trudno dotrzymać jej kroku. Sabine Haake spotyka się czasem na trasie z Romanem Kolkiem. Wicemarszałek województwa z mniejszości niemieckiej też jest entuzjastą biegania.

Nie jest tajemnicą, że kiedy Helmut Kohl i Tadeusz Mazowiecki uzgadniali, że w Opolu zostanie otwarty konsulat, ich motywacją było właśnie funkcjonowanie mniejszości w regionie. Opole jest prawdopodobnie jedynym na świecie tak stosunkowo małym miastem, w którym Republika Federalna ma placówkę dyplomatyczną.

- Od 2008 roku (wtedy wicekonsulat został podniesiony do rangi konsulatu) opolska placówka zajmuje się finansowaniem projektów kulturalnych mniejszości niemieckiej w całej południowej Polsce. Jest także naturalnym miejscem kontaktów przedstawicieli mniejszości z reprezentantami różnych urzędów z Republiki Federalnej - podkreśla pani konsul. - Przyjmujemy także niemieckich polityków i przedstawicieli samorządów i biznesu z Niemiec. Często po prostu takiego potencjalnego inwestora zabieramy do samochodu i wieziemy do konkretnej gminy. Tak było choćby z przedstawicielami firmy Haba Beton, którzy szukali miejsca, w którym znajdą potrzebne im surowce, czy z firmą MM Systemy z Kątów Opolskich, którą skontaktowaliśmy z wójtem Tarnowa Opolskiego, panem Mutzem.

Pani konsul nie ukrywa, że z radością patrzy, jak owe firmy otwierają kolejne hale czy oddziały w naszym regionie. - Czuję się trochę jak rodzic, który z radością obserwuje, że jego dziecko rośnie i dorośleje.

Kuloodporne okna z Niemiec

Konsulat powstał w 1992 roku, ale pierwsze prace w budynku przy konsularnej zaczęły się rok wcześniej. Niemiecką placówkę ulokowano w modernistycznej willi z lat 30. i zachowała ona zewnętrznie swój kształt z tamtych czasów (w okresie PRL-u rezydowało tu między innymi Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej). Wewnątrz na swoim miejscu zostały tylko główne ściany. Resztę trzeba było przebudować. Kuloodporne okna podawcze działu paszportowego zostały sprowadzone z Niemiec.

Na szczęście ich wytrzymałości nie trzeba było nigdy sprawdzać. Co nie znaczy, że konsulat od początku wszystkim się podobał. Na początku lat 90. jego ściany zostały oblane farbą. W 1995 roku odbyła się pod nim demonstracja skinów i placówkę musiała ochraniać policja. Mniejsze wiece środowisk prawicowych zdarzały się także w ostatnich latach. Ale nie zmieniają one świadomości, że konsulat został przez Opolan zaakceptowany.

- Republika Federalna Niemiec przez konsulat wyraża swoją szczególną więź z regionem i żyjącymi tu ludźmi, i jest wyrazem uznania dla nich - uważa Sabine Haake. - Cieszę się, że nasze 25. urodziny zbiegają się z 800-leciem Opola. Miasto to było w swej historii domem wielu nacji i kultur. I jeszcze dziś jest związane ściśle także z narodem niemieckim. Województwo opolskie pielęgnuje ścisłe kontakty z Nadrenią-Palatynatem. Miastami partnerskimi Opola są Poczdam, Ingolstadt i Mülheim an der Ruhr i utrzymują z nim świetny kontakt. W okolicznych gminach i w samym Opolu żyje wielu mieszkańców mających niemieckie korzenie. W Opolu mają swoje siedziby wszystkie znaczące organizacje mniejszości niemieckiej. To wszystko jak najbardziej uzasadnia obecność konsulatu Niemiec w tym mieście.

Niemiecka „ambasada” wpisuje się coraz mocniej w życie miasta. Od lat odbywa się w Opolu zainicjowany przez konsulat koncert noworoczny (zawsze z tłumną publicznością). Placówka organizuje Tydzień Filmu Niemieckiego, wspiera m.in. festiwal jazzowy i perkusyjny, wystawy, koncerty itp. Ale prawdziwą wizytówką konsulatu stały się cykliczne „stoły gospodarcze” z udziałem przedsiębiorców, którzy działają w regionie i wnieśli do niego niemiecki kapitał.

- Bliskie kontakty z tym środowiskiem nawiązał konsul Rolf Papenberg - wspomina Leonard Malcharczyk. - Ale sam pomysł stołu gospodarczego podsunęli sami biznesmeni. Okazało się bowiem, że często prowadzą interesy w odległości paru kilometrów od siebie, a wcale się nie znają. Zaczęliśmy się spotykać regularnie za kadencji Ludwiga Neudorfera, by wymieniać doświadczenia i pomysły, a także sygnalizować problemy. Zwłaszcza że gośćmi stołu są regularnie także reprezentanci większości z władzami na czele. Gościem najbliższego marcowego spotkania będzie marszałek województwa.

Co najmniej dwa razy konsulat był poważnie zagrożony. Pierwszy raz w 1997 roku, gdy jego pracownicy podzielili los mieszkańców tej części Opola, a budynek został po pierwsze piętro zalany wodą.

Woda parła z taką siłą, że w referacie paszportowym podniosła pełną dokumentów szafę i przykleiła błotnistym szlamem do sufitu. Kiedy woda opadła, szafę z trudem udało się oderwać. Ze środka pracownicy wyjęli setki paszportów. Rozłożyli je na kocach na tarasie i suszyli, przewracając kartkę za kartką. Praca była żmudna, ale niestety żadnego z dokumentów nie udało się ocalić. Wszystkie po wysuszeniu zostały przeznaczone do zniszczenia.

Jak we wszystkich zalanych budynkach tynki trzeba było obić, a ściany suszyć. Cała operacja miała też swoją dobrą stronę. Okazało się ostatecznie, że mimo sięgającej TPPR-u przeszłości w budynku nie ma i najpewniej nigdy nie było podsłuchów.

Pracownicy konsulatu pamiętają, że choć sami byli w potrzebie, koordynowali sprowadzanie z Niemiec pomocy do walki z powodzią w innych miejscach regionu. Przez ich pośrednictwo przyjeżdżali z niemieckich landów strażacy oraz pompy. To było jedno z tych doświadczeń, które zbliżyło niemiecki konsulat nie tylko do mniejszości, ale i do większości.

Drugim była obrona konsulatu, kiedy w 1999 roku groziło mu - ze względów oszczędnościowych - zamknięcie.

- Pamiętam telefon arcybiskupa Alfonsa Nossola pytającego, co się u nas dzieje - wspomina Leonard Malcharczyk. - Na telefonie się nie skończyło. O ile wiem, biskup rozmawiał w tej sprawie z samym ministrem spraw zagranicznych Joschką Fischerem. W obronę konsulatu zaangażował się także marszałek województwa, późniejszy europoseł Stanisław Jałowiecki. Ocaleliśmy. Do pomysłu likwidacji nikt już nie wracał.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.