Jesteś sam jak palec? Poszukaj do niego dłoni

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Świderski
Lina Szejner

Jesteś sam jak palec? Poszukaj do niego dłoni

Lina Szejner

Badacze stosunków społecznych stwierdzili, że brak więzi międzyludzkich i głód bliskości to rodzaj choroby cywilizacyjnej. Lekiem na to są wspólnoty. Takie tworzą się najczęściej na wsiach, ale wytropić można je też w Opolu.

Z e statystyk wynika, że ludzie samotni żyją krócej i częściej chorują. Przyczyną są rozluźnione więzi rodzinne i prawie zupełny zanik domów, w których żyłoby kilka pokoleń. Takie zjawisko obserwuje się od kilku lat nie tylko w naszym kraju.

Duńczycy i Amerykanie znaleźli na to sposób. Robią wiele, żeby zintegrować lokalną społeczność, ale kiedy zaczęłam się bliżej przyglądać, w jaki sposób działają, okazuje się, że aby doszło do nawiązania ściślejszych kontaktów między ludźmi, potrzebna jest baza.

W obu wymienionych krajach stanowią ją kluby. To miejsca, do których ciągną ludzie nie tylko samotni, ale też tacy, którzy potrzebują szerszych kontaktów niż rodzinne. Wśród stałych bywalców znajdują towarzystwo do uprawiania wspólnego hobby - gry w brydża, ćwiczeń gimnastycznych, nauki języka obcego czy - jak ostatnio w Stanach - nawet do wspólnego smażenia powideł czy zrobienia jakiejś pożytecznej akcji dla mieszkańców osiedla.

- Te wszystkie inicjatywy można podciągnąć pod wspólny mianownik: spędzanie czasu wśród ludzi - mówi psycholog Daria Doniec.

Dla Polaków to za mało. Można przecież spotkać się ze swoją trójką do brydża i rozstać po kilku godzinach aż do następnego spotkania. Można umówić się na kawę, piwo, zdawkowo pogadać i odhaczyć kolejny dzień w kalendarzu. Nam chodzi jednak o coś więcej. Choćby o to, by między spotkaniami ktoś zadzwonił z pytaniem o zdrowie, ktoś zatroszczył się, dlaczego od kilku dni nie widziano nas w klubie. Potrzebujemy zainteresowania i ciepła od innych, bo to jest dla Polaków podstawa wspólnoty.

W ubiegłym roku, kiedy byłam w Przysieczy i rozmawiałam z członkiniami Koła Gospodyń Wiejskich, trafiłam na modelowy przykład takiej wspólnoty. Wprawdzie tamtejsze panie mają swój lokal, ale ich kontakty nie ograniczają się do okazjonalnych spotkań. Mogą na siebie liczyć w każdej trudnej sytuacji. Zwłaszcza te najstarsze. Wystarczy, że inne zauważą nieobecność którejś w sklepie, na porannej mszy św., już dzwonią, pytają, przychodzą...

Całkiem podobnie jest w innych opolskich wioskach, w innych kołach. Kobiety się o siebie wzajemnie troszczą. I o to przede wszystkim chodzi we wspólnotach. Ludzie mieszkający w miastach mogą im pozazdrościć.

Wydaje się, że mają oni szansę na stworzenie nowego stylu życia w oparciu o domy dziennego pobytu. Szkoda, że na razie jest ich jeszcze zbyt mało. Na osiedlu Malinka w Opolu taki ośrodek powstał sześć lat temu i widać, jak zmienił sytuację okolicznych mieszkańców.

Pani Ania przeprowadziła się do naszego miasta niedawno. Zrobiła to na prośbę syna, a i sama chciała być blisko jego rodziny.

- Przez dwa tygodnie płakałam codziennie i to po kilka godzin - wspomina. - Uważałam wtedy, że zrobiłam wielki błąd. Syn i synowa po całych dniach pracują. Wnuki też są zajęte. Na kontakt z nimi mogłam liczyć raz w tygodniu. Nie miałam do kogo otworzyć ust całymi dniami. Naprawdę, bez przesady. Pewnego razu zetknęłam się w windzie z panią w podobnym wieku. Zwierzyłam jej się, popłakałam, a ona zaprosiła mnie do siebie, a potem zaprowadziła do DDP „Malinka”. Tu poznałam kolejne dwie panie, z którymi się zaprzyjaźniłam. Przychodzę tu prawie codziennie, uczestniczę w zajęciach, ale spotykamy się także później. Razem chodzimy do filharmonii, do kina, wymieniamy się gazetami, dzwonimy do siebie i dzisiaj czuję się szczęśliwa, że tu mieszkam.

- Mieszkam na osiedlu Dambonia - mówi Bogusława Terech-Kobus i był czas, że czułam się tam bardzo samotnie. Stare związki, jeszcze z okresu pracy, jakoś się pozrywały, dzieci poszły w świat i moim towarzystwem był tylko telewizor. Kiedy przestawałam oglądać, chodziłam od okna do okna. Raz postanowiłam sama wyjść na spacer. W okolicy kościoła zobaczyłam panią w podobnym wieku, która niespiesznie szła przede mną. Postanowiłam ją dogonić. Przyspieszyłam kroku. Ona też. Zaczęłam prawie biec. Ona też. Dopiero kiedy naprzeciwko zobaczyłyśmy jakiegoś mężczyznę, pani poczuła się bezpieczna. Zaczepiłam ją, porozmawiałyśmy i odtąd się przyjaźnimy. Kiedy dowiedziałyśmy się o istnieniu tego domu na Malince, postanowiłyśmy zapytać, czy przyjmą nas z innego osiedla. I odtąd bywamy tu prawie codziennie, odwiedzamy się w mieszkaniach, razem bywamy na zakupach i troszczymy się o siebie nawzajem.

Marek Olewiński od niedawna zamieszkał z siostrą w Opolu. Przychodzi tu codziennie od dwóch tygodni. Jeszcze czuje się trochę obco, bo to nowe miejsce, ale się cieszy, że nie musi być sam w domu.

- Kolegów to on za wielu tu nie spotka - przyznaje Maria Trzmielewska. Mężczyzn przychodzi mało, może kilkunastu. Niektórych starają się przyciągnąć żony, ale oni nie bardzo chcą się integrować, opornie reagują na propozycje aktywnego spędzania czasu, a kobiety chyba dlatego dłużej żyją, bo nie czekają, aż ich dotknie choroba, nie wsłuchują się w siebie i nie chowają głowy w piasek, gdy coś się złego dopiero zaczyna dziać. A ja z koleżankami w piątki chodzę na pływalnię, kiedy było cieplej, dwa razy w tygodniu maszerowałyśmy z kijkami, teraz ćwiczymy w sali. A panowie się wstydzą. Nie dociera do nich przykład Chińczyków, którzy nie krępują się wykonywać ćwiczeń na wielkim placu.

- Kiedy okazało się, że jeden z naszych stałych bywalców zachorował i musiał iść do szpitala, trzeba było zrobić grafik, żeby zbyt dużo osób nie odwiedziło go w jednym czasie - śmieje się Katarzyna Sawicka, szefowa DDP. Ten dom staje się podstawą do nawiązywania głębszych relacji. Kiedy nie ma takiej bazy - nici ze wspólnoty. Mamy tu zarejestrowanych ponad 200 stałych bywalców. To oczywiste, że nie wszyscy będą się lubić, ale wszyscy znajdują tu pokrewne dusze o podobnych charakterach. Umawiają się na spotkania poza placówką, poznają rodziny, bywają u siebie w mieszkaniach, a nawet spędzają razem święta. Najistotniejsze jest także to, że najstarsi bywalcy, którym z wielu powodów najtrudniej u schyłku życia, mogą liczyć na serdeczną rozmowę i wsparcie młodszych.

Pani Jadzia ma 86 lat i z chodzikiem wybiera się za chwilę na spotkanie chórzystów, bo lubi śpiewać.

- Codziennie przywozi mnie tu córka i zostawia do czasu, gdy będzie wracać z pracy - przyznaje starsza pani. - Nie wyobrażam sobie, co ja bym robiła sama w domu. Czytać nie mogę, bo bolą mnie oczy. Telewizji też już za długo nie oglądam. Chybabym tylko szukała nowych chorób. A tu panie naprawdę się o mnie troszczą. Krzesło podstawią, herbatkę zrobią, pogadają, posłuchają...

Pani Joanna ma dopiero 82 lata i bardzo się cieszy, że ma towarzystwo, że może z kimś porozmawiać, że ktoś o zdrowie zapyta.

- Wie pani, dlaczego tak długo żyję? - pyta pani Krystyna Chudykowska, 90-latka, która niedawno obchodziła urodziny. - Bo przebywam wśród życzliwych, troskliwych ludzi.

Urszula Kasińska, młodsza od seniorek o kilkadziesiąt lat (dopiero na zasiłku przedemerytalnym) podstawia pani Jadzi krzesło, pilnuje, by zbyt wcześnie nie czekała przed drzwiami na córkę, tak po ludzku się troszczy, bo kiedyś, jak mówi, sama będzie tego oczekiwać od innych.

Grażyna Badowska, jedna z młodszych emerytek, mogłaby aktywnością obdzielić kilka osób. I doskonale zna się na komputerach. Pracuje nad kolejną stroną internetową i chętnie udziela rad tym, którzy mają problem z obłaskawieniem urządzenia. Tu też znalazła osoby, które podzielają jej drugą pasję: taniec.

- Chodzimy z grupką kobiet na dancingi do różnych lokali - mówi. - Sama, bez męskiego ramienia nigdy bym się na to nie odważyła. Ale teraz nawet w lokalu można tańczyć w kółku. Najważniejsze, by spotkać osoby, którym się chce. Tańczyć, ćwiczyć, uczyć obcego języka, a nie gnuśnieć w domu. Te zajęcia i ci ludzie sprawiają, że chce się żyć.

Wspólnota dla zdrowej żywności
Wzrost zainteresowania zdrową żywnością połączył entuzjastów. W wielu miastach powstały w ostatnich latach kooperatywy spożywcze. Zrzeszają grupy konsumentów, którzy chcą mieć dostęp do zdrowej żywności po przystępnej cenie. Sporządzają listę zamówień, delegują kupujących, gromadzą przywieziony towar w jednym miejscu. Sprawiedliwie dzielą się obowiązkami, przepisami, a często też razem gotują.

Lina Szejner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.