Jestem żoną księdza. Koleżanki uspokajam, że jak najbardziej legalną...

Czytaj dalej
Fot. Sławomir Mielnik (O)
Jolanta Jasińska-Mrukot

Jestem żoną księdza. Koleżanki uspokajam, że jak najbardziej legalną...

Jolanta Jasińska-Mrukot

- Tak zwyczajnie, jak inne małżeństwa, mamy lepsze i gorsze dni - mówi Dorota Czuderna-Pracka, żona ks. Wojciecha Prackiego, proboszcza parafii ewangelicko-augsburskiej w Opolu.

Czy mam zwracać się „pani Doroto”, czy raczej powinnam „pani pastorowo”?
Wymogu odgórnego od władz kościelnych nie ma, jednak są kobiety, które wolą „pani pastorowo”. Bo to jest wyróżnienie, tak przynajmniej jest przez wiele osób odbierane. Osobiście uważam, że jestem zwyczajną kobietą, więc nie oczekuję, żeby ktoś do mnie mówił „pani pastorowo”.

Nie widzi pani wyróżnienia, że jest pani żoną księdza?!
Jesteśmy po prostu rodziną. Taką jak wiele innych.

Rzeczywiście, poranny rwetes, który zaobserwowałam w waszym domu, w niczym nie odbiega od tego, jaki jest w innych. Pani mąż, ksiądz Pracki, odprowadza waszą Julcię do szkoły, a przy okazji wyprowadza psa. Pani przypomina mężowi, żeby kupił masło… Jednak to połączenie: mąż ksiądz, ta codzienność, jest jak zderzenie sacrum z profanum…
(Śmiech) W odbiorze katolików tak może być przyjmowane - bardziej profanum niż sacrum. Profanum dlatego, że jesteśmy zwykli, z tymi zwykłymi problemami, jak wszyscy inni. Tak zwyczajnie, mamy dobre i gorsze dni… Mój mąż oprócz zajęć duszpasterskich ma obowiązki rodzinne - jest dziecko, a to się wiąże z wieloma obowiązkami. Trzeba zrobić z córką lekcje, pójść na zakupy albo zaprowadzić na zajęcia popołudniowe. Ja pracuję, więc musi być podział obowiązków domowych. Dlatego profanum, bo codzienność wypełnia nasze życie. Ale sacrum się przewija, proszę popatrzeć, jest w życiu obecne!

Mieszkacie właściwie w kościele, bo w tym samym budynku jest wasza świątynia… I sala katechetyczna.
No właśnie, cały tydzień pracujemy, w niedzielę odzywa się zmęczenie, ale nie mówię: „Nie idziemy do kościoła”. W nabożeństwach, które odbywają się w naszej parafii albo poza nią, z racji powołania mojego męża bierzemy zawsze udział. A że nie mamy tutaj „instytucji babci”, to nasze dziecko zawsze z nami w nich uczestniczy. Chociaż staramy się zachować zdrowy rozsądek, żeby nie przesadzić. Kiedy mieszkaliśmy w Warszawie, Julka chodziła raz w tygodniu na nabożeństwo i do szkółki niedzielnej. W Opolu żyjemy życiem kościoła, więc pojawił się u dziecka bunt „nie chcę”, więc trzeba było wyważyć. Z czasem dziecko samo zapragnęło zaangażować się w życie naszego Kościoła.

Pani zapewne nie może ograniczyć się do życia rodzinnego i zawodowego. Pani jest pastorową.
Ale to, jaką jest się pastorową, zależy od niej samej - od jej charakteru, jej osobowości. Są żony księży, które stoją na uboczu, w ogóle się nie angażują w życie Kościoła. To jest zawsze wybór i każda ma do niego prawo. Żadne przepisy kościelne tego nie regulują, tutaj nie ma żadnego przymusu.

Z panią jest inaczej. W wiele spraw się pani angażuje - realizację wielu projektów. Prowadzi pani chórek dziecięco-młodzieżowy, jest organistką...
Nie mogę sobie odpuścić, bo moja osobowość, mój charakter mi na to nie pozwala. Nie potrafiłabym stać z boku. Chyba z ciekawości bym nie wytrzymała, że życie przepływa gdzieś obok, a ja w to się nie zaangażowałam. Mieszkam na parafii, jestem żoną księdza, więc czuję na sobie taką właśnie odpowiedzialność. Dlatego m.in. raz w miesiącu organizuję spotkania dla kobiet z naszej parafii.

O czym rozmawiacie na tych spotkaniach?
Są to spotkania, podczas których analizujemy wątki biblijne, odnosimy je do współczesności. Teraz mamy cykl spotkań na temat kobiet występujących w Biblii. Albo rozmawiamy też o kobietach, które mocno były zaangażowane w Kościele. Kobiet w Biblii jest bardzo dużo, niektóre są nawet nieznane z imienia. Spotkania rozpoczęłyśmy od starotestamentowej, bezimiennej żony Lota, o której wiemy tyle, że zamieniła się w słup soli. Na tych spotkaniach starałyśmy się wejść głębiej, psychologicznie, próbować się przyglądać, jakie emocje jej towarzyszyły. Przekładając na grunt naszego życia, jak byśmy same się czuły, kiedy by nam przyszło zostawić wszystko za sobą: rodzinę, przyjaciół. Zostawić dotychczasowe życie i pójść bez oglądania się za siebie. Stwierdziłyśmy, że każda z nas popatrzyłaby za siebie, bo każda z nas ma te same słabości… Analizowałyśmy też żonę Marcina Lutra, który chciał naprawiać Kościół, a w konsekwencji powstała nowa rzeczywistość. Narodził się ewangelicyzm. Żona Lutra to kobieta dynamit! Luter nazywał ją „panem Kaśką”, bo ze swoją ujawnianą energią i chęcią działania nie przystawała do ówczesnej rzeczywistości kobiecej. W ich małżeństwie zapewne była motorem, który prowadził Lutra. Na pewno go wspomagała w każdym jego działaniu.

Z tego wynika, że mężczyzna bez kobiety nie poradzi sobie w życiu?
Ale kobieta bez mężczyzny też sobie nie poradzi! Po prostu musi być jedno i drugie, żeby w życiu wszystko współgrało jak trzeba.

Marcin Luter jest waszym autorytetem, to dla ewangelików kryształowa postać…
Autorytetem jest na pewno. Ale kryształową postacią raczej bym go nie nazwała. Podczas spotkań wiele kobiet zwróciło uwagę na to, że miał swoje słabości, więc o tych słabościach też trzeba mówić. Dla mnie ważne jest, żeby nie robić z nikogo kryształowej postaci, bo każdy ma swoje drugie dno, które wcześniej czy później się ujawni. Po prostu uobecnia się sacrum i profanum, to dwie nierozłączne siły, które w nas współistnieją. My, ewangelicy, nie mamy panteonu świętych, bo uważamy, że nie ma ludzkiego ideału. Po prostu nie ma dnia, żebym nie popełniła błędu, ale ważne jest, by się do tego przyznać. I się zmieniać.

Czy pani dostała jakiś wzorzec „ żony księdza”? Może starsze stażem pastorowe wprowadzały panią w ten świat?
Nie, nie… nic podobnego. Zostałam żoną Wojtka w wieku 24 lat, co na współczesne standardy może się wydawać, że bardzo wcześnie. Wynikało to z tego, że wiedzieliśmy, że chcemy być razem - ja ze Śląska Cieszyńskiego, Wojtek z Wielkopolski, więc możliwości spotykania się byłyby dość utrudnione. Tak uznaliśmy, że nie ma co odkładać tego, co nieuniknione. A poznaliśmy się na studiach w Warszawie, oboje studiowaliśmy teologię. Na jednym roku byliśmy! Do tego bardzo Wojtka na początku nie tolerowałam (śmiech). Kiedy na pierwszym roku pierwszy raz przyjechałam do domu, powiedziałam do babci: „Wszystko dobrze, tylko jest taki jeden chłopak, który mnie strasznie drażni”. A babcia od razu: „Słuchaj, dziecko, to on będzie twoim mężem”.

Pan Bóg was połączył?
Chemia nas połączyła! Chemia… z działalności Bożej. Myślę, że byliśmy sobie gdzieś pisani, niemniej jednak musieliśmy do siebie coś poczuć, bo bez tego nie ma związku. Przecież kiedy wyjeżdżałam na studia, byłam bardzo zakochana w kimś innym. Nasze uczucie się rodziło…

Czy pani od razu wiedziała, że będzie żoną księdza?
Brat Wojtka też jest pastorem. Chłopcy, którzy kończą teologię, mają pięć lat, żeby podjąć decyzję. Niewielu czuje powołanie, niektórzy nawet później rezygnują. W przypadku mojego męża ta decyzja też dojrzewała. No i w pewnym momencie dowiedziałam się, że będę żoną księdza. Miałam 24 lata, kiedy trafiłam na parafię. I nikt mnie nie wprowadzał. Nikt mnie nie uczył, więc nie do końca wiedziałam, jak mam postępować, jak mam z wiernymi rozmawiać. Czasem to było stąpanie po kruchym lodzie…

… z popełnianiem błędów?
Błędy są nieuniknione. Nigdy nie zapomnę sytuacji, kiedy założyłam czerwony płaszcz, a jedna z parafianek zwróciła mi uwagę, że żonie pastora taki kolor nie przystoi. Nie wiedziałam, dlaczego taką gafę popełniłam… Dlaczego został oceniony mój płaszcz, a nie ja sama.

Już więcej pani czerwonego płaszcza nie założyła?
Gdzie tam! Stwierdziłam, że czasy się zmieniają i nie można kurczowo trzymać się przeszłości, więc zostałam zmuszona do przełamywania stereotypów. A do mojego czerwonego płaszcza dołożyłam jeszcze czerwony lakier do paznokci. Więc to było takie obopólne docieranie się. Poprzednie pokolenie miało takie wyobrażenie pastorowej, według którego to kobieta, która wiedzie życie w kuchni i cały swój czas poświęca domowi. I ciągle jest do dyspozycji męża albo podejmuje gości. To absolutnie nie leży w mojej naturze, ja bym chyba zwariowała. Uczę dzieci, jestem anglistą i uwielbiam swoją pracę. Kontakt z ludźmi to moja pasja.

Czy nawet przez chwilę nie chciała się pani pozbyć tego czerwonego płaszcza?
Był taki moment, ale tak mi się podobał… Miałam przez chwilę uczucie odrzucenia, a w takiej sytuacji bardzo łatwo coś przegapić i przegrać u ludzi. Wtedy najtrudniej odbudować dobre relacje i zaufanie. Ale stwierdziłam, że czerwony płaszcz nie ma wpływu na to, jaka jestem. Tak jak nie powinno się oceniać książki po okładce, tak nie powinno się mnie oceniać po tym płaszczu. I udało mi się przekonać, że ten czerwony płaszcz tak naprawdę nic nie znaczy. To raczej taki dodatek, który nie przekazuje tego, jaka naprawdę jestem.

Obawiała się pani utraty tego zaufania?
To nie jest tak, że ksiądz albo jego żona nie nadwerężą tego zaufania. Po prostu nie wszystkich się zadowoli, a ja mam też swoje słabości. Praca z ludźmi, bez której nie wyobrażam sobie życia, nie należy do najłatwiejszych. Muszę rozgraniczać to, co kościelne i parafialne, a co rodzinne. Tak jak wszędzie, te „buty zawodowe” pozostawić przed domem. To jest coś, czego nie doświadczają księża katoliccy, ja mam na uwadze, że musimy dobrze wychować dziecko.

A czy to nie jest tak, że to przełamywanie stereotypów i ten czerwony płaszcz ma coś wspólnego z Lutrem? Z niegodzeniem się z zastaną rzeczywistością?
W naszej wierze, w naszym Kościele funkcjonuje ewangelicki etos pracy - od najmłodszych lat się tego uczymy, żeby być sumiennym, odpowiedzialnym. A jeżeli coś rozpoczynamy, to musimy skończyć. Wiadomo, że to jest ideał, do którego trzeba zmierzać. Może dlatego częściej słyszę, że ktoś mi mówi w pracy: „Ty dokończysz, bo jesteś ewangeliczką”.

Wychowała się pani pod Cieszynem. W ewangelickiej rodzinie?
W małej wiosce pod Cieszynem, tam jest mój dom rodzinny. A mój tato jest ateistą, więc z Kościołem nigdy nie miał nic wspólnego.

Jak reagują koleżanki, kiedy dowiadują się, że jest pani żoną księdza?
Wiem, że wiele żon księży jest bacznie obserwowanych - w pracy, tam gdzie mieszkają. Kiedy w Warszawie koleżanki z pracy dowiedziały się, że jestem żoną księdza, były bardzo zaskoczone, pytały czy legalną. Wtedy uspokajałam, że jak najbardziej legalną, bo księdza ewangelickiego. Moje koleżanki też pytają, jak się mają do mojego męża zwracać. Mówię, że to mój mąż, więc po prostu Wojtek.

Jolanta Jasińska-Mrukot

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.