Jak ultramaratończyk spędza sobotę? Biegnie do Czech... na browarka

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Anna Grudzka

Jak ultramaratończyk spędza sobotę? Biegnie do Czech... na browarka

Anna Grudzka

Warzenie piwa nie wyklucza biegania ultra. Poza tym, idąc tropem zdrowego odżywiania, można powiedzieć, że to piwo, które my robimy, jest nawet fit - mówią biegacze-browarnicy.

Biegacz, a tym bardziej maratończyk, kojarzy się z żylastym, zwariowanym na punkcie zdrowego odżywiania chudzielcem, browarnik z kolei to w naszej opinii brzuchaty pan - kłam tym stereotypom zadają opolscy ultrasi, którzy między sezonami warzą złocisty trunek, a bywa, że parę kilometrów przed metą myślą głównie o nim.

Grupa ośmiu z nich (część to piwowarzy domowi) wzięło udział w trzeciej edycji Biegu po Piwo. Śmiałkowie pokonali za jednym zamachem blisko 90 km, czyli trasę z Opola do Jesenika w Czechach. Swój bieg zakończyli w małym browarze, gdzie, wcale nie wyglądając na zmęczonych, popijali chmielowy trunek.

- Kiedyś kolega, który nie ma nic wspólnego z bieganiem, ale jest świadomy tego, co ja robię, zaproponował: „Może byś tak pobiegł do knajpy jakiejś albo do browaru?”. Pomyślałem: czemu nie. Na pierwszy rzut poszedł Browar Widawa w Chrząstawie Małej pod Wrocławiem - opowiada Rafał Słociak, jeden z uczestników biegu. Wtedy nie było chętnych, żeby mu towarzyszyć, więc wybrał się sam. - Miałem świetny suport, bo kilka osób ze środowiska piwnego mi wtedy pomogło. Ustawili się w paru punktach na trasie i dopingowali. Na mecie przygotowali dla mnie szarfę z papieru toaletowego, a właściciel knajpy, do której dotarłem, przywitał mnie szklanką dobrego piwa - wspomina Rafał. Wtedy pokonał 78 km.

Druga edycja odbywała się pod nazwą „Bieg po piwo. Kontynuacja”. Nazwa miała swoje uzasadnienie, bo afterparty po pierwszym biegu odbywało się we wrocławskim pubie Kontynuacja. Metę drugiego biegu też zaplanowano w Kontynuacji - tyle że katowickiej. W trzecim biegacze wybrali się do Jesenika. Kierunek wybrano przypadkowo.

- Tym razem wystartowaliśmy jeszcze liczniejszą grupą niż ostatnio. Z Opola wyruszyły cztery osoby, kolejna dołączyła do nas po 18 kilometrach. Następna po 35 km. Kolejni uczestnicy doszlusowali już po czeskiej stronie, na ostatnim odcinku. Na mecie była nas ósemka i pies - mówi pomysłodawca akcji.

W sumie biegacze pokonali około 95 kilometrów. Po drodze były punkty kontrolne, gdzie można się było napić czegoś ciepłego, nie piwa, co podkreślali uczestnicy. Jego smak zostawili sobie na metę.

Złoty trunek tylko na mecie

Jak tłumaczy Rafał, ochota na złoty trunek, jeśli już przychodzi, to dopiero na ostatnich paru kilometrach biegu. Na taki wysiłek, jakim jest ultra, nie pomaga smak piwa, biegacze raczej pragną czegoś słonego, żeby zneutralizować słodycz żeli i batonów energetycznych.

- Czemu biegniemy? To jest wszystko ekstremalnie płytkie. Nie ma w tym głębszej ideologii. Po prostu prawie wszyscy biegamy dystanse ultra i lubimy piwo. Więc dlaczego nie. Coś trzeba w życiu robić - mówi Rafał. - Jedno drugiego nie wyklucza. To, że my warzymy piwo, nie świadczy, że tego piwa pijemy dużo. Poza tym, idąc tropem zdrowego odżywiania, można powiedzieć, że to piwo, które my robimy, jest bardzo zdrowe. Warzone wyłącznie z naturalnych składników, niefiltrowane i niepasteryzowane. W dodatku biorąc pod uwagę koszt domowej produkcji, taki wyrób jest zdecydowanie tańszy od najtańszych piw sklepowych. Fajne jest to, że możemy coś zrobić dla siebie i znajomych. Niczemu się nie podporządkowujemy. Warzymy to, na co mamy ochotę i co lubimy pić - dodaje.


Czemu biegniemy? To jest wszystko ekstremalnie płytkie. Nie ma w tym głębszej ideologii. Po prostu prawie wszyscy biegamy dystanse ultra i lubimy piwo. Więc dlaczego nie. Coś trzeba w życiu robić

Zdaniem Krzysztofa Lubocha, uczestnika biegu, te pasje mogą normalnie współistnieć. Wymienia Bieg Rzeźnika, jeden z najbardziej znanych maratonów ultra - i jest piwo na mecie. Wszystkie biegi czeskie długodystansowe mają piwo na mecie, Maraton Warszawski - piwo na mecie, Zimowy Maraton Bieszczadzki - piwo na mecie. Wniosek? Te dwie pasje łączą na mecie. Wiadomo, że piwo szkodzi zdrowiu, ale tylko w dużych ilościach! - wyjaśnia.

Bywa i tak, że biegacze zarażeni pasją browarniczą przygotowują specjalną limitowaną edycję złotego trunku dedykowaną zawodom. Tak było w przypadku Festiwalu ultramaratońskiego Beskidy Ultra Trail, gdzie piwo dla zwycięzców warzył właśnie Rafał Słociak, Krzysztof Luboch był z kolei autorem limitowanej edycji trunku dla zwycięzców Wzgórzowej 13 (bieg w Chrząszczycach).

Dla obu biegaczy maratony i piwowarstwo to oddzielne i zupełnie niezależne od siebie pasje. Łatwiej zrozumieć pasję browarniczą, ale co jest w bieganiu?

- Bieganie ultra jest ciekawe samo w sobie. Doświadczasz tylu emocji, że nie są potrzebne żadne dodatkowe smaczki. Poza pięknymi, górskimi widokami, można też odbyć bardzo cenną wycieczkę duchową - mówi Rafał Słociak.

Zaczyna się biec w strefie komfortu. W pewnym momencie granica zaczyna się zbliżać, a twój stan się pogarsza. To następuje szybko i nagle już wiadomo, że jest źle, ale że gorzej już nie będzie. Wtedy biegnie już głównie głowa. Bez mocnej psychiki nie da się rady - dodaje.

- Ale każdy kryzys prędzej czy później mija, o tym należy pamiętać. Dopiero w tych słabszych momentach człowiek tak naprawdę się rozwija i potrafi docenić tak prozaiczne przyjemności jak ciepłe łóżko czy gorąca kąpiel po biegu. Tym bardziej że myśląc o tym, zazwyczaj znajdujemy się w środku nocy w ciemnym lesie, głodni, zziębnięci, niewyspani, dość poważnie wyczerpani, a niekiedy do tego również całkiem przemoczeni - dodaje Rafał.

Dla 24-letniego Daniela Kokota, najmłodszego uczestnika biegu, sposobem na kryzys jest mantra: - Czasem zaczynam gadać głupoty - tak gdzieś na 60. - 70. kilometrze. Potem ból znika - mówi zwycięzca Wzgórzowej Trzynastki.

Mateusz Gruntowski, biegacz z Niemodlina, stosuje z kolei metodę małych kroków: - Plan jest taki, żeby dobiec do kolejnego punktu kontrolnego. Potem do następnego i następnego, aż jestem tak blisko mety, że nie opłaca się rezygnować. Ogólnie biegi ultra biegnie się dopóty, dopóki zaczyna strasznie boleć, potem biegnie się dalej - dodaje.

Na końcu biegnie głowa

O biegach ultra możemy mówić w przypadku dystansów powyżej 50 km. Najwięcej kręci się w okolicach setki. Najdłuższe biegi w Polsce mają 260 km.

- Aby się do takiego biegu przygotować, trzeba naprawdę dużo biegać. Są ludzie, którzy decydują się na dystanse ultra na początku kariery, ale to jest nieodpowiedzialne. Ja jestem takim przykładem - mówi Rafał Słociak.

Najlepszym treningiem są długie wybiegania, ale jeśli ktoś decyduje się na karierę wyczynową, to musi uwzględnić też jednostki treningu funkcjonalnego, gdzie ćwiczymy również siłę biegową, szybkość i wytrzymałość. Jest wiele szkół.

Najczęściej biegacze idą ścieżką: pierwsza piątka, potem dycha, połówka, maraton i kolejny. Po kilku ma się ochotę na bieg ultra. - Większość z nas przeszła trybem przyśpieszonym. W ogóle jesteśmy młodzi jak na biegaczy ultra. Szczyt formy w tego typu biegach osiąga się zazwyczaj po czterdziestce. Wbrew pozorom w młodym wieku wytrzymałość jest mniejsza - mówi Rafał Słociak.

Najważniejsze, by skupić się na celach. Uczestnicy Biegu po Piwo vol. 3 mają ich kilka.

- Na pewno Spartathlon. 246-kilometrowy ultramaraton śladami Filippidesa, z Aten do Sparty. Jest długi i ma bardzo rygorystyczne wymogi kwalifikacyjne, a potem już na samym biegu bardzo surowe limity na kolejnych punktach. Ten, kto go ukończy, dobiega do pomnika Leonidasa, całuje jego stopy i dostaje wieniec z gałązek oliwnych, a także czarę z wodą życia. W tym roku zmagania wygrał Polak Andrzej Radzikowski z czasem około 23 godzin. Co istotne, tylko trzech zawodników w 33-letniej historii tego biegu pokonało tę trasę szybciej - wyjaśnia Rafał Słociak.

Marzeniem Mateusza Gruntowskiego jest bieg granią Tatr, ale tu oprócz umiejętności trzeba mieć szczęście. Bo uczestnicy biegu są losowani. Daniel Kokot (choć, jak mówi, nie lubi gór) przygotowuje się z kolei, by w tydzień przebiec Główny Szlak Beskidzki - to, bagatela… 500 km.

- Z innych wyzwań to Maraton Piasków. To bieg ultra po Saharze, gdzie biegnie się przez osiem dni, przy czym trzeba mieć przy sobie, w plecaku, wszystko, co się chce podczas tego biegu zjeść. Biegacz ma tylko jeden komplet odzieży i śpi w namiotach berberyjskich razem z innymi uczestnikami. To jest niesamowita przygoda, tylko piekielnie droga, bo wpisowe to koszt około 5 tys. funtów. Jest w to wliczony transport powrotny zwłok, a na liście wyposażenia obowiązkowego jest pompka do wysysania jadu skorpiona. Wyzwaniem jest to też 168-kilometrowy wyścig dookoła masywu Mont Blanc, a najtrudniejszym biegiem na świecie jest chyba Badwater Ultramarathon w Dolinie Śmierci w Kalifornii. I nie chodzi o te 216 km, ale o to, że biegnie się w strasznym upale, gdzie temperatura w cieniu dochodzi do 50 st., zawodnicy poruszają się wzdłuż drogi asfaltowej, która wcale nie jest wyłączona z ruchu, no i trzeba mieć samochód, który będzie cię asekurował - mówi Słociak.

Żeby stać się ultrabiegaczem, na treningach trzeba spędzić długie godziny, często kosztem bliskich. - Rodziny ultrasów zazwyczaj tolerują nasze popaprane hobby, wiele godzin tygodniowo samotnych treningów. Teoretycznie najlepszą okazją do spędzania czasu razem są weekendy, a dla nas to zazwyczaj najdłuższy trening lub zawody. Ciężko być z biegaczem, nie będąc biegaczem. W gruncie rzeczy nasze rodziny zasługują na jeszcze większy podziw...

Anna Grudzka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.