Jak Opolanki ze wsi poszły na swoje

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Lina Szejner

Jak Opolanki ze wsi poszły na swoje

Lina Szejner

Praca u siebie wymaga odpowiednich predyspozycji, charakteru, kwalifikacji i przygotowania oraz wsparcia najbliższych. One to wszystko miały, więc porzuciły etaty.

Nie jest łatwo podjąć po latach decyzję, by diametralnie zmienić swoje życie zawodowe. Rezygnując z bezpiecznego etatu, kiedy to pracę ktoś organizuje, i stać się dla siebie sterem, żeglarzem, okrętem. Jeszcze trudniej, gdy się jest kobietą (romantyczną, ale i rozważną), która musi zdecydować, czy to, że nie będzie dojeżdżała do pracy, zrekompensuje wszystkie problemy, które wiążą się z podjęciem działalności gospodarczej. Czy nie straci na tym rodzina? Takie dylematy miały do rozwiązania trzy kobiety z Opolszczyzny.

Opuściłam strefę komfortu
Anna Wiśniewska-Łątka, zanim wyszła za mąż i zamieszkała w domu teściów w Brzezinie niedaleko Brzegu, skończyła studia w Opolu i dość szybko zorientowała się, że z wykształceniem animatora kultury będzie miała problemy ze znalezieniem pracy.

- Ponieważ doszłam do wniosku, że aby mieć większe szanse na rynku pracy, muszę się dokształcać, skończyłam podyplomowe studia w zakresie zarządzania projektami unijnymi we Wrocławiu, potem uzyskałam tytuł trenera biznesu i pracowałam w jednej z wrocławskich instytucji finansowych - wspomina. - Moja sytuacja była stabilna, za pracę nieźle mi płacono i to był - jak na dzisiejsze czasy - prawdziwy komfort. Jedynym mankamentem były jednak dojazdy. Wiązały się z codziennym przemierzaniem dużej aglomeracji, jaką jest Wrocław, i jeszcze z pokonywaniem kilkudziesięciu kilometrów na trasie do Brzegu. Mąż w tym okresie dojeżdżał do pracy w Opolu.

Bywały takie dni, że docierałam do domu około godziny 20. Chciałam mieć więcej czasu dla siebie, męża, domu. Myślałam o różnym profilu działalności, ale w końcu zdecydowaliśmy wspólnie z mężem, że stworzę sklep internetowy, który sprzedaje różnego rodzaju zabezpieczenia przeciwpożarowe dla firm i zapewnia ich montaż. W takim biznesie pracował w Opolu mój mąż i choć jego sytuacja zawodowa była również bardzo stabilna, zdecydowaliśmy, że gdy ja założę firmę, on również zwolni się z pracy.

Zanim do tego doszło, pani Anna ubiegała się o dotację unijną z prowadzonego przez Wojewódzki Urząd Pracy projektu „PO klucz do biznesu”. Gdy ją otrzymała, sprawa była przesądzona.

W międzyczasie pani Anna zdobyła jeszcze niezbędne uprawnienia. Studiowała eksternistycznie w Szkole Głównej Pożarnictwa w Warszawie. Dyplom i dotacja pozwoliły na otwarcie firmy, do której niebawem dołączył mąż. To było ponad trzy lata temu.

- Nie wchodzimy sobie w drogę - uśmiecha się moja rozmówczyni. - Ja szefuję, ale mąż jako pełnomocnik firmy ma te same uprawnienia. Podzieliliśmy się obowiązkami. On odpowiada m.in. za sprawy handlowe, a ja za marketing, rozliczenia, faktury. „Pójście na swoje” było dobrą decyzją. Spełniamy swoje marzenia. Mogliśmy kupić dom do remontu, więc mieszkamy też już u siebie. Tylko czasu nie mamy więcej niż dawniej, ale firma się rozwija i może będziemy mogli kogoś zatrudnić do pomocy.

Wreszcie robię to, co lubię
Iwona Kołbuc z Dobrzenia Wielkiego od lat dojeżdżała do pracy w Opolu. Niby nie jest to wielka odległość, ale przy trójce dzieci i prowadzeniu domu nie było łatwo. Nieprzypadkowo kiedyś, spośród wielu szkół, wybrała dla siebie krawiecką.

- Kochałam szyć i robiłam to już, będąc 6-letnią dziewczynką - wspomina. - Niestety, nie pracowałam w tym zawodzie. Po ukończeniu szkoły trafiłam do przemysłowej szwalni. Do obowiązków każdej z pracownic należało uszycie jakiegoś fragmentu odzieży. Mnie jako najmłodszej - doskonale to pamiętam - przypadł w udziale ten najtrudniejszy, z którym niełatwo było sobie poradzić. Zniechęciłam się tak, że przez wiele lat nie szukałam pracy w krawiectwie. Nigdy z nim jednak nie zerwałam. Szyłam dla siebie, dzieci, koleżanek. Interesowałam się modą i marzyłam, że kiedyś otworzę własną pracownię. Ale brakowało mi odwagi, siły, a także pieniędzy na spełnienie marzenia.

Kiedy dzieci dorosły, a najmłodsze skończyło 15 lat, pani Iwona postanowiła je wreszcie zrealizować. Staranie analizowała atuty.

- Wiedziałam, że mając skończoną dobrą szkołę zawodową i pasję, dysponuję dobrym warsztatem - podsumowuje. - Miałam też lokal we własnym domu, co jest istotnym elementem, ponieważ nie generuje kosztów, które w przypadku wynajmu są naprawdę niebagatelne. Śledząc nowinki modowe, czułam się na siłach, żeby szyć to, co jest na topie. Brakowało mi jednak pieniędzy na zakup profesjonalnych urządzeń. To był jeden z bardziej istotnych i najtrudniejszych warunków koniecznych do założenia tego typu firmy.

Wtedy jednak dowiedziałam się, że osoby takie jak ja mogą się ubiegać o wsparcie finansowe z Powiatowego Urzędu Pracy. Mój biznesplan, przygotowanie i determinacja sprawiły, że uwierzono w moje możliwości i dostałam pieniądze z PUP na rozruch własnej firmy. Uwierzył we mnie także mój mąż, który zgodził się dofinansować mnie w okresie startu, kiedy firma nie przynosi jeszcze zysku.

Iwona Kołbuc nastawia się na szycie modnej odzieży dla ludzi młodych. Będzie prowadzić sprzedaż internetową i wielki skok szykuje na wiosnę, kiedy przygotuje kolekcje sukienek, koszul i innych części garderoby z tkanin bawełnianych.

Na razie, w okresie rozruchu, stojąc jeszcze w dołkach startowych, założyła swojego fanpage’a i oferuje drobne akcesoria wyposażenia wnętrz - fartuszki, obrusy, maskotki, a także - jako forpocztę tego, co ma być zasadniczym asortymentem internetowego sklepu - koszule dla młodzieży. Urządziła już profesjonalnie swój warsztat. Dysponuje przemysłową maszyną do szycia, owerlokiem, hafciarką itp. Wystartowała.

„Na końcu świata” też da się żyć
Katarzyna Gowin mieszka w Młodniku, niedaleko Murowa, który - jak sama mówi - leży na końcu świata. Pięknie tu: dużo lasów, czyste powietrze, spokój... Są wszakże i złe strony mieszkania w tym rejonie. Na miejscu nie ma pracy. Pani Kasia jest pedagogiem i wcześniej dojeżdżała do niej w Opolu, podobnie jak mąż. Kiedy urodziła drugie dziecko, trudno było pogodzić pracę, dojazdy i wychowanie dzieci. Postanowiła zostać mamą na cały etat.

- Od zawsze lubiłam malować, rysować projektować i aby mieć jakąś odskocznię od monotonnych obowiązków domowych - wieczorami robiłam kartki, zaproszenia i zdobiłam tekturowe pudełka do przechowywania drobiazgów - wspomina. - Najpierw wysyłałam je do przyjaciół i rodziny, a gdy się im spodobały, zaczęli zamawiać podobne, by obdarować nimi swoich bliskich. Jakiś czas temu ktoś podsunął mi pomysł, abym zajęła się profesjonalnie „produkcją” tego typu gadżetów i otworzyła sklep internetowy.

Decyzja nie była łatwa, zwłaszcza że uruchomienie własnej firmy wiąże się z wykonywaniem prac, które dalekie są od zainteresowań młodej kobiety. Chodzi o prowadzenie finansów, przygotowywanie faktur, rozliczenia z klientami, dostawcami materiałów, a wreszcie konkretne działania marketingowe, które mają na celu pozyskanie zleceń. Kolejną sprawą był brak profesjonalnych urządzeń, które są konieczne, by realizować zamówienia na większą skalę. Ten ostatni problem został rozwiązany dzięki Powiatowemu Urzędowi Pracy, skąd - po spełnieniu odpowiednich warunków - pani Katarzyna otrzymała finansowe wsparcie, które wykorzystała na zakup urządzeń, przy pomocy których można wykonać kartki, zaproszenia ślubne i papierowe ozdoby w dużej ilości.

Nowej firmie w sukurs przychodzi moda. Coraz więcej osób rezygnuje z wysyłania świątecznych i urodzinowych życzeń drogą mejlową i powraca do ich papierowej formy. W cenie są więc kartki ręcznie robione, oryginalne i piękne. Takie właśnie przygotowuje z talentem pani Katarzyna, licząc na przedświąteczny boom. Oprócz reklamy w internecie ma też już stałych odbiorców swoich wyrobów pozyskanych poprzez skuteczną szeptaną reklamę. Ale ma też świadomość, że firma musi się rozwijać. W pierwszym roku działalności korzysta z ulgi w opłacaniu ZUS-u i innych zniżek. Potem będzie trudniej.

Sumując plusy i minusy przejścia na własną działalność gospodarczą, pani Katarzyna widzi więcej tych pierwszych. Najważniejsze, że ma pracę i godzi ją z obowiązkami mamy i pani domu. Ponieważ może się nią zająć dopiero, gdy mąż wróci do domu, ramy organizacyjne życia rodziny są dość precyzyjnie określone.

- Jedną z zalet nowej sytuacji była konieczność nauczenia się wielu dla mnie nowych rzeczy - uważa pani Katarzyna. - Dałam radę i uzyskałam dzięki temu większą pewność siebie. Ale jest i minus: brak kontaktu z ludźmi.

Lina Szejner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.