Dykta u Lidki, czyli ostatnia taka impreza. Jak to się stało, że dwie kobiety spłonęły żywcem w kamienicy socjalnej w Prudniku

Czytaj dalej
Fot. Fot. Krzysztof Strauchmann
Krzysztof Strauchmann

Dykta u Lidki, czyli ostatnia taka impreza. Jak to się stało, że dwie kobiety spłonęły żywcem w kamienicy socjalnej w Prudniku

Krzysztof Strauchmann

20 grudnia 2017 roku w kamienicy socjalnej na ul. Chrobrego w Prudniku żywcem spłonęły dwie kobiety.

Tego dnia w starostwie była wigilia dla samotnych. Staszek poszedł. Przyniósł stamtąd kilka krokietów. Zaniósł je na imprezę u Lidki. Siedzieli u niej w czwórkę, Zenek na pufie, Lidka na fotelu. Jeszcze koleżanka Lidki, nikt jej specjalnie nie znał, ale chyba była gdzieś kelnerką. Staszek usiadł na ziemi, bo więcej miejsca nie było. Lidka nie miała kanapy ani łóżka.

Miała za to ławę, na której na talerzyku stało kilka podgrzewaczy, malutkich świeczek w metalowym pojemniczku. Kiedy za oknem robiło się ciemno, zapalała te podgrzewacze, bo światła w mieszkaniu nie miała. Żeby mieć światło, trzeba płacić za energię. Do krokietów pili dyktę. Taki bezbarwny denaturat w półlitrowej, plastikowej butelce.

Staszek instruuje sąd, jak się rozrabia dyktę do picia. Skład sędziowski, piątka poważnych, kulturalnych ludzi, pochyla się z ciekawością znad stołu. Widać, że to dla nich nowość.

Dla Staszka to codzienna, przydatna umiejętność. Chętnie się tą wiedzą podzieli, może się komuś jeszcze przyda. Trzeba iść do kibla po wodę. U Lidki przynosiło się ją w plastikowej, dużej, półtoralitrowej butelce. Wody musi być trochę więcej niż połowa butli. Do tego leje się pół butelki denaturatu i już gotowe do picia.

Staszek zeznaje: – Wypiliśmy może po 3–4 kieliszki. Małe, mniej niż 50 gram.

Sędziowie w głowach liczą, ile jeszcze płynu zostało w butelce, skoro na początku było trochę więcej niż litr.

– Jak wychodziłem od Lidki, w butelce było jeszcze o, tyle – pokazuje ręką Staszek. A sędzia przewodniczący dyktuje do protokołu: Zostało jeszcze około 10 centymetrów.

Wysoki sąd ma ze Staszkiem problem. Chłop mówi niespójnie. 21 grudnia, dzień po pożarze, przesłuchał go prokurator. Jemu Staszek powiedział, że u Lidki na ławie paliły się małe podgrzewacze, a ona się grzała w ich cieple. Stojąc przed wysokim sądem, Staszek zeznaje, że jak przyszedł i gdy wychodził, to podgrzewacze się nie paliły. Było jeszcze jasno.

Niby to drobiazg, ale zaburza chronologię wydarzeń przyjętą przez prokuratora. W grudniu już po 17 jest ciemno na dworze. Uliczna latarnia wisi wyżej, nie oświetla mieszkania Lidki. Jeśli lampki się jeszcze nie paliły, to znaczy, że Staszek wyszedł przed 17. A powinien wychodzić około 20, inaczej nie pasuje to do innych zeznań.

Chyba że Staszek powiedział prawdę w śledztwie, a nie na rozprawie.

Kiedy tak siedzieli w pokoju Lidki, jedli te krokiety i pili, wpadł Sebastian K. - Co tu, k..., pijecie? Zabrał butelkę ze stołu i powąchał. - Denaturat rozwodniony!

Pozostało jeszcze 75% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Krzysztof Strauchmann

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.