Doktórka z Raciborza, co na medycynie Polkę w sobie odkryła

Czytaj dalej
Fot. Fot. Wikipedia
Krzysztof Ogiolda

Doktórka z Raciborza, co na medycynie Polkę w sobie odkryła

Krzysztof Ogiolda

Była Polką z wyboru, bo w rodzinnym domu mówiła tylko po niemiecku. Maria Kujawska w czasie powstania śląskiego jeździła jako lekarka pociągiem pancernym. W Ravensbrück więźniarki nazywały ją aniołem.

O medycynie marzyła od początku. I był to ambitny plan jak na możliwości szewskiego mistrza Wilhelma Raidy i jego żony Berty (z domu Jendrischek), która prowadziła dom i nie pracowała zawodowo. Nie miała zresztą wielkiego wyboru, skoro trzeba było wychować ośmioro dzieci (Maria była w tym gronie jedyną dziewczynką). Pragmatyczny ojciec zgodził się, żeby studiowała, ale postawił dwa warunki.

Po pierwsze najpierw musi skończyć seminarium nauczycielskie (jakby się nie udało zostać lekarką, będzie miała inny, bardziej dla kobiet w jej czasach oczywisty fach w ręku). Po drugie, razem z nią na medycynę zapisze się młodszy brat, Hans.

Ostatecznie studia wyższe ukończy czworo dzieci Raidów. W 1915 roku 22-letnia Maria zapisuje się na Wydział Medyczny Uniwersytetu Wrocławskiego. Po niemiecku mówi perfekcyjnie, bo jest to język komunikacji w rodzinnym domu.

Zakochana w Polaku i w Polsce

Nieoczekiwanie dla bliskich, a może i dla samej siebie, na uczelni razem z tajnikami anatomii i fizjologii odkrywa polskość. Polski nie ma jeszcze na mapie Europy, więc na niemieckiej uczelni studiują młodzi ludzie o polskiej tożsamości nie tylko ze Śląska, ale i z Wielkopolski. Maria przyjaźni się z nimi i postanawia nauczyć się języka polskiego (nie był jej z pewnością całkiem obcy, po śląsku mówiła na co dzień jedna z jej babek). Ślązaczka z Raciborza zakochuje się w koledze ze studiów, pochodzącym ze Śremu, Kazimierzu Kujawskim.

Robiła co mogła, czasem uciekała się do protekcji oficerów SS, aby pomagać innym. Nie zawsze się udawało

Razem zapisują się do tajnych polskich organizacji studenckich, Grupy Narodowej i ZET-u, organizacji działającej w trzech zaborach i przygotowującej kadry do pracy w przyszłej wolnej Polsce. Póki co młodzi Polacy jadą na rok akademicki 1917/1918 na studia do Monachium. Do Wrocławia Maria wróci jesienią 1918 roku. Po konflikcie z profesorem położnictwa opuszcza wydział i przenosi się na studia do Polski – do Poznania, potem do Krakowa, by ostatecznie latem 1920 roku w Warszawie dostać dyplom lekarski (Kazimierz skończył studia rok wcześniej). W listopadzie wyjeżdża na Białoruś. Tam w jednym z polowych szpitali leży chory na tyfus plamisty jej narzeczony. Jest nie tylko lekarzem, ale i oficerem Wojska Polskiego, uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej. Maria zawozi go na rekonwalscencję do rodzinnego Śremu i wraca na Śląsk. Nazywa się ciągle Rajda, ale pisze swoje nazwisko bardziej po polsku – z literą „j” w środku.

W Raciborzu przed plebiscytem agituje za Polską. W dniu, gdy Ślązacy deklarują, czy chcą żyć w Polsce czy w Niemczech, pełni dyżur lekarski w Polskim Sztabie Plebiscytowym w Bytomiu. Podczas trzeciego powstania śląskiego wszędzie jej pełno. Jest jedyną kobietą lekarzem w powstańczej służbie medycznej. Pracuje w punkcie sanitarnym w Szopienicach, pociągiem sanitarnym grupy „Wschód” odwozi rannych powstańców do szpitala w Sosnowcu, pracuje w polowym szpitalu w Toszku, by ostatecznie od stycznia 1922 roku zatrudnić się jako porucznik lekarz w Głównym Szpitalu Wojsk Powstańczych w Mysłowicach. Nie tylko leczy chorych. Organizuje kurs Czerwonego Krzyża dla średniego personelu medycznego. Przyszłe pielęgniarki uczą się tam nie tylko opatrywać chorych. Poznają także język polski i tajniki historii i literatury polskiej. O tej działalności pedagogicznej pamiętano pewnie, kiedy w 1974 Maria Kujawska została patronką Medycznego Studium Zawodowego w Opolu.

W sierpniu 1922 roku Maria i Kazimierz zostają małżeństwem. Racibórz po plebiscycie powstaniu pozostaje w Niemczech. Państwo Kujawscy zamieszkują po polskiej stronie granicy, w Katowicach, by rok później przenieść się do Brzezin Śląskich. Oboje pracują jako lekarze, a Maria zakłada ponadto w Brzezinach Towarzystwo Polek. Rodzi także cztery córki: Aleksandrę, Barbarę, Janinę i Marię (kiedy dorosną, wszystkie będą lekarkami).

W 1932 Kazimierz otrzymuje posadę lekarza powiatowego i rodzina wraca do Katowic. Maria nie tylko leczy pacjentów (aż do wybuchu wojny kierowała poradnią przeciwgruźliczą). Angażuje się w działalność Polskiego Czerwonego Krzyża, Towarzystwa Walki z Gruźlicą, Związku Gospodarczego Lekarzy Polaków Województwa Śląskiego i Śląskiej Izby Lekarskiej. Jej nazwisko znajdziemy też wśród członków założycieli Instytutu Śląskiego w Katowicach. Od 1931 jest wiceprzewodniczącą Towarzystwa Polek, największej na Śląsku organizacji kobiecej. Nie stroni także od działalności politycznej w Chrześcijańskim Narodowym Zjednoczeniu Pracy. W drugiej i trzeciej kadencji (od 1930 do roku 1935) posłuje do Sejmu Śląskiego. Kiedy znajdowała na to wszystko czas? Jej biografowie tej kwestii nie wyjaśniają.

Niemcy przyszli, nie znaleźli

Na wieść o wybuchu wojny małżeństwo lekarzy ucieka z katowickiego mieszkania. Okazuje się, że słusznie. W połowie września Niemcy przychodzą aresztować Kujawskich, ale już ich szczęśliwie nie zastają. Maria ewakuowała się w grupie polskich urzędników do Rumunii. Z czasem sprowadza tam także córki (w momencie wybuchu wojny były na letnisku u przyjaciół w centralnej Polsce). Mężowi nie udaje się wyjechać. Pracuje w czasie wojny jako lekarz w okolicach Skarżyska-Kamiennej i Kłobucka i szczęśliwie unika niemieckiego aresztowania.

Maria przyjmuje propozycję kierowania domem dla polskich matek z dziećmi („Home Suisse pour les enfants polonais”) stworzonym i utrzymywanym przez szwajcarskie towarzystwo charytatywne „Pro Polonia”. Dom ten usytuowano w Crikvenicy w Dalmacji, w ówcześnie neutralnej Jugosławii. Brała czynny udział w życiu zgromadzonej wokół domu kolonii uchodźców z Polski. Wydaje się, że jest bezpieczna. Ale to złudzenie. Po zajęciu Dalmacji przez Wehrmacht, w styczniu 1944 roku wszyscy członkowie tej grupy zostali aresztowani, a następnie zdolni do pracy wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Kujawska wraz z dwiema córkami (jedna ma 18 lat, druga - 16) znalazła się w Ravensbrück. Tu znowu była lekarką.

Jaka była, najlepiej opisują przydomki, jakie otrzymała. Więźniarki nazywały ją aniołem z Ravensbrück. Naczelna pielęgniarka SS mówi o niej „Humanitätsfimmel”, czyli bzik humanitarny.

Pomogło jej, że szanował ją naczelny lekarz SS. Ale i ta protekcja nie zawsze była skuteczna. Kobiet chorych psychicznie, którym próbowała pomagać, mimo braku leków, nie udało się ocalić od śmierci. Ale o tym, że kobiety przywiezione do obozu z powstania warszawskiego nie mogą być pozbawione opieki medycznej, udało się władze obozowe przekonać. Pomagała – z narażeniem życia – więźniarkom nieprzyjętym do obozowego szpitala, odwiedzając bloki, często pod osłoną ciemności.
Najbardziej spektaularną akcję Maria Kujawska przeprowadziła w lutym 1945 roku.Przekonała wówczas komisję SS do odstąpienia od przeprowadzenia selekcji chorych do komory gazowej w kierowanym przez nią 11. bloku szpitalnym.

Więźniarkom kazała się umyć i uczesać, ubrać się – na ile to możliwe w obozowych warunkach porządnie i – mimo wszystko – uśmiechać się. Kiedy komisja prowadząca selekcję dotarła na blok. Pani doktor głośno i pewnie oświadczyła, że jej pacjentki są rekonwalescentkami i na tym bloku ciężko chorych nie ma. Poskutkowało. A kiedy sama Maria zapadła na tyfus, mogła liczyć na pomoc i na modlitwę wielu więźniarek. Po opuszczeniu obozu, w maju 1945 roku doktor Kujawska powraca na Śląsk. Rozdzielona przez całą wojnę rodzina znów się łączy. Mąż zostaje lekarzem powiatowym w Pszczynie.

Lata powojenne

Maria Kujawska odrzuciła propozycję wyjazdu do Szwajcarii (dostała ją ze względu na zasługi dla Polskiego Czerwonego Krzyża). Pracowała w powiatowym ośrodku zdrowia w Pszczynie, zorganizowała tam oddział PCK, a na stacji Dziedzice – punkt pomocy medycznej dla repatriantów wracających na Śląsk z Zachodu. Pracowała w poradni dla dzieci, opiekowała się ciężarnymi. Chodziła do pacjentek pieszo, często po kilka kilometrów. Zmarła na zawał 23 maja 1948, przeżywszy męża o trzy lata.

Krzysztof Ogiolda

Jestem dziennikarzem i publicystą działu społecznego w "Nowej Trybunie Opolskiej". Pracuję w zawodzie od 22 lat. Piszę m.in. o Kościele i szeroko rozumianej tematyce religijnej, a także o mniejszości niemieckiej i relacjach polsko-niemieckich.
Jestem autorem książek:
Arcybiskup Nossol. Miałem szczęście w miłości, Opole 2007 (współautor).
Arcybiskup Nossol. Radość jednania, Opole 2012 (współautor).
Rozmowy na 10-lecie Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych, Gliwice-Opole 2015.
Sławni niemieccy Ślązacy, Opole 2018.
Tajemnice opolskiej katedry, Opole 2018.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.