Do broni trzeba się przytulić. Jak Polacy pokochali strzelanie

Czytaj dalej
Anita Czupryn

Do broni trzeba się przytulić. Jak Polacy pokochali strzelanie

Anita Czupryn

Od czasu inwazji Rosji na Ukrainę strzelnice w Polsce przeżywają prawdziwe oblężenie. Instruktorzy potwierdzają: - Faktycznie odnotowujemy zwiększone zainteresowanie strzelaniem i nauką strzelania. Nie każdy od razu musi być snajperem, ale warto nauczyć się, jak się obchodzić z bronią.

W sobotnie przedpołudnie drzwi do Strzelnicy FSO na warszawskiej Pradze niemal się nie zamykają.

- Dzień jak co dzień – mówi instruktor Tomasz, który będzie jednym z moich przewodników po strzelnicy. A widząc grupę ustawiającą się w kolejce do recepcji, dodaje: - Dzisiaj strzelnica stała się miejscem zacieśniania koleżeńskich i rodzinnych więzi, miejscem imprez, wieczorów kawalerskich.

Oto 13-letni Franek, który z okazji urodzin przybył na strzelnicę z mamą, starszym bratem i 12 kolegami. Zaprosił ich, aby wspólnie świętować, a przy okazji nauczyć się strzelać.

Starsze małżeństwo, na oko, grubo po sześćdziesiątce wykupiło pakiet dla par, zwany tu „Strzałem amora”. To specjalny pakiet dla dwóch osób, na który składają się cztery sztuki różnej broni. Krótko mówiąc, dziś mąż z żoną postrzelają sobie z: Glocka, pistoletu maszynowego Scorpion, Rewolweru 35 special oraz strzelby.

Grupka młodych ludzi, która ustawiła się przed recepcją, skorzysta z programu rozpowszechniania strzelectwa, jakie uruchomiło (i sponsoruje) Ministerstwo Sportu i Turystyki. Bezpłatne szkolenia strzeleckie przeznaczone są dla osób w wieku od 18 do 26 lat.
Ojciec, który przybył z dwójką kilkuletnich dzieci skorzysta z pakietu rodzinnego.

Instruktor Maciej dzieli klientów strzelnicy na dwie grupy: tych, którzy przychodzą, żeby się pobawić i postrzelać i tych, którzy przychodzą po to, żeby się czegoś nauczyć.

Strzelnica organizuje również różnego rodzaju eventy i wieczory kawalerskie, które odbywają się najczęściej w soboty. Niedziele z kolei są najlepsze dla wizyt rodzinnych, a najbardziej popularny pakiet to familijny.

- Rodziny z dziećmi to częsty widok na strzelnicy – opowiada instruktor Maciej. - Ojcowie wspominają czasy młodości, kiedy byli w zasadniczej służbie wojskowej. Zdarza się, że niektóre dzieci nie chcą strzelać. Nasza w tym głowa, jak ich zachęcić. No i połykają bakcyla.

Strzelnica FSO, jedna z największych w Warszawie powstała 6 lat temu; zaadaptowano pofabryczne hale, przedzielając je ściankami, które specjalnie wygłuszono. Jest też jedyną w mieście, która ma krytą, całkowicie zabudowaną oś strzelecką na 100 metrów.

Wszystkich osi – pistoletowych, karabinowych razem z osiami dynamicznymi z możliwością strzelania w trzech kierunkach i bez ograniczeń kalibru jest tu kilkanaście. A na każdej po kilka stanowisk strzeleckich.

Strzelecka przygoda

Urodziny Franka odbywają się według scenariusza: najpierw wysłuchanie instruktora, potem strzelanie, a potem tort ze świeczkami w osobnej salce.

Chłopcy nie kryją podekscytowania.

- Dla nas to jest pierwszy raz, ale niektórzy z chłopców już wcześniej strzelali – mówi mama Franka.

- Z bronią mamy do czynienia na co dzień – śmieje się kolega Franka, Hubert. I wyjaśnia to, co oczywiste: - No, w grach komputerowych.

- Na strzelnicy mogliśmy zauważyć, że różnica między strzelankami, które uprawiamy w domu, przy komputerze a tutaj, jest kolosalna. Po pierwsze broń jest ciężka. Ta, którą gramy w grach, to nawet nie wiemy, ile waży. No i w grze możemy wykupić nawet tysiąc naboi. Tu liczba amunicji jest bardzo mocno ograniczona – mówi Franek.

- Chodziło o to, aby znaleźć coś innego, pożytecznego. Takie zajęcia, które wniosą coś konkretnego w życie dorastających chłopców i nie będzie to komputer, smartfon czy skakanie na trampolinie. Przy okazji mieli możliwość odbycia krótkiego przeszkolenia. To, co dla mnie istotne – to że mieli styczność z rzeczywistością. Strzelnica to nie jest gra komputerowa, to jest coś rzeczywistego, a każdy błąd, jak mówił instruktor, niesie za sobą różne konsekwencje, czasem tragiczne. Chłopcy powinni wiedzieć, że tu nie zarobi się drugiego życia – opowiada mama Franka.

Nastolatkowie szybko też zorientowali się, że na strzelnicy nie ma żartów, a kto nie słucha instruktora, ten zostanie wyproszony.
- Instruktor był świetny. Świetnie tłumaczył. Skupiony na tym, co robi, zaangażowany – opowiadają jeden przez drugiego.
Instruktor Łukasz uśmiecha się, kiedy przekazuję mu te opinie.

Łukasz: - Tu nie ma przebacz. Jakby dzieciaki nas nie słuchały to bym wyprosił ze strzelnicy i na tym by się skończyła ich strzelecka przygoda. Nie jestem ich nauczycielem, nie będę tańczył, jak mi zagrają. Z nimi trzeba krótko: „Ręce wyjąć z kieszeni!” Jak który nie patrzy na mnie, gdy mówię, to każę powtórzyć to, co mówiłem przed chwilą. Wszyscy byli mega przejęci.
Instruktor Maciej dodaje: - Młodzież uważa, bo ją to interesuje. A jeszcze jak mówi się o tym poważnie? Ponieważ broń to poważna sprawa. To nie jest zabawka. Może wyrządzić krzywdę.

Rodzice przyprowadzają dzieci

Rodzin z dziećmi przychodzi naprawdę dużo. Jaka jest motywacja rodziców? Żeby pokazać, że to nie jest jak na komputerze. I one się przekonują, że faktycznie, nie jest.

Instruktor Łukasz wyjaśnia: - Rodzice biorą dzieci, żeby ich oderwać od telefonów, komputerów, żeby zaczęły robić coś innego. Tu nie ma motywacji , żeby się nauczyły strzelać i prowadziły działania, w razie gdyby coś miało się w Polsce wydarzyć. Przekaz jest raczej taki: „Nie siedź z telefonem, nie siedź przed komputerem, zobacz, że jest inna opcja, inaczej można spędzić czas”. Niektórzy traktują to hobbystycznie.

Jak sobie radzą dzieci? Przede wszystkim strzelają z innej broni. Nie dostają broni w standardowym kalibrze. Ten kaliber jest mniejszy, więc broń też jest dużo lżejsza, ma mniejszy odrzut, robi mniejszy hałas.

- Nie jest to broń zabawkowa, bo normalnie można nią razić, ale dostosowana jest do sportu, właśnie dla dzieci. Przychodzą, strzelają, a jak im się spodoba, to oni ciągną rodziców następnym razem, na następne zajęcia – opowiada instruktor Łukasz.
Co im się podoba? Najbardziej podobają im się otwory w tarczy.

Instruktor Maciej: Dla dzieci wielkie przeżycie mieć broń w ręku. Uczucia są skrajne: od paniki przez strach po ekscytację. My za każdym razem musimy to brać na chłodno.

Zaczęło się od Ukraińców

Instruktor Maciej opowiada: - Ten wzmożony ruch na strzelnicach zaczął się od końca lutego, początku marca. Trwał przez pierwsze trzy miesiące. W wakacje był mniejszy, a teraz wszystko wróciło. Znów nawał.

Wówczas, w marcu klientami byli głównie Ukraińcy.

- Młodzi Ukraińcy, później starsi, no, w różnym wieku, pracujący na budowach, jeżdżący na taksówkach. I mnóstwo młodzieży – wylicza instruktor Tomasz. - To był ten pierwszy moment po wybuchu wojnie na Ukrainie. Ludzie chcieli zobaczyć, jak się trzyma broń, jak należałoby ją w miarę poprawnie obsłużyć. Uczyli się strzelać, a potem wyjechali, aby bronić kraju.

Chcieli strzelać przede wszystkim z takiej broni, która jest używana na Ukrainie. Czyli najczęściej z kałasznikowa, AR15/M4, remingtona. I z glocka.

Instruktor Maciej przypomina: - Bardzo dużo ludzi wtedy chciało kupować kamizelki kuloodporne. Nie wiedzieli gdzie, to przychodzili do nas. Odsyłaliśmy ich do sklepów. Kupowali kamizelki, sprzęt i wyjeżdżali do siebie.

Do strzelnic przychodzili też wówczas producenci testować to, co wykonywali dla armii ukraińskiej. Głownie były to wkłady do kamizelek. Testowali je na strzelnicy. Wieszało się je i strzelało ze wszystkich kalibrów dostępnych na strzelnicy.

- Producenci chcieli robić szybko i tanio, z gorszych, cieńszych blach, przekładali je gumą, ale to się nie sprawdzało. Broń o większym kalibrze dawała sobie z tym radę i robiła w takich kamizelkach dziury na wylot – wspomina instruktor Tomasz.
A kiedy wyedukowani strzelecko Ukraińcy wyjechali, na strzelnice napływali gęsto Polacy, żeby nauczyć się strzelać.

Instruktor Łukasz mówi: - Przychodziło dużo starszych, bardziej świadomych osób. Wybierali najczęściej kałasznikowy i glocki. Kałach jest do tej pory najbardziej popularny. Odległość – 25 metrów. Dla kogoś, kto nie umie strzelać, to sensowna odległość – widzi, strzela, trafia i ma frajdę.

Strzelanie to skomplikowana sprawa

Codziennie na strzelnicy pojawiają się osoby, które nigdy nie miały broni w ręku. Adepci strzelectwa pobierają słuchawki, które chronią uszy przed hukiem (a jest naprawę potężny) i okulary, które chronią oczy. - Łuski wypadające z broni są rozgrzane, mogą poparzyć, no i na dodatek latają w sposób nieprzewidywalny, można dostać w oko, lepiej więc się zabezpieczyć – mówi instruktor Tomasz. Mimo, że broń na strzelnicy pozbawiona jest strzelania ogniem ciągłym, czyli, potocznie mówiąc, nie można strzelać seriami, tylko ogniem pojedynczym. No, chyba, że ktoś ma szybki palec.

Instruktor Tomasz prowadzi na oś stumetrową. Najdłuższą oś na strzelnicy.

- Stajemy na stanowisku, bierzemy broń, ustawiamy cel na odległości 100 metrów – tłumaczy.

Broń na sto metrów to głównie broń długa: sztucery, karabinki, karabiny.

Spośród wszystkich klientów, którzy przychodzą na strzelnicę strzelać, na oś stumetrową trafia ledwo 20 procent. Zdecydowana większość wybiera wybiera krótsze dystanse, choć tam też można strzelać z broni długiej, na przykład na 25 metrach można i z karabinka.

Instruktor Łukasz wylicza: - Mamy strzelania bliskie, mamy na odległość, są i dynamiczne. W zależności od tego, co kto preferuje.
Zdaniem instruktora Łukasza, strzelanie to skomplikowana sprawa.

- Trzeba wiedzieć, jaką przyjąć postawę, jak trzymać broń, wiedzieć, jak ściągać język spustowy, bo to jest podstawa podstaw. Celować, czyli wymierzyć broń w kierunku tarczy każdy potrafi, ale sam moment, kiedy ściąga się język spustowy, jest często tym, w którym wszystko można popsuć.

Najlepsi uczniowie dla instruktorów to tacy, którzy przychodzą na strzelnicę, boją się broni i pilnie słuchają instruktażu. No i są wielozadaniowcami, bo strzelanie to wykonywanie wielu czynności naraz: trzeba dobrze stanąć, dobrze chwycić, wymierzyć broń i dobrze trzymać język spustowy.

- Przyjdzie 18-latek, ma dobry wzrok, ręce mu się nie trzęsą, bo jeszcze nie jest alkoholikiem, a strzela gorzej nić 30-letnia dziewczyna. Dlaczego? Ona jest przestraszona i skupiona i dokładnie wysłucha, co ma zrobić. - wyjaśnia instruktor Maciej.

Jak zgrać muszkę ze szczerbinką

Na osi 25 metrów instruktorzy biorą broń i przekazują wiedzę następnej grupce chętnych: - Celujemy jedynie w stronę kulochwytu, nie obracamy się z bronią, nie celujemy do siebie, ani do innych. Pokażemy, jak się broń obsługuje, żeby nie połamało wam palców.

- Nie kręcimy się z bronią, nie kierujemy wylotu lufy w stronę kogokolwiek obecnego na osi, nie zaglądamy do lufy, a wszystkie zacięcia broni i to, z czym sobie nie radzimy – zgłaszamy. Słuchamy poleceń. I oddajemy strzały wtedy, kiedy jesteśmy gotowi. Na poszczególnych stanowiskach rozłożymy broń, wytłumaczę zasadę działania każdej broni po kolei i po kolei będziemy oddawać strzały – wydaje polecenia instruktor Łukasz.

Na stronie instruktor Tomasz ściszonym głosem: - Opowiadamy o broni wszystko, co będzie przydatne. Instruktaż dotyczy też techniki celu: zgrywanie muszki ze szczerbinką, jak to ma perfekcyjnie wyglądać, ściąganie palcem języka spustowego. Następnie przechodzimy na stanowisko strzeleckie. Instruktor omawia postawę.

- Plecy proste? - pytam.

- No, właśnie nie – mówi Tomasz. - Trzeba się lekko pochylić. Do broni trzeba się przytulić. Inaczej mówiąc, trzeba się do niej przyłożyć. Pozycja ma być stabilna, trzeba zrobić duży krok do przodu, policzkiem przytulić się do broni, zgrać przyrządy celownicze. I można zacząć strzelanie.

Obok stoi instruktor. Obserwuje. Musi zachować czujność i reagować błyskawicznie.

- Przychodzą tu ludzie z różnym stanem umysłu, więc musimy być gotowi na różne niespodzianki – dodaje instruktor Tomasz.

Niespodzianki

Nie można polegać na rutynie. Instruktor musi zachowywać baczność i skupienie non stop.
Rutyna gubi i zabija.

- Zdarza się, że ludzie są tak podekscytowani, że udało im się strzelić i trafić, że kierują bron nie w stronę kulochwytu, jak to powinno być, tylko zaczynają się z nią kręcić. Zadaniem instruktora jest utemperować takiego strzelca, a jak trzeba, to i złapać za broń.

Między strzelnicami istnieje nieformalny przepływ informacji i instruktorzy wiedzą, kiedy w jakiejś strzelnicy, zdarza się, przyjdzie klient „na samobója”. Wtedy trzeba uważać na tego, czy tamtego.

- Ktoś sobie umyśli popełnić samobójstwo. To dlatego dla instruktorów tak istotna jest rozmowa – mówi instruktor Łukasz.
Instruktor Maciej dopowiada: - Rozmawiamy z klientem, żeby stwierdzić stan psychomotoryczny. Jeśli nie jesteśmy kogoś pewni, nie musimy z nim strzelać. Możemy odmówić strzelania, gdy zobaczymy, że stan psychomotoryczny osoby, która przychodzi na strzelnicę, żeby postrzelać, można poddać w wątpliwość.

Instruktor Tomasz: Widzę, osoba podekscytowana, rozbiegane oczka, dostaje broń, to od razu palec na spust, a to nie jest film! Czasem więc trzeba dać po łapkach, poprosić, aby człowiek się wyluzował, wyciszył i strzelał pomału, i z uwagą. Potem jest przeszczęśliwy, choć wiadomo, że po jednym strzelaniu strzelać się nie nauczy.

Łukasz konkretnie: Przychodzi smutna dziewczyna i mówi, że chce strzelić. Pytam: „Ile razy chce pani strzelić?” Odpowiada, że jeden nabój. A z jakiej broni? Obojętnie, byleby strzał był mocny. A dlaczego jest taka smutna? Bo ma problemy w pracy. To oczywiście przekoloryzowany przykład, ale może się zdarzyć – mówi Łukasz.

Ale są też niespodzianki pozytywne: przychodzi kobieta po raz pierwszy na strzelnice, bierze broń i strzela lepiej niż niejeden z instruktorów.

- Tak się zdarza, bo przede wszystkim wysłuchała instruktażu. Przyszła czegoś się nauczyć. Słuchała, jak celować, jak ściągać spust. I strzelała „dziesiątki” – czyli w sam środek tarczy. Albo miała fart, albo rzeczywiście predyspozycje.

I ty możesz zostać instruktorem

Pobyt na strzelnicy średnio wynosi 45 minut. Ale to zależy od pakietu i amunicji, jaką się wykupi. Wiadomo, szybciej wystrzelimy 40 nabojów, niż 100.

Według instruktora Łukasza na strzelnicę przychodzą dwie grupy ludzi, z których pierwsza ma pozwolenie na broń, a druga to osoby, które zazwyczaj nie mają styczności z bronią, albo dopiero zaczynają mieć z nią styczność.
Ci, którzy mają uprawnienia, strzelają sami.

- Wśród nich są myśliwi. To moja „ulubiona” grupa strzelecka – z przekąsem mówi instruktor Maciej. Jego zdaniem powinni oni mieć więcej godzin, aby obyć się z bronią, Myśliwi najczęściej korzystają z osi 100-metrowej. Przychodzą przestrzelić broń. - Mam bardzo dużo przypadków, kiedy myśliwy potrafi zostawić broń w komorze. Nie rozładowują broni i o wypadek nietrudno.

Ci, którzy nie mają uprawnień – wiadomo – wykupują pakiety i strzelają z instruktorem. Zdarza się, że wśród tych osób są tacy, którzy po 5-10 strzelaniach zapisują się do klubu, zdobywają uprawnienia do posiadania własnej broni, kupują własną jednostkę, więc nie przychodzą już do okienka recepcji po pakiet i instruktora, tylko mówią: - Chcę strzelić z własnej broni. Wtedy strzelają bez instruktora. No, chyba, że przyjdzie taki z żoną bądź dziećmi, wtedy instruktor być musi.

- Ponad 80 procent tych, którzy przychodzą na strzelnicę, chętnie przyszłoby jeszcze raz i jeszcze raz. Ale regularne chodzenie na strzelnicę wiąże się z finansami. Strzelanie to drogi sport – mówi instruktor Łukasz. No, chyba, że zrobi się uprawnienia instruktorskie, albo zapisze do klubu strzeleckiego. Robota jest fizycznie ciężka. Cały czas się stoi i cały czas trzeba być skupionym. Dochodzi czynnik psychiczny, który męczy. A i praca cały czas w huku, od rana do wieczora – ostrzega.
Większość instruktorów to żołnierze, bądź funkcjonariusze różnych służb, którzy czas na strzelnicach spędzają głównie w weekendy. Chcą dorobić, nie chcą siedzieć w domu, albo nie mają nic lepszego do roboty.

- Nie każdy żołnierz czy policjant ma uprawnienia instruktorskie, więc z automatu instruktorem nie zostanie – zaznacza Łukasz. - Są tacy, którzy przychodzą i się nie sprawdzają. No, nie mają smykałki. Nie czują bluesa, nie są w stanie poprowadzić bezpiecznie strzelania. Kiedy to widzimy, to taką osobę eliminujemy z grona.

Ponieważ instruktor nie musi być snajperem. Ale musi wychwycić błędy, nauczyć, jak trzymać broń i jak jej użyć, żeby się nie zabić.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Pro Media Sp. z o.o.