Krzysztof Ogiolda

Czy grozi nam w regionie nowa wojna pomnikowa?

Wiosna 2009 roku. W Krasiejowie odsłonięto tablice upamiętniające mieszkańców, ofiary II wojny światowej. Ich forma była efektem kompromisu między miejscową Fot. Krzysztof Świderski Wiosna 2009 roku. W Krasiejowie odsłonięto tablice upamiętniające mieszkańców, ofiary II wojny światowej. Ich forma była efektem kompromisu między miejscową mniejszością i wojewodą opolskim.
Krzysztof Ogiolda

Takie obawy rodzą się ostatnio nie tylko w środowisku mniejszości niemieckiej. Powodem są mocno niejasne zapisy senackiego projektu ustawy o zakazie propagowania komunizmu i innych systemów totalitarnych.

Właśnie owe „inne systemy totalitarne” budzą wątpliwości i lęki zarówno części członków mniejszości niemieckiej, jak i wielu ekspertów o ogólnopolskim autorytecie, by wymienić choćby wybitnego niemcoznawcę, profesora Polskiej Akademii Nauk Piotra Madajczyka. Bo też za inne ustroje totalitarne projekt ustawy uważa faszyzm, nazizm niemiecki, nacjonalizm ukraiński i litewski oraz militaryzm pruski, rosyjski i niemiecki.

Diabeł tkwi w szczegółach

Pozornie taki zapis nie powinien budzić wątpliwości. Nawet osoby niezbyt życzliwe mniejszości niemieckiej w Polsce nie zarzucają jej zazwyczaj gloryfikowania nazizmu czy militaryzmu pruskiego lub niemieckiego. Ale diabeł - jak zwykle - tkwi w szczegółach. Jeśli bowiem - jak chce ustawa - pomniki nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny ani w inny sposób takiego ustroju propagować, to dopóki nie dookreśli się precyzyjnie, co upamiętnia i co propaguje, a co tego nie czyni, powstaje szerokie pole dla dość dowolnej interpretacji.

Bo jeśli trudno się nie zgodzić, że Krzyż Żelazny z okresu II wojny światowej kojarzy się w Polsce źle i przez wielu jest uważany i odczuwany jako symbol nazistowskiej przemocy, to czy tak samo powinien być traktowany ten sam znak użyty w kontekście I wojny światowej? W myśl kompromisu już na Śląsku Opolskim wypracowanego, należy go traktować inaczej. (Odznaczenie to ma zresztą pochodzenie dużo wcześniejsze, sięgające okresu wojen napoleońskich). Ale jeśli ktoś zechce czytać ustawowy zapis dosłownie, to obroni tezę, że nie tylko Krzyż Żelazny, ale nawet same daty 1914-1918 mogą być znakami pruskiego i rosyjskiego nacjonalizmu, skoro Polska była wtedy pod zaborami.

A potem wystarczy zrobić już tylko krok i dotyczący II wojny światowej napis po niemiecku da się zinterpretować jako przejaw nacjonalizmu. Przecież - czemu nikt nie zaprzecza - w 1939 roku Niemcy były wobec Polski bezwzględnym i niesprawiedliwym agresorem.

Pisząc te słowa, mam przed oczami uroczystość sprzed bodaj siedmiu lat. W Krasiejowie odsłaniano tablice upamiętniające ofiary wojny i Tragedii Górnośląskiej, w tym wywiezionych do Związku Radzieckiego mieszkańców. Pamiętam jak dziś kobiety klęczące przed tymi tablicami, bo one były dla nich substytutem grobów ich bliskich zmarłych na nieludzkiej ziemi.

Nie podejrzewam władz samorządowych ani rządowych, tych w gminie i tych w regionie, by chciały dziś te tablice usuwać. Ale zapisy ustawy - przy ich tylko trochę rozszerzającej interpretacji - tworzą taką możliwość. I to czyni pytanie o niebezpieczeństwo powrotu wojny pomnikowej w regionie zasadnym.

Najbardziej niebezpieczna z punktu widzenia mniejszości niemieckiej jest możliwość bardzo różnej interpretacji zapisów ustawy dekomunizacyjnej - uważa Rafał Bartek, przewodniczący zarządu Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim. - To może skutkować wręcz dowolnością. Jak wojewoda zechce, zajmie się pomnikiem i każe go usunąć, jak nie zechce, pomnik postawiony pięć kilometrów dalej, w innej miejscowości będzie stał.

Lider opolskich Niemców podkreśla, że brak precyzji uderzy zarówno w urzędników, którym przyjdzie podejmować decyzje, jak i w samych zainteresowanych, czyli mieszkańców stawiających pod pomnikami znicze i kładących kwiaty.

- Poszerzenie rejestru totalitaryzmów o pojęcia politologiczne - militaryzm czy nacjonalizm - powoduje, że jak ktoś zechce, to na każdym upamiętnieniu czegoś się, mówiąc kolokwialnie, doczepi - tłumaczy Rafał Bartek. - W ostateczności nawet daty na nim umieszczonej. Ale jak słuchałem w radiowej „Trójce” wypowiedzi pana Roberta Mamątowa, który reprezentuje Senat w pracach nad projektem, on tego niebezpieczeństwa nie widział, koncentrował się głównie na dekomunizacyjnych aspektach ustawy. Także opinie na temat tego aktu prawnego zbierano głównie latem, kiedy tego senackiego uzupełnienia nie było i zdawało się, że będzie to prawo odnoszące się wyłącznie do pomników gloryfikujących Armię Czerwoną. Teraz może się okazać, że to nie upamiętnienia komunistyczne, ale niemieckie, ukraińskie czy litewskie będą przede wszystkim usuwane z przestrzeni publicznej.

Podobne obawy sformułował w swojej opinii na temat projektu ustawy prof. Piotr Madajczyk. Niemcoznawca z Polskiej Akademii Nauk mówi wprost: - Projekt jest nieszczery, nie mówi otwarcie o swoich celach.

Przywołuje rozliczenie z komunizmem, wymienia w załączniku związane z nim upamiętnienia, ale w tym momencie nasuwa się pytanie: po co w ustawie, w tytule ustawy wyrazy „budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej” zastępuje się wyrazami „jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki”? I dalej jeszcze następuje sprecyzowanie: „Za jednostki organizacyjne uważa się w szczególności szkoły i ich zespoły, przedszkola, szpitale, placówki opiekuńczo-wychowawcze, instytucje kultury oraz instytucje społeczne”. Szukam w pamięci gmin i przedszkoli, które w swych nazwach propagują komunizm, ale nie bardzo znajduję. Mam wrażenie, że głównym celem proponowanej zmiany w ustawie jest mniejszość niemiecka w Polsce.

Profesor Madajczyk - podobnie jak liderzy mniejszości - zwraca uwagę, że pod szerokie formuły - obojętnie, czy będzie to „antypolska ideologia nacjonalistyczna” czy „ustrój totalitarny” - wojewoda będzie mógł podciągnąć bardzo wiele.

- Nie bez powodu pada w projekcie tak często słowo „pomniki” - precyzuje profesor Madajczyk. - Bo sądzę, że jego autorzy o pomnikach na Śląsku Opolskim myśleli bardziej niż o tych, coraz mniej licznych, poświęconych czerwonoarmistom i milicjantom.

Albo przerębel, albo wrzątek

Rafał Bartek zwraca uwagę, że dodatku ustawa nie zostawia wielkiego pola manewru tym, którzy mają ją egzekwować. Nie przewiduje, że pomnik, obelisk czy tablica mogą zostać poprawione czy opatrzone np. tablicą wyjaśniającą w języku polskim. Ustawodawca porusza się trochę między ścianami. Albo pomnik zyska uznanie, albo nie i wtedy trzeba go będzie usunąć.

Niebezpieczeństw tak mocno podkreślanych przez środowisko mniejszości nie widzi w projekcie zmieniającym ustawę o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego opolski senator PiS Jerzy Czerwiński.

- Do tej pory ustawa zajmowała się nazwami ulic i innych obiektów budowlanych - przypomina senator. - Nowela Senatu rozciąga zakaz propagowania komunizmu i innych systemów totalitarnych na pomniki i inne obiekty, które należy z przestrzeni publicznej usunąć. Kończymy temat. Rugujemy z publicznego widoku wszelką symbolikę związaną z ustrojami totalitarnymi. Nie wyobrażam sobie, że mniejszość niemiecka w Polsce optuje za wychwalaniem pruskiego militaryzmu czy niemieckiego nacjonalizmu i go pochwala. Proszę mniejszości tak w moich oczach nie przedstawiać. Jest ona za ogólnie przyjętymi normami. A ustawa tylko precyzuje, co uważamy za systemy totalitarne.

Na zarzut, że ten sam akt nie precyzuje jednak zupełnie, kiedy jakiś symbol czy znak graficzny propaguje totalitaryzm, a kiedy nie, senator podkreśla, że orzekła o tym już w 1995 roku Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

- A ostatecznie nie Czerwiński, nie władze gminy i nie wojewoda będą decydować, co jest symboliką dozwoloną, a co zakazaną - podkreśla senator. - Co pochwala, a co nie ustroje totalitarne. Na szczęście mamy w państwie powołany do tego odpowiedni organ. Jest nim Instytut Pamięci Narodowej. Nikt jego fachowości i kompetencji w tym zakresie nie podważa. Decyzja gminy i wojewody o naruszeniu ustawy musi być oparta o opinię IPN. A ponadto można się od takiej decyzji odwołać do sądu. Zgodnie z zasadami funkcjonowania państwa prawa właśnie w sądzie będzie się rozstrzygać spory. Bo one będą, nie tylko w sprawie pomników, także nazw ulic. Zwłaszcza pochodzących od nazwisk. Dla kogoś Oskar Lange był przede wszystkim raczej ekonomistą, dla kogoś innego przede wszystkim komunistą.

Wojny były, i to dwie

Obawy przed powrotem wojny pomnikowej o tyle mocno poruszają nie tylko środowisko mniejszości, że mieszkańcy regionu mają podobne doświadczenie za sobą.

Pierwsza tzw. pomnikowa wojna wybuchła niedługo po powstaniu wolnej Polski, czyli na początku lat 90. Wraz z tworzeniem się struktur mniejszości niemieckiej zaczęły się pojawiać pomniki odtworzone (jak szacowała w 1999 roku śp. dr Danuta Berlińska, zaraz po wojnie w regionie zniszczono lub ukryto około 250 niemieckich monumentów) lub budowane na nowo. Wraz z pomnikami pojawiały się konflikty. Tylko w latach 1994-1995 doszło do podpaleń czterech niemieckich upamiętnień. A symbolem „pomnikowej wojny” stało się zdarzenie z 3 maja 1994 roku. Podczas uroczystości na Górze św. Anny przedstawiciele skrajnie prawicowych organizacji wznosili okrzyki „Polska dla Polaków”, „Precz z Niemcami”. Następnie dwa autokary skinów pojechały do Dziewkowic, gdzie zdemolowano i sprofanowano pomnik poświęcony poległym podczas I wojny światowej, wybito kilka szyb i pobito jednego z mieszkańców.

Aby wypracować pomnikowy kompromis, wojewoda opolski powołał zespół negocjacyjny z udziałem władz rządowych i samorządowych, mniejszości i Kościoła. To wtedy mozolnie wypracowywano zasady, w myśl których z pomników powinny zniknąć Krzyże Żelazne (zastąpione chrześcijańskimi) i słowa „święta wojna”, „polegli” (Gefallen) czy „bohaterowie” (Helden) oraz stopnie wojskowe. Pomniki powinny upamiętniać jedynie ofiary (Opfern). Monumenty należało natomiast opatrzyć napisami w języku polskim.

Początek drugiemu konfliktowi o pomniki na początku XXI wieku - między ówczesnymi liderami TSKN a wojewodą Elżbietą Rutkowską - dało ujawnienie nazwy Hitlersee na pomniku w Szczedrzyku. Wojewoda zaleciła wówczas ponownie uporządkowanie upamiętnień. Krzyże Żelazne dopuszczono jedynie na pomnikach z I wojny światowej i na grobach żołnierskich. Wojewoda szczyciła się po zakończeniu całej operacji, że 90 procent z 220 pomników niemieckich w regionie jest zgodnych z prawem. W niechętnych jej komentarzach podkreślano, że tam, gdzie lokalne środowisko mniejszości się uparło, postawiło na swoim, np. nie dodając do pomnika tablicy informacyjnej po polsku.

Obecny projekt budzi inne kontrowersje. Krzysztof Ruchniewicz, historyk z Uniwersytetu Wrocławskiego i znawca dziejów Niemiec, w komentarzu do projektu ustawy zwraca uwagę na fakt, iż przed wydaniem przez wojewodę decyzji o usunięciu pomnika konieczne będzie zasięgnięcie opinii w Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, ale tylko tam.

- Innych historyków, którzy mogliby się w takich sprawach wypowiadać, widać nie ma lub ich nie potrzeba - ironizuje prof. Ruchniewicz. - Mam duże wątpliwości, czy IPN jest w stanie sprostać zadaniom, które chce mu postawić wnioskodawca. Z jakiego powodu zrezygnowano np. z opinii uniwersyteckich i PAN-owskich ośrodków, które dysponują wystarczającą wiedzą i kompetencjami, by w sposób rzeczowy się wypowiedzieć? (...) Uzasadnione jest przypuszczenie, że nie chodzi tu o „posprzątanie” po minionych epokach, lecz o traktowanie historii jako oręża do rozgrywania bieżącej polityki, tym razem w relacjach międzynarodowych.

Prof. Grzegorz Janusz, ekspert praw człowieka z lubelskiego UMCS, zwraca uwagę na niekonsekwencje projektu (wylicza on nacjonalizm litewski i ukraiński, a pomija np. łotewski czy estoński). Przestrzega, że realizacja ustawy w takim kształcie może z jednej strony wzniecić na nowo wojny pomnikowe tam, gdzie mieszkają mniejszości. Ale też doprowadzić do symetrycznych działań w tych krajach, gdzie stoją polskie upamiętnienia, a które mogą być niszczone jako przejaw polskiego nacjonalizmu.

Projektem ustawy zajmowała się trzy dni temu Sejmowa Komisja ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych.

- My zostaliśmy z prac nad tą ustawą jako komisja wyłączeni - mówi poseł MN Ryszard Galla. - Posiedzenie komisji zwołane z mojej inicjatywy miało dać sygnał, że proponowane w projekcie zapisy bardzo poszerzają liczbę upamiętnień, które mogą być w majestacie prawa usuwane w sposób niemal dowolny. Rozmawialiśmy o tym z różnymi posłami, także z PiS, i zapewniali nas, że takie rozszerzające interpretowanie ustawy nie będzie możliwe. Ale nikt nam tego zagwarantować nie może. Natomiast na pewno wielu posłów popatrzyło na ten dokument inaczej niż dotychczas. To ważne, bo prawdopodobnie już dziś odbędzie się jej trzecie czytanie. Mam nadzieję, że zapis o militaryzmie pruskim, rosyjskim i niemieckim zostanie usunięty.

Przewodniczący zarządu Związku Niemieckich Stowarzyszeń Bernard Gaida zwraca uwagę raz jeszcze na brak precyzji w zapisach ustawy. - W XIX wieku w Prusach funkcjonował system parlamentarny, z udziałem wielu posłów polskiego pochodzenia - mówi Gaida. - To nie było państwo totalitarne. Powiem coś kontrowersyjnego: dlaczego, skoro projekt wylicza nacjonalizm litewski i ukraiński, to pomija polski? To myślenie prawne może się odbić na materialnych śladach naszej tożsamości. Na terenach, gdzie mieszkamy, są ślady czasów pruskich w postaci tablic, napisów itp. Już raz - w PRL - przejechał po nich walec. Możemy mieć obawy, że zanosi się na dokończenie tego dzieła. Może dojść do zniszczenia nie tylko pomników, także wielu obiektów kultury niemieckiej i to budzi nasz niepokój.

Lider VdG przyznaje, że traktat polsko-niemiecki wprost mówi jedynie o wzajemnym poszanowaniu grobów (a to projekt ustawy gwarantuje, nie będą też ruszane obiekty wpisane do rejestru zabytków). Ale jego zdaniem ustawa jest z duchem traktatu - pełnego wzajemnego szacunku dla historii sąsiada - sprzeczna.

- Pytam: jaki jest sens zasiadać przy polsko-niemieckim okrągłym stole, skoro niemal w tym samym czasie pojawiają się takie prawne „wrzutki”? - zwraca uwagę Gaida. - Pytam także: dlaczego o opinię na temat ustawy nie pytano Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych? Bo można się było spodziewać opinii negatywnej? A jednocześnie pojawiają się takie pomysły jak postulat wojewody śląskiego, by zapisy ustawy rozszerzyć także na cmentarze i groby. Powtarzam: mamy powody do niepokoju.

Ustawa i poprawka

Ustawa o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publiczne nosi datę 1 kwietnia 2016 roku.

21 października 2016 Senat RP wniósł uchwałę w sprawie wniesienia do Sejmu projektu ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.