Cztery jubileusze matki Marii Luizy, nyskiej samarytanki

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Krzysztof Ogiolda

Cztery jubileusze matki Marii Luizy, nyskiej samarytanki

Krzysztof Ogiolda

Maria Luiza Merkert urodziła się w Nysie w 1817 roku - 200 lat temu. Także tu przed 175 laty złożyła pierwsze śluby. 145 lat temu zmarła i została pochowana w swoim mieście. 10 lat temu wyniesiono ją w nyskiej bazylice na ołtarze.

Kiedy w 1864 roku siostry ze zgromadzenia założonego przez Marię Merkert pojechały na front pielęgnować żołnierzy, ranni wojacy mówili o nich, że wyglądają wprawdzie jak nietoperze, ale serca mają jak anioły. Pierwszy strój elżbietanek, który tak rozbawił frontowych wiarusów, nie różnił się zbytnio od ówczesnych szarych sukni śląskich kobiet. Na głowie nosiły biały czepiec, na który wychodząc na ulicę, wkładały szary kapelusz. Zaczęto je nazywać szarymi siostrami św. Elżbiety. Od innych nyskich dziewcząt odróżniał je początkowo tylko noszony na pasku różaniec.

Pomysł Marii Merkert na życie był taki: razem ze swoją rodzoną siostrą Matyldą, Klarą Wolff i Franciszką Werner postanowiły pielęgnować chorych w domach. Potrzeba była pilna, bo po sekularyzacji w 1810 roku nie funkcjonowały kościelne instytucje charytatywne, a na opłacenie leczenia w szpitalu, przy szalejących epidemiach, mało kogo w Nysie było stać. Cztery młode dziewczyny 27 września 1842 roku – 175 lat temu – złożyły przed obrazem Serca Pana Jezusa akt oddania i zamieszkały w jednym pokoju przydzielonym im przez biskupa w domu altarzystów (duchowni, którzy tylko odprawiali msze). Stamtąd ruszały do miasta.

Dziś byłaby to po prostu szlachetna działalność charytatywna. Wtedy wyprzedzały epokę. Opiekowały się chorymi, gotowały posiłki dla bezrobotnych i biednych. Z góry zapowiedziały, że będą pomagać potrzebującym bez względu na płeć, narodowość i wyznanie. W czasach surowej obyczajowości dziewczyny chodzące po domach, w których mieszkają mężczyźni, były prawie rewolucjonistkami.
Zakonnice mogły pielęgnować tylko kobiety.

Kiedy Maria chciała zmienić swoje świeckie stowarzyszenie charytatywne na zgromadzenie zakonne, władze kościelne kazały młodym nysankom wstąpić do nowicjatu sióstr boromeuszek w Pradze i tam poznać podstawowe zasady życia zakonnego. Boromeuszki służyły chorym w szpitalach, a Maria chciała, by jej siostry opiekowały się chorymi i ubogimi w domach. Nysanki, widząc, że nie tędy droga, kolejno uciekły z praskiego nowicjatu. Nie podobało się to ani statecznym mieszczanom, ani biskupowi wrocławskiemu, który zagroził, że prywatne stowarzyszenie założone przez byłe nowicjuszki nigdy nie zostanie zatwierdzone przez Kościół. Na szczęście to „nigdy” trwało tylko 10 lat. Ale przez ten czas coś trzeba było robić.

Kiedy zniechęcona przeszkodami Klara Wolff wyjechała do Bystrzycy Kłodzkiej, a Matylda Merkert zmarła na skutek zarażenia podczas pielęgnowania ofiar epidemii w Prudniku, Maria Merkert i Franciszka Werner złożyły w 1850 roku listę członkiń i statuty swego zrzeszenia w... nyskim magistracie. Żeby przekonać do swej pracy biskupa, Maria wysłała Franciszkę do Wrocławia, by tam podjęła działalność podobną do nyskiej. Pomogło. W 1859 roku arcybiskup uznał Zrzeszenie Sióstr Szarych św. Elżbiety, a Maria Merkert została jego przełożoną.

Jak duże było zapotrzebowanie na taką służbę, potwierdza fakt, że za życia założycielki w całej Europie powstało 90 klasztorów, w których pracowało około 500 sióstr.

Maria myślała nowocześnie. Kiedy budowała macierzysty dom w Nysie, wprowadziła w nim oświetlenie gazowe, w tamtych czasach (1865) absolutną nowinkę techniczną. Korzystała też - do korespondencji urzędowej - z otrzymanej w darze od rosyjskiego ambasadora kopiarki, która pozwalała na wykonanie 100 kopii jednej strony tekstu. Kiedy Śląska Samarytanka, jak ją nazywano, wysyłała swoje siostry do chorych, o szkołach pielęgniarskich nikt jeszcze na Śląsku nie słyszał. Zorganizowała więc dla nich kursy pielęgniarskie. Do swego zgromadzenia przyjmowała nie tylko Niemki, ale też Polki, choć władze pruskie tego nie pochwalały. Jeszcze raz wyprzedziła epokę.

W czasach Marii Merkert każda kandydatka, która wstępowała do zgromadzenia zakonnego, musiała wnieść posag. Wniosła go też Maria - prawdopodobnie zresztą dwa razy, bo pierwszy posag został u porzuconych praskich boromeuszek. Ale matka Maria jako przełożona przyjmowała do zgromadzenia także te dziewczyny, których nie stać było na posag, choć nie było to wtedy zwyczajem. Sama wywodziła się z biednej rodziny (ojciec zmarł, gdy miała dwa lata), była więc wyjątkowo wrażliwa na biedę.

Zmarła 14 listopada 1872, choć według oficjalnego dokumentu – o dzień później. Władze pruskie nie pozwalały przechowywać ciała w domu dłużej niż trzy dni, a siostry nie chciały grzebać matki założycielki w niedzielę. W akcie zgonu napisano, że przyczyną śmierci było chroniczne schorzenie podbrzusza. W dniu pogrzebu przed nowo wybudowanym domem macierzystym ustawiały się długie kolejki nysan, którzy chcieli dotknąć jej ciała lub włożyć do trumny różaniec, z nadzieją, że Maria zaniesie ich prośby do Boga. Jej ciało pochowano na cmentarzu Jerozolimskim. Dopiero w 1964 przeniesiono je do nyskiej katedry.

Zwykło się mówić, że zmarła w opinii świętości. Tak musiało być w istocie, skoro druga przełożona generalna, Franciszka Werner, wykonała zaraz po śmierci Marii Merkert relikwiarzyki ze zdjęciem matki Marii, puklem jej włosów i nitką z habitu. Trafiły do 87 ówczesnych klasztorów elżbietanek. Kolejna przełożona generalna, w 1897 roku, kazała pamiętającym ją siostrom spisać świadectwa o matce założycielce.

Jedna z sióstr zanotowała, że pewnego dnia Marię zatrzymała przy furcie jakaś kobieta i skarżyła się, że nie ma butów. Przełożona bez wahania dała jej swoje. Świadectwo milczy o tym, czy buty pasowały, jest jednak potwierdzeniem, że Maria miała zwyczaj pomagać biednym spontanicznie, bez zastanowienia (tę scenę utrwalono po latach na beatyfikacyjnym obrazie matki Marii). Gdy przychodzili po ziemniaki, dawała ostatnie wiaderko, kiedy potrzebowali chleba – ostatni bochenek.

Pierwszy szpitalik siostry założyły w Makowicach. Największy przeciwnik szpitala, miejscowy bednarz, okazał się pierwszym pacjentem. Kiedy poparzył rękę gorącą smołą, tylko troskliwa opieka sióstr uchroniła go od amputacji. Odtąd stał się największym dobrodziejem klasztoru.

Matka Maria namawiała siostry, żeby się często uśmiechały. Jedna z sióstr zapisała, że kiedy jako kandydatka nosiła wodę w cebrzyku, naczynie wypadło jej z rąk i zalała cały korytarz klasztorny wodą. Miała przy tym strasznie złą i smutną minę. Maria Merkert poprosiła ją, by raczej nie nosiła wody, ale się jednak uśmiechała.

Proces beatyfikacyjny Marii Merkert rozpoczął się w 1985 roku. Jego zwieńczeniem była uroczystość w Nysie w roku 2007. Jak mówił w homilii abp Alfons Nossol, do „śląskiego Rzymu przyjechał Rzym prawdziwy”. Reprezentował go prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kardynał José Saraiva Martins, który odczytał papieski dekret wynoszący nyską Samarytankę na ołtarze. Wcześniej papież potwierdził cud, jaki dokonał się za jej wstawiennictwem na przełomie lat 1943/1944 i dotyczył młodej zakonnicy z Poznańskiego, siostry Miry.

Była ona chora na zaawansowaną gruźlicę z krwotokami. Kiedy straciła nadzieję na wyzdrowienie, włożyła pod poduszkę obrazek z wizerunkiem matki Marii Merkert i prosiła o zdrowie za jej wstawiennictwem. Kiedy w styczniu 1944 pojechała na badania, lekarze orzekli, że jest zdrowa. Nie dowierzając, że bez żadnych leków wróciła do sił, w sierpniu 1944 zlecili kolejne badanie. Potwierdziło ono uzdrowienie. Zakonnica ta żyła zresztą bardzo długo, zmarła dopiero w 2003 roku.

- Nie cofnęła się przed niczym, byleby tylko móc służyć Chrystusowi w człowieku cierpiącym, i to bez granic – mówił o Marii w kazaniu beatyfikacyjnym abp Nossol. - Dla niej liczył się tylko człowiek cierpiący, opuszczony, człowiek osamotniony, niezrozumiany. Była to troska integralna i bezwarunkowa, związana z ciągłym narażaniem własnego życia przez niebezpieczeństwo takiej czy innej infekcji. Do heroizmu tej służby należał też fakt, że sama s. Maria i całe jej zgromadzenie skupiało się wtedy również wokół opieki nad ludźmi umierającymi. Siostry czuwały przy konających. W tej oryginalności i heroizmie miłosiernej miłości w służbie chorym, można by widzieć zaczątki dzisiejszej opieki paliatywnej i hospicyjnej.

Siostra Margarita Cebula, odpowiedzialna ze strony elżbietanek za prowadzenie procesu beatyfikacyjnego i znawczyni biografii Matki Marii, podkreśla, że 10 lat po beatyfikacji kult trwa i przyjmuje różne formy. Do relikwii błogosławionej w nyskiej katedrze pielgrzymują parafie z całej Polski i ze świata. W ciągu dekady rozeszło się 1,5 miliona obrazków błogosławionej - w różnych językach. W Nysie kilkakrotnie wystawiono grany przez aktorów amatorów spektakl o Marii Merkert „Nieugięta w przeciwnościach”. Pielgrzymi i turyści regularnie przemierzają jej szlak. Kto przechodzi kolejne miejsca związane z biografią Śląskiej Samarytanki, odczyta także tablice z jej sentencjami.

- Do Matki Marii pielgrzymują m.in. harleyowcy - mówi siostra Margarita. - Mają mszę św. w naszej klasztornej kaplicy. Siostry z Wietnamu będą w Norwegii pokazywać spektakl o jej życiu. Właśnie przygotowuję dla nich stroje stylizowane na XIX-wieczne ubrania sióstr.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.