Jarosław Staśkiewicz

Chemiczna bomba tyka od dwóch miesięcy. Będzie przełom?

W Pogorzeli może się znajdować nawet 500 ton odpadów. Fot. Jarosław Staśkiewicz W Pogorzeli może się znajdować nawet 500 ton odpadów.
Jarosław Staśkiewicz

Zwożąc do Brzegu setki ton niebezpiecznych odpadów, Łukasz G. otworzył puszkę Pandory. Ale na razie zamiast chemikaliów na wierzch wypłynęły wszystkie nieszczęścia trapiące samorząd, z waśniami i bezradnością na czele.

Podczas konferencji prasowej zwołanej 20 lutego, a więc miesiąc po odkryciu w Brzegu beczek z chemicznymi odpadami, burmistrz Jerzy Wrębiak poinformował, że wśród substancji znajdujących się w pojemnikach magazynowanych na placu Młynów jest akrylan metylowy, który z powietrzem tworzy mieszankę wybuchową.

- To jedna z najgroźniejszych substancji, musimy działać natychmiast - przekonywał burmistrz.

Minął kolejny miesiąc. Akrylan nadal spoczywa w beczkach, temperatura powietrza kilkakrotnie sięgnęła kilkunastu stopni, nic nie wybuchło. Albo pojemniki są szczelne, albo akrylan uległ rozkładowi i już nie jest groźny, albo mamy ogromne szczęście i pod plandeką porzuconej samochodowej naczepy nadal tyka bomba.

O aferze z chemicznymi odpadami nie jest łatwo pisać. Bo z jednej strony mamy poważne zagrożenie, które trudno lekceważyć. Z drugiej - urzędniczą farsę, do której media wykorzystywane są w formie straszaka. Niepodważalnych faktów jest tu niewiele.

Beczki jak stały, tak stoją

Afera wybuchła 20 stycznia, kiedy na placu Młynów w Brzegu pojawiła się policja, prokuratura i straż pożarna. W magazynach dawnego młyna (przy samym placu oraz na sąsiedniej ulicy Kępa Młyńska) znaleziono setki pojemników i beczek z nieznanymi substancjami.

Z Kędzierzyna-Koźla sprowadzono specjalistyczną jednostkę strażacką zajmującą się zagrożeniami chemicznymi, pobrano próbki, wreszcie ogrodzono teren, łącznie z wejściem na miejską wyspę, pełną (na szczęście niezamieszkanych) budynków.

Potem z placu Młynów policjanci trafili na osiedle mieszkaniowe, gdzie w jednej z piwnic odkryto kolejne kanistry wypełnione cieczą.

Tydzień później cała akcja została powtórzona w odległej o 10 kilometrów Pogorzeli. Tu też w magazynach i pod gołym niebem spoczywają beczki i pojemniki. I również stąd strażacy pobrali próbki, a policja zabezpieczyła teren.

Na tym można by sprawę zamknąć, bo przez kolejne dwa miesiące nikt beczek nie ruszył. Jak stały, tak stoją.

Ciekawsze było to, co działo się przed 20 stycznia. Właścicielem budynków po dawnych Państwowych Zakładach Zbożowych jest przedsiębiorca z Częstochowy.

Jak tłumaczył w rozmowie z nto, jesienią ubiegłego roku wydzierżawił budynek przy placu Młynów oraz magazyn na sąsiedniej wyspie Jeżynowej Łukaszowi G., który miał być kontrahentem firmy z Dąbrowy Górniczej specjalizującej się m.in. w utylizacji odpadów.

- Zapewniał mnie, że założy własną działalność gospodarczą i powoływał się na tę firmę z Dąbrowy, zapewniając, że oni przeprowadzają legalny recykling, że będą tam rozlewać farby i rozcieńczalniki, że działają legalnie. Przesłał mi nawet e-maile i potwierdzenia o współpracy - mówi właściciel terenu i pokazuje skany dokumentów. - Jak się teraz okazuje, do tych pomieszczeń, które ode mnie wynajął, przywiózł sześć tirów beczek z substancjami chemicznymi. A przez kolejne dwa miesiące część z tych odpadów podobno rozwoził busem i wyrzucał nie wiadomo gdzie, może gdzieś po lasach?

W grudniu na plac Młynów przyjechał następny tir. - Miał niby zabrać te beczki, ale wtedy okazało się, że przywiózł następne - opisuje właściciel magazynów. - Sąsiedzi dali mi znać, zawiadomiłem policję, ale obsługa tego tira zapewniła policjantów, że to niegroźne oleje, nic niebezpiecznego i na tym interwencja się skończyła.

Dlatego biznesmen wsiadł w samochód i przyjechał do Brzegu. - Auto jeszcze stało, więc spuściłem powietrze z samochodu i powiedziałem, że jeżeli chcą go odebrać, to muszą przyjść z policją - opowiada. - W środę 18 stycznia opowiedziałem na policji całą historię i pokazałem papiery. Okazało się, że te rekomendacje od kontrahentów z Rudy Śląskiej są fałszywe, mają podrobione pieczątki.

Jak mówił nam biznesmen, postanowił zgłosić sprawę, bo takich przypadków jest dużo. - Tylko ludzie boją się przyznać, że ktoś im podrzucił taką chemię. Nie wiedzą, co z tym świństwem robić, i obawiają się, że na nich spadną koszty utylizacji - dodaje właściciel budynków. - To nie są małe pieniądze, bo utylizacja tira z odpadami może kosztować nawet 100 tys. zł. Ale czytałem prawo ochrony środowiska i wynika z niego, że jeżeli ktoś się posługuje nielegalnymi dokumentami i zabiera z firmy materiały do recyklingu, to wówczas te materiały powinny wrócić do tej firmy, która je wydała. Dlatego tak ważne jest, żeby policja dotarła do zakładów, z których te beczki pochodzą.

Śledztwo prokuratorskie trwa, a Łukasz G., który organizował transporty odpadów, siedzi za kratkami. Po kilkudniowych poszukiwaniach został zatrzymany na Górnym Śląsku, a sąd na wniosek prokuratury aresztował go na trzy miesiące. Według nieoficjalnych informacji związki mężczyzny z Brzegiem polegają na tym, że odsiadywał wyrok w miejscowym zakładzie karnym i po wyjściu na warunkowe zwolnienie rozpoczął swoją działalność w „branży chemicznej”.

My? Nie, my nie jesteśmy od odpadów. Może oni

Od ujawnienia sprawy z beczkami lada dzień miną dwa miesiące. Przez ten czas zajmowały się nią urzędy obu gmin, starostwo powiatowe, prokuratura rejonowa i okręgowa, policja, straż pożarna, regionalna dyrekcja ochrony środowiska, wojewódzki inspektorat ochrony środowiska i wojewoda opolski, ale niewykluczone, że kogoś w tej wyliczance pominęliśmy.

Większość działań tych instytucji sprowadza się do konkluzji: to nie leży w naszych kompetencjach. „Postępowanie prowadzone w trybie Ustawy o zapobieganiu szkodom w środowisku i ich naprawie nie obejmuje kwestii usunięcia i unieszkodliwienia zdeponowanych odpadów, gdyż regulują je przepisy ustawy o odpadach. W związku z powyższym RDOŚ w Opolu nie ma możliwości przyspieszenia działań” - napisała w odpowiedzi na nasze pytania Alicja Majewska, dyrektor tej instytucji.

Burmistrz Brzegu próbował przekonać prokuraturę, by zastosowała zapis w prawie postępowania karnego umożliwiający natychmiastowe zlecenie usunięcia odpadów niebezpiecznych. - Artykuł 232a kodeksu postępowania karnego dotyczy rzeczy, które są zabezpieczane jako dowody w sprawie, a my tych substancji nie traktujemy jako dowodów, one nie są nam potrzebne do postępowania - tłumaczyła jednak Lidia Sieradzka z Prokuratury Okręgowej w Opolu.

Ostatnio zarówno burmistrz, jak i wójt Olszanki próbowali też przekonywać, że sprawą powinien się zająć starosta, który miałby możliwość zastosowania przepisów o zarządzeniu kryzysowym. - Te dwa zdarzenia wystąpiły w jednym czasie i mają taki sam charakter, więc powinny być rozwiązywane na poziomie powiatowym - mówiła Aneta Rabczewska.

- Te dwa przypadki są zbieżne, ale nie takie same i gospodarzami postępowań są pani wójt i pan burmistrz - odbijał piłeczkę wicestarosta brzeski Jan Golonka.

Jakby sporów powiatowych było mało, zgrzyt nastąpił też na poziomie województwa. Wojewoda Adrian Czubak zapewniał, że pomoże w znalezieniu pieniędzy na utylizację odpadów przez gminy. Ale na początku marca w spotkaniu w urzędzie wojewódzkim wziął udział jedynie burmistrz Brzegu i starosta.

- Nie mogę zrozumieć, dlaczego nas pominięto? Czy my żyjemy w innym powiecie, innym województwie? - głośno dopytywała Aneta Rabczewska. - Pomijanie gminy Olszanka odbieram wręcz jako ewentualną próbę rozgrywania sytuacji w taki sposób, żeby każda z gmin musiała poradzić sobie sama.

W czwartek samorządowcy spotkali się z wojewodą już w komplecie. Spotkanie w Urzędzie Wojewódzkim doprowadziło do przełomu, o czym poinformowali w piątek samorządowcy. Zarówno władze Brzegu jak i gminy Olszanka zastosują Ustawę o zarządzaniu kryzysowym i niezależnie od prowadzonego postępowania administracyjnego zlecą specjalistycznym firmom usunięcie odpadów.

Jak mówił w piątek burmistrz Jerzy Wrębiak, odpady powinny zostać wywiezione do końca marca.

W Pogorzeli może to potrwać dłużej, bowiem tam wiele pojemników wrzucanych do magazynów zostało uszkodzonych i prawdopodobnie konieczne będzie przelanie substancji do nowych pojemników.

W sfinansowaniu tych operacji obu gmin ma pomóc Urząd Wojewódzki.

Do dziś nie wiadomo nawet, ile tej chemii jest. Na początku szacowano wielkość odpadów w Brzegu na około 70 ton, potem ta liczba wzrosła do 80-90 ton. Kilka dni temu burmistrz mówił już, że wartości mogą być niedoszacowane.

Podobnie jest w Pogorzeli. Tam najpierw miało być 200 ton, ale ostatnie szacunki, które przytaczała wójt Aneta Rabczewska, mówią o 500 tonach! W dodatku część opakowań jest zniszczonych i przed wywozem trzeba byłoby przelać substancje do nowych pojemników. Całość operacji może kosztować nawet 2 mln zł.

- Gdybyśmy my mieli pokryć takie koszty, to oznaczałoby, że gminy już nie ma - dodaje wójt.

Na dnie glinianej beczki Pandory (przechrzczonej potem na puszkę) miała być nadzieja. I nam również nie pozostaje na razie nic innego niż nadzieja, że brzeskie beczki poczekają, aż urzędnicy się porozumieją i zdecydują, kto ma je wywieźć.

Jarosław Staśkiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Pro Media Sp. z o.o.