Alexsander Białywłos-White - numer 269 z Krosnem w sercu

Czytaj dalej
Ewa Gorczyca

Alexsander Białywłos-White - numer 269 z Krosnem w sercu

Ewa Gorczyca

Był jednym z nielicznych krośnieńskich Żydów, którzy przeżyli II wojnę światową. Jedynym, który ocalał z sześcioosobowej rodziny. Choć prawie całe dojrzałe życie mieszkał w USA, to do Krosna, miasta swojej młodości przyjeżdżał wiele razy.

- Tu się urodziłem, to dla mnie najważniejsze miasto w Polsce - przyznawał spacerując po krośnieńskiej Starówce.

Mówił po polsku, bo nigdy nie zapomniał tego języka i władał nim doskonale do ostatnich dni życia.

- Był postacią niezwykłą. Zawsze uśmiechnięty, pogodny i pełen sympatii do ludzi. Dzielił się z nami wartością największą – człowieczeństwem. Trudno uwierzyć, że już z nim nie porozmawiamy, nie powspominamy historii Krosna - opowiada Grzegorz Bożek, krośnianin, który od wielu lat angażuje się w ochronę pamięci o miejscowych Żydach i ich kulturze.

Grzegorz Bożek wspomina, jak doszło do ich pierwszego spotkania.

- Był rok 2004, dwa lata wcześniej wraz z grupą znajomych, w ramach projektu Stowarzyszenia „Olszówka”, rozpocząłem prace porządkowe na cmentarzu żydowskim w Krośnie. Informacje o tym pojawiły się w mediach, wraz z kontaktem e-mailowym i telefonicznym. Po jakimś czasie napisało lub zadzwoniło do mnie kilku Żydów. Wśród nich - Alexander Białywłos-White, który jako jedyny napisał w języku polskim. Podesłał swoje zdjęcia, historię życia.

Te materiały stały się częścią zorganizowanej w 2008 roku wystawy „Ocalić od zapomnienia. Żydzi krośnieńscy i cmentarz żydowski w Krośnie”. Najpierw, w 2008 roku pojawiła się w Muzeum Podkarpackim, a potem w 2012 roku przy wydarzeniu „Czas pamięci pokruszonej” zorganizowanym w ramach wspomnienia społeczności żydowskiej w Krośnie, z okazji 70-tej rocznicy zagłady krośnieńskich Żydów oraz zakończenia prac renowacyjnych na cmentarzu żydowskim.

- Wymieniliśmy kilka e-maili, telefonów, Alexander, który od półwiecza mieszkał w Arizonie, podkreślał że nie zamierza już przyjeżdżać do Krosna. Kilka lat później, po namowach, zdecydował się jednak na podróż do rodzinnego miasta - opowiada Grzegorz Bożek.

Towarzyszyli mu żona Inez i syn Les. To miał być jednorazowy pobyt, ale okazało się, że wracał do Krosna w kolejnych latach, aż do 2017 roku.

- Boże, jacy mili ludzie mieszkają teraz w tym Krośnie. Nie wyobrażacie sobie jak to jest, wrócić tu, zobaczyć tych wszystkich młodych ludzi, uśmiechniętych, życzliwych. I oni chcą ze mną rozmawiać, chcą mnie poznać, posłuchać mojej historii. Tyle się zmieniło. Ludzie się zmienili - mówił.

Te wizyty były całkiem inne niż jego pierwszy (po emigracji za granicę) przyjazd do Krosna, w latach 60. Wtedy już mieszkał w USA. Tęsknił za Krosnem, ale powrót do Polski był nierealny. Chciał jednak pokazać rodzinne miasto żonie, dzieciom.

- Nie było hoteli, nie było nic do jedzenia. Najmłodszy syn był malutki a nie mieliśmy się gdzie zatrzymać. Nocowaliśmy w jakimś kurniku - wspominał.

Po ponad 50 latach było już całkiem inaczej. Uśmiechnięty, w otoczeniu bliskich, spacerował po ulicach Starówki. Rozmawiał z mieszkańcami, zaglądał na miejscowy kirkut, do muzeum. Ciekawy tego, co się zmieniło, ale też przywołujący miejsca i obrazy z dzieciństwa.

- Pamiętam jak o szóstej rano szedłem do synagogi studiować żydowskie księgi, a z wieży farnej płynęły dźwięki hejnału - opowiadał.

Wspominał festyny w parku, kąpiele w Wisłoku i Lubatówce, spacery po nadrzecznych wałach, uroczyste święta żydowskie i narodowe z defiladami i muzyką. Przystawał na rogu ulic Ordynackiej i Sienkiewicza, gdzie przed wojną mieszkał a jego ojciec z wujem

prowadzili zakład szklarsko-szlifierski, mieli skład szkła. W sąsiedztwie winiarnię i piwiarnię prowadzili bracia mamy.

- Tato pamiętał w Krośnie każdy budynek i ludzi, którzy w nich mieszkali - podkreśla Julie North, córka Alexandra.

Katarzyna Krępulec-Nowak z Muzeum Podkarpackiego w Krośnie mówi, że goszczenie Alexandra w Krośnie było przyjemnością i zaszczytem. Odwiedzał muzeum osobiście, było też wiele kontaktów wirtualnych.

- Kochał Krosno i uwielbiał tu wracać. To było jego miasto. Był najstarszym żyjącym krośnieńskim Żydem, ale jego wiek nie miał takiego wielkiego znaczenia. Jak podkreślał jego syn Les, tato za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżał, młodniał o jakieś trzydzieści lat. Wspaniale mówił po polsku i był chodzącą encyklopedią przedwojennego Krosna. A kiedy się uśmiechał, bardzo trudno było uwierzyć, że przeszedł tu najgorsze piekło, jakie można sobie wyobrazić, stracił całą bliską rodzinę - mówi Katarzyna Krępulec-Nowak.

Gdy wybuchła wojna Alexander wraz z matką i trójką rodzeństwa (starszą siostrą Manią i młodszymi braćmi – Salomonem i Heniem) schronili się w Dynowie. Jednak tam nie czuli się bezpiecznie. Wrócili do Krosna, do getta.

- Rodzina jako szklarze okazała się potrzebna okupantowi. Dzięki temu mieli trochę lepszą sytuację niż inni Żydzi - opowiada Grzegorz Bożek.

W czasie wysiedlania, Alexandrowi udało się uniknąć losu krośnieńskich Żydów, którzy w większości trafili do obozów lub zostali rozstrzelani. Taki spotkał jego matkę i siostrę. Gdy Niemcy likwidowali getto (w 1942 roku) jego i ojca przenieśli do baraków na lotnisku, gdzie pracowali przez rok. Widział, jak Niemcy strzelali do sąsiadów i krewnych. Potem przewieziono ich do Szebni a następnie – do Krakowa.

- Jego brat Salomon został zastrzelony w Jaśle w 1943 roku. Najmłodszy Heniek prawdopodobnie zginął w Auschwitz w 1943 roku. W następnym roku w Auschwitz zginął jego ojciec - mówi Grzegorz Bożek, który Alexandrowi Białywłos-White’owi poświęca cały rozdział w książce „Krosno na granicy”, która ukaże się w przyszłym roku.

Alexander ojca ostatni raz widział na stacji w Płaszowie. Ojciec miał świadomość, gdzie jedzie, że czeka go śmierć. Powiedział mu: zostajesz sam, proszę Boga żebyś przeżył, ale musisz mi przyrzec, że będziesz porządnym człowiekiem.

- W obozie nazistowskim Płaszów pracował w fabryce Oskara Schindlera, niemieckiego przedsiębiorcy, który zasłynął ocaleniem 1200 żydowskich pracowników. Z tego obozu, w październiku 1944 roku, przez obóz koncentracyjny Gross-Rosen, trafił do Brünnlitz w Morawach (gdzie Schindler przeniósł swoją fabrykę). Tam doczekał się uwolnienia 8 maja 1945 roku - opowiada Grzegorz Bożek.

Po wyzwoleniu wrócił do Krosna, ale na kilka dni. Nie miał mieszkania, nie miał za co żyć. Odszukał go krewny, zabrał do amerykańskiej strefy w Niemczech. W Monachium skończył studia medyczne, w 1950 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych, założył rodzinę, wstąpił do wojska, pracował jako lekarz w Chicago.

Był jedynym krośnianinem, który znalazł się na „Liście Schindlera”. Ale o tym, że ocalał dzięki temu, że został na nią wpisany, z numerem 269, dowiedział się przypadkiem, 40 lat po wojnie. Po latach też, na prośbę syna, zdecydował się napisać autobiografię.

Po przejściu na emeryturę zamieszkał w Arizonie.

- Był dumnym weteranem, został wybrany do Arizona Veterans Hall of Fame, wykładał w Chicago Medical School, był biegłym sądowym. Ale przede wszystkim poświęcał swą niezwykłą energię na dzielenie się swoją historią – jeździł po całych Stanach, po Niemczech i Polsce - opowiada Katarzyna Krępulec-Nowak.

Wszyscy, którzy się z nim zetknęli podkreślają, że miał wielką chęć do życia, kipiał optymizmem.

- Swoją niezwykłą wiedzą i pamięcią zawstydzał wszystkich, wciąż nadążał za nowinkami ze świata, ćwiczył na siłowni - opowiada Katrzyna Krępulec-Nowak.

4 czerwca tego roku wkroczył w setny rok życia. Z tej okazji na śniadanie zjadł naleśniki z bitą śmietaną i czekoladą, zaśpiewał sobie uroczyście tradycyjne „Sto lat!”. Zmarł 18 lipca w swoim domu w Scottdale.

- Swoją historią, tym, jak ją opowiadał i miłością, którą miał w sobie oczarowywał i zachwycał tysiące osób, które słuchały jego przemówień. Będzie nam go bardzo brakowało, nie tylko za jego człowieczeństwo, uczciwość i akceptację, ale za jego wyjątkowe poczucie humoru i ciepło - mówi Katarzyna Krępulec-Nowak.

Podczas jednego z pobytów w Krośnie powiedział:

- Jak tak sobie czasem myślę – taki Hitler, nie przeżył wojny, Goeringowi też się nie udało, ale ja przeżyłem – to jest to trochę pocieszające. Spisałem te wszystkie moje wspomnienia, żeby oddać hołd mojemu ojcu, mojej matce, całej mojej rodzinie. I żeby moje dzieci wiedziały, jakie są nasze korzenie, jaka jest nasza historia. I wracam tu z moją rodziną, bo to jest ważne, żeby pamiętać.

Ewa Gorczyca

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Pro Media Sp. z o.o.