„Ach!” to tytuł jednej z piosenek, traktującej o wiośnie, o zmianie, o nadziei

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta
Paweł Gzyl

„Ach!” to tytuł jednej z piosenek, traktującej o wiośnie, o zmianie, o nadziei

Paweł Gzyl

Muzyka. „Ach!” to pierwsza od czterech lat nowa płyta KATARZYNY GRONIEC z jej premierowym materiałem. Piosenkarka opowiada nam jak rodziły się te nowe piosenki.

- Pani Katarzyno: przed naszą rozmową zerknąłem na Pani dyskografię i zauważyłem, że należy Pani do tego nielicznego grona artystów, którzy nagrywają regularnie co dwa lata swoje płyty. Czy to znaczy, że nie czeka Pani na eksplozje natchnienia tylko pracuje systematycznie pięć dni w tygodniu?

- W przypadku mojej nowej płyty proces twórczy wcale nie trwał tak krótko. Pierwsza piosenka na „Ach!” została bowiem napisana jakieś sześć lat temu. To, że ta płyta pojawiła się dopiero teraz jest wynikiem mojej przygody z Agnieszką Osiecką, którą zaliczyłam w międzyczasie. Otóż ponad trzy lata temu zostałam zaproszona przez Agatę Passent do udziału w koncertach z piosenkami jej mamy - Agnieszki Osieckiej. Przygotowałam więc recital i zaprezentowałam go najpierw na festiwalu twórczości Osieckiej - a potem wyruszyłam w Polskę. Początkowo myśleliśmy, że tych występów będzie 20, a okazało się, że zagraliśmy ich aż 189. Czas się więc rozciągnął i wydłużył. A ponieważ wszystko tak dobrze odpaliło i poszło, szkoda było tego nie utrwalić. Ludzie przychodzili po koncertach pytali czy mogą dostać płytę z tymi piosenkami Osieckiej. A jej nie było. Dlatego w rok po festiwalu nagraliśmy ten materiał pod tytułem „ZOO” na płycie CD i DVD. Ta moja wydawnicza regularność może więc ładnie wygląda na rozpisce w dyskografii, ale w dużym stopniu nie była zaplanowana.

- Co było impulsem do nagrania nowej Pani autorskiej płyty - „Ach!”?

- Po prostu chciałam wreszcie nagrać album z własnymi premierowymi piosenkami, których nikt jeszcze wcześniej nie słyszał. No i zaczęłam nad nimi normalnie pracować: siedzieć, wymyślać, pisać teksty, kombinować w różnych kierunkach. Poprosiłam też o pomoc jeśli chodzi o kompozycje Marcina Macuka i Basię Wrońską. I tak na przestrzeni lat materializowały się piosenki na tę płytę, a to przez dołączanie nowych utworów, a to przez ich odrzucanie. To przemeblowywanie sprawiło, że w pierwszym odruchu miał być to album zatytułowany „Zima stulecia”. Potem był inny tytuł - „Niespotykanie długa zima”. Aż w końcu kolega zadał mi zasadnicze pytanie: „Jak ty będziesz chciała to śpiewać w czerwcu?”. (śmiech) Zostało więc „Ach!”, bo jest to tytuł jednej z piosenek, traktującej o wiośnie, o zmianie, o nadziei.

- Wspomniała Pani o przemeblowywaniu piosenek. To chyba ważny proces w Pani przypadku, bo większość Pani płyt to koncepcyjne albumy, na których utwory układają się w spójną myślowo całość. To dla Pani ważne?

- Bardzo! Muzycznie udało mi się to jednak dopiero pierwszy raz właśnie na „Ach!”. A co ciekawe była trójka twórców wszystkich nagrań - ja, Basia Wrońska i Marcin Macuk. Tak to jednak ze sobą wspólnie zagrało, że dzięki aranżacjom i produkcji, którą zajął się Marcin Bors, ułożyło się w bardzo spójną historię.

- Jak Pani dobiera sobie współpracowników?

- Słucham tego, co się dzieje na polskim rynku muzycznym - i kiedy ktoś święci triumfy, tego biorę. (śmiech) Oczywiście żartuję. Tak naprawdę było inaczej. Marcina poznałam sześć lat temu przy okazji przedstawienia „Chopin musi umrzeć”, w którym grałam upiorną, wykopaną z grobu, przybrudzoną George Sand. On z kolei tworzył muzykę. Tak się spotkaliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Marcin pokazała mi kilka swoich piosenek - i zaczęliśmy myśleć o wspólnym projekcie. W międzyczasie pojawiło się u mnie „ZOO” z utworami Osieckiej, czas mi się rozciągnął jak guma, a moje kontakty z Marcinem się rozluźniły. Zaangażował się więc on w inne projekty - a mnie zaproponował kogoś innego. „To bardzo utalentowana osoba: Barbara Wrońska. Znasz?”. „Oczywiście!” - odpowiedziałam, bo orientuję się w polskiej muzyce spoza głównego nurtu. Spotkałam się więc z Basią - wysłałam jej tekst, a ona napisała melodię. Do tego obdarowała mnie trzema piosenkami, które stworzyła w całości. Co ciekawe - pracowała już wtedy również nad swoją własną solową płytą, która ukazała się miesiąc temu. Wszystko się więc ładnie dopięło.

- Reprezentuje Pani z Basią zupełnie inne pokolenia. Co macie ze sobą wspólnego, że ta współpraca była taka owocna?

- Myślę, że przede wszystkim wrażliwość muzyczną. Basia pisze specyficzne piosenki, używa specyficznych harmonii. Jej opowieści muzyczne są zazwyczaj w kontrze do tekstu, który zawierają. Basia ma fajną umiejętność nie dociskania tekstu muzyką. Czyli jeśli tekst jest smutny, to muzyka muzyka próbuje go odciążyć. To choćby przypadek „Deszczu” z „Ach!”. Początkowo sama napisałam melodię do tego tekstu - i... dobiłam go, wręcz krew się polała obficie. To było nie do zniesienia. Basia siadła więc nad tym tekstem - i stworzyła kompozytorką miniaturkę, która okazała się bardzo piękną piosenką.

Z dalszej części tekstu dowiesz się:

  • jak zmieniła się muzyka Katarzyny Groniec
  • kim jest dla artystki Marcin Borys
  • skąd pomysł na płytę
Pozostało jeszcze 26% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Paweł Gzyl

Dziennikarz Działu Kultura Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego. Muzyka, film, książka.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nto.pl

Pro Media Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Pro Media Sp. z o.o.